Teorie cywilizacji wobec wyzwań współczesności

Włodzimierz Pawluczuk redakcja@poranny.pl
Oczekiwania, iż upowszechnienie demokracji w świecie niezachodnim doprowadzi do uznania innych wartości Zachodu, a zatem do światowego ładu, pokoju i dobrobytu, okazały się mrzonką - mówi  Włodzimierz Pawluczuk
Oczekiwania, iż upowszechnienie demokracji w świecie niezachodnim doprowadzi do uznania innych wartości Zachodu, a zatem do światowego ładu, pokoju i dobrobytu, okazały się mrzonką - mówi Włodzimierz Pawluczuk fot. Archiwum
Stary problem wielości cywilizacji i konfliktu między nimi przybrał nową formę. Koncepcji wielości cywilizacji, konkurujących ze sobą

Literatura dotycząca ludzkich cywilizacji, ich dziejów i osobliwości kulturowych jest ogromna i tak stara, jak refleksja nad historią i kulturą, ale o teorii cywilizacji we właściwym tego słowa znaczeniu mówić możemy dopiero w XX wieku.

Impulsem do postawienia teoretycznych problemów związanych z istotą i dziejami cywilizacji było opublikowanie w 1918 roku dzieła Oswalda Spenglera "Zmierzch Zachodu. Zarys morfologii historii uniwersalnej". Spróbował on tam sformułować teorię cywilizacji we właściwym tego słowa znaczeniu: ustalić to, co decyduje o wielości ludzkich cywilizacji, o ich osobliwościach, a także, i to jest u Spenglera najważniejsze, ustalić ogólne prawa rządzące rozwojem cywilizacji, ich młodością, dojrzałością, starością i nieuchronną - zdaniem Spenglera - śmiercią. Cywilizacja Zachodu, zdaniem tego autora, weszła w swój wiek starczy i czeka ją niebawem nieuchronny zmierzch. Nietrudno zatem zrozumieć, dlaczego dzieło Spenglera wywołało lawinę polemik i prób zmierzenia się po swojemu z problemami postawionymi w tym dziele. Z polskich uczonych zajmowali się tym między innymi Florian Znaniecki, Marian Zdziechowski, nade wszystko zaś - Feliks Koneczny.

Gruntownej rewizji ustaleń Spenglera dokonał jednak Arnold Toynbee. Napisał on monumentalne, 12-tomowe dzieło "Studium historii", w którym przeanalizował dzieje 29 różnych cywilizacji: 21 cywilizacji "pełnych", które przeżyły cały swój cykl i zniknęły, trzech cywilizacji "poronionych" i pięciu cywilizacji "wstrzymanych w rozwoju". W studium swym Toynbee, podobnie jak Spengler, ukazuje mechanizmy rodzenia się cywilizacji, rozwoju, rozkładu i upadku. W odróżnieniu od Spenglera, uważał jednak, iż nie jest to żadna "żelazna konieczność" i cywilizacja Zachodu ma szanse nieskończonego trwania.

Druga wojna światowa i następujący po niej okres tzw. zimnej wojny usunęły tę problematykę na dalszy plan. Głównym pytaniem dla intelektualistów Zachodu było zagrożenie globalnym konfliktem nuklearnym i dalsze losy komunizmu. Po wygaśnięciu zimnej wojny stare problemy odżyły jednak ze wzmożoną siłą. Stara problematyka wielości cywilizacji, ich nieuchronnego konfliktu i schyłkowego charakteru cywilizacji Zachodu, podjęta z rozmachem przez Samuela Huntingtona, uzupełniona została o nowe, dotychczas nieznane problemy, jak wyczerpywanie się cywilizacyjnej pojemności biosfery i nieprzewidywalność cywilizacyjnych skutków burzliwego i niekontrolowanego rozwoju naukowo-technicznego ludzkości.
Stary problem wielości cywilizacji i konfliktu między nimi przybrał nową formę. Koncepcji wielości cywilizacji konkurujących ze sobą w dzisiejszym świecie i walczących o zajęcie kluczowych pozycji w przyszłości przeciwstawiona jest idea jednej prawdziwej cywilizacji, dziś zdecydowanie dominującej na globie ziemskim, a w niedalekiej przyszłości, zgodnie z oczekiwaniami jej przywódców, zdecydowanie na nim panującej. Jest to, oczywiście, cywilizacja Zachodu. Cywilizacja ta w interpretacji zwolenników tego poglądu wcale nie jest "cywilizacją Zachodu", lecz cywilizacją uniwersalną, a wartości, o zwycięstwo których walczy w świecie "niezachodnim", nie są wcale wartościami Zachodu, ale wartościami uniwersalnymi, ponieważ są jedynie słuszne i sprawiedliwe. Wartości te ująć można w trzech blokach: gospodarka rynkowa w stylu liberalnym, wielopartyjna przedstawicielska demokracja i przestrzeganie praw człowieka. Ten ostatni, z pozoru nie najważniejszy, element uniwersalnych wartości dzisiejszego cywilizowanego świata faktycznie staje się elementem zasadniczym.

Dzieje się tak dlatego, iż dwa pierwsze elementy, wbrew pierwotnym oczekiwaniom teoretyków cywilizacji, nie gwarