Tuska ruch pionkiem. Premier chce systemu kanclerskiego.

Mirosław Miniszewski
Donald Tusk zaprezentował projekt zmiany konstytucji i stworzenia w Polsce systemu kanclerskiego.
Donald Tusk zaprezentował projekt zmiany konstytucji i stworzenia w Polsce systemu kanclerskiego. Fot. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Udostępnij:
Polityka jest jak gra w szachy. Często trzeba poświęcić pionka, aby ochronić króla. Projekt systemu kanclerskiego jest na razie takim właśnie pionkiem.

Właściwą postawą, którą najlepiej przyjmować wobec polskich polityków, jest od dawna radykalna nieufność. Wyszkolony historią zmysł wczesnego ostrzegania nakazuje wręcz doszukiwania się drugiego, a nawet trzeciego dna w kolejnych decyzjach władzy. Podobnie jest z zaprezentowanym w zeszłym tygodniu przez Donalda Tuska projektem zmiany konstytucji i stworzenia w Polsce "systemu kanclerskiego".

Plan przewiduje ograniczenie władzy prezydenta i zmianę trybu jego wyboru: miały być wybierany nie w wyborach powszechnych, lecz przez Zgromadzenie Narodowe. Nie miałby możliwości wetowania ustaw. Dodatkowo projekt przewiduje zmniejszenie liczby parlamentarzystów, a wybory odbywałyby się według ordynacji mieszanej - proporcjonalno-większościowej. Premiera powoływałby Sejm.

- Gorąco polecam tę naszą refleksję i oczekiwanie wielu naszych rodaków, aby wydatnie zmniejszyć rozmiar obu izb, aby posłów i senatorów wybierać jeśli nie w logice ordynacji większościowej i w okręgach jednomandatowych, bo na to pewnie zgody nie będzie, to proponowałbym przemyślenie, czy nie moglibyśmy przyszłego Senatu wybrać w logice okręgów jednomandatowych, mniej licznego i bardziej zależnego od wyborcy. Sejm mógłby być wybrany w logice ordynacji mieszanej - powiedział premier.

Istota zdecentralizowanej władzy

Teraz chodzi o to, abyśmy się wszyscy zastanowili, o co w tym wszystkim chodzi. Bo nie o dobro Polaków. Dobro przeciętnego obywatela naszego kraju już dawno przestało być wyzwaniem dla jakichkolwiek polityków.

Po pierwsze, zaproponowany przez premiera Tuska model polityczny oznacza ograniczenie władzy suwerena, czyli nas, narodu. Nawet jeśli tylko częściowo będą obowiązywać jednomandatowe okręgi wyborcze, oznacza to, że na stałe wyeliminowane zostaną mniejsze stronnictwa polityczne. Władzę przejmą najwyżej dwie siły polityczne. Oczywistym jest, że poglądów polskich obywateli nie da się podzielić na tylko dwa obozy, bo nie na tym polega demokracja. Mniejsze partie często wyrażają wolę ludzi, których poglądy nie przedostają się do mainstreamu.

Brak reprezentacji politycznej mniejszości oznacza, że tylko część głosujących będzie miała swoich przedstawicieli w Sejmie i Senacie. Jest to sprawa oczywista i od dawna dyskutowana. Wady tego modelu są aż nadto oczywiste. Oczywiście dla rządzących jest lepiej, gdy nie mają za dużej konkurencji w parlamencie, jednak taka wizja zaczyna pachnieć powoli uzurpatorską dyktaturą, bo demokracja, wbrew temu, co nam jest powtarzane jak mantra każdego dnia, nie chroni wcale przed radykalizmem politycznym większości i reprezentujących ją uzurpatorów-despotów.

Po drugie, w obecnym modelu - w którym istnieje równowaga między prezydentem wybranym przez naród w wyborach powszechnych a administrującym z nominacji prezydenckiej premierem - jest zachowana zasada politycznej kontroli. Wzajemna gra zdecentralizowanych ośrodków władzy jest istotą republikanizmu, najdoskonalszej organizacji politycznej w ramach demokracji.

Premier odpowiada przed Sejmem, ale nominuje go prezydent. Sejm może udzielić premierowi votum nieufności. Prezydent może wetować ustawy, a jego sprzeciw posłowie mogą odrzucić większością 3/5 głosów i przy kworum wynoszącym połowę ustawowej ich liczby. To jest gra polityczna, która gwarantuje, że żaden z ośrodków władzy nie może zdominować innego. Rzecz jasna oznacza to, że w praktyce trudno jest rządzić i wszelkie decyzje muszą mieć postać daleko idącego kompromisu.

Ale na tym polega istota demokracji, a trzeba pamiętać, że nie jest to zbyt doskonałe narzędzie. Im bardziej polimorficzna struktura władzy demokratycznej, tym obywatel ma większą pewność, że jego prawa i swobody nie zostaną zbyt łatwo ograniczone.

Król, prezydent albo constans

Od początku przemian ustrojowych rządzący Polską narzekają, że mają za mało uprawnień. Lech Wałęsa marzył o dekretach i władaniu krajem z grzbietu siwka, niczym legendarny Marszałek. PiS przeklinało dzień, w którym nie uzyskawszy większości, musiało iść na układ z radykałami, aby podzielić się władzą, której inaczej by nie uzyskali.

Teraz premier Donald Tusk ulega głębokiej irytacji i frustracji, że nie może tak po prostu rządzić Polską za pomocą dyrektyw, które jemu wydają się bardzo racjonalne. Słynne na cały świat swary o krzesło w Brukseli czy waśnie o samolot, a do tego permanentne wetowanie ustaw przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego często ograniczają jego inicjatywę. Więc wymyślił sobie, że jedno z ogniw władzy jest zbędne, bo spowalnia jakże racjonalną w jego przekonaniu modernizację kraju.

Pomijając małe prawdopodobieństwo przeprowadzenia takich reform w najbliższym czasie, trzeba zwrócić uwagę na istotę sprawy. Historia zna wiele przypadków zniecierpliwionych polityków, którzy na skróty chcieli przeprowadzać reformy. W zasadzie zawsze kończyło się to katastrofą. System scentralizowanej władzy ma w zasadzie sens tylko w czterech przypadkach: klasycznej monarchii, oświeconego absolutyzmu, cesarstwa lub systemu prezydenckiego z prezydentem wybieranym w wyborach bezpośrednich. Trzy pierwsze z nich w zasadzie należą już do przeszłości.

Ranga premiera jest, z całym szacunkiem dla tego urzędu, zbyt mała, aby powierzać mu taki ogrom władzy. W sytuacji jednomandatowych okręgów wyborczych model Tuska oznaczałby w zasadzie całkowitą swawolę premiera, który bez żadnego umocowania w sferze czysto symbolicznej stałby się faktycznym suwerenem-uzurpatorem.

Ontologiczne umocowanie centralnej władzy politycznej może mieć postać namaszczenia monarchy z woli niebios, namaszczenia monarchy z woli ludu, wyboru prezydenta z woli narodu, gdzie jest on widocznym symbolem jego jedności i wolności, aktu i mitu założycielskiego w typie zamachu stanu lub rewolucji, gdzie siłą fundującą jest czysta przemoc.

W sytuacji, kiedy urząd premiera nie ma bezpośredniej styczności z wolą narodu, tylko jest umocowany w woli niedoreprezentowanego parlamentu, nie ma mowy o jakimkolwiek umocowaniu jego władzy ani w sferze ontologicznej, ani symbolicznej. Taki premier w polskich warunkach byłby samozwańcem. Odpierając ewentualny zarzut, Niemcy i ich system kanclerski nie stanowią tutaj kontrprzykładu, ponieważ są one federacją, a to radykalnie zmienia postać rzeczy. Federacja jest innym organizmem politycznym, ma inne tradycje i inne mity oraz symbole w sferze ontologii politycznej.

Polska jest krajem o dumnych, radykalnie odmiennych tradycjach i alternatywą dla obecnego stanu jest silny system prezydencki, z prezydentem wybieranych w wyborach powszechnych, albo - co oczywiście należy do sfery fantazji - monarchia. Postać premiera jest za mała, aby sięgać po taką moc, jaką chciałby posiadać Donald Tusk. Prezes rady ministrów jest tylko najwyższym urzędnikiem w kraju i jego władza nie jest umocowana w jego urzędzie, lecz w woli prezydenta i woli narodu reprezentowanej przez Sejm. Jest on tylko wynajętym przez naród pracownikiem administracji państwowej - nikim więcej.

Dla wielu z nas polityka to dzisiaj wyłącznie przestrzeń technik rządzenia. Bardzo zaniedbaliśmy świadomość, że jest to sfera przesycona symboliką, mitologią, metafizyką - tak było od zawsze. Dopiero najnowsze dzieje udają, że polityczność jest umocowana sama w sobie, co najwyżej w koncepcji umowy społecznej. Tymczasem nie da się uciec od elementów fundujących polityczność jako taką. Tusk jako historyk dobrze o tym wie. Pytanie, dlaczego to robi. Czyżby nie chciał być prezydentem i wie coś, czego my jeszcze nie wiemy?

Może chce być drugi raz premierem, a wie, że systemu prezydenckiego w obecnych warunkach w Polsce wprowadzić się nie da? Ma też zapewne świadomość, że bez perspektywy manipulacji jego projekt też jest na razie czystą fantazją. Jeśli tak, to konkluzja jest taka: jest to zasłona dymna dla innej kwestii. Dla jakiej? Zapewne już niedługo się dowiemy.

Polityka jest jak gra w szachy. Często trzeba poświęcić pionka, aby ochronić króla. Projekt systemu kanclerskiego jest na razie takim właśnie pionkiem. Prawdziwa walka będzie prawdopodobnie dotyczyć czegoś zupełnie innego.

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mirosław Miniszewski
CYTAT(araukaria @ 30.11.2009, 00:37:18)
Tak właśnie powstają medialne bzdury. Jakie "permanentne wetowanie ustaw" panie red. Miniszewski? Skąd pan wziął tę informację? Rozumiem, że przyswoił sobie ją pan z innych mediów ponieważ była wystraczająco często powtarzana. Na kilkadziesiąt ustaw w tej kadencji (chyba około 50) zawetowanych zostało 17, w tym pakiet ustaw zdrowotnych (trzy ustawy naraz) - czyli weto był użyte 15 razy. Z tego w ośmiu przypadkach zostało odrzucone. Jak się chce dywagować i mądrze dyskutować to najpierw trzeba znać fakty.


17 na 50 to jest permanentne wetowanie ustaw. Słowo "permanentnie" sugeruje ciągłość tego procesu a nie jego intensywność. Gdybym napisał "intensywnie wetuje" to miałby Pan rację. Chodziło mi o to, że wetowanie Pana Prezydenta jest procesem ciągłym i że na tym polega jego rola. Nie miało to charakteru oceny, zwłaszcza negatywnej.

Mirosław Miniszewski
a
araukaria
Tak właśnie powstają medialne bzdury. Jakie "permanentne wetowanie ustaw" panie red. Miniszewski? Skąd pan wziął tę informację? Rozumiem, że przyswoił sobie ją pan z innych mediów ponieważ była wystraczająco często powtarzana. Na kilkadziesiąt ustaw w tej kadencji (chyba około 50) zawetowanych zostało 17, w tym pakiet ustaw zdrowotnych (trzy ustawy naraz) - czyli weto był użyte 15 razy. Z tego w ośmiu przypadkach zostało odrzucone. Jak się chce dywagować i mądrze dyskutować to najpierw trzeba znać fakty.
G
Gość
Tusk to może sobie poruszać, ale skórą na interesie.
j
jA I ON
TUSK TO CHORY CZŁOWIEK. MA MANIĘ PRZEŚALODOWCZĄ A SKOŃCZY SIE TO TAK,ŻE NIE BEDZIE ANI PREZYDENTEM ANI KANCLERZEM ANI PREMIEREM. SAM DLA SIEBIE JEST ZAGROŻENIEM...... CHA,CHA,.CHA... mILIŚMY JUŻ JEDEGO KOPNIETEGO CO PREZYDENTEM ZOSTAŁ.... A PÓŻNIEJ WYSZŁO,ŻE TO SZUJA I KONFIDENT.... nAGRODE NOBLA TEZ MU PRZYŁATWIONO.... TATUŚ I POKREWNI TEGO FACETA Z kONGRESU PaMERYKAŃSKIOEJ... TEZ MI NOBLISTA!
Dodaj ogłoszenie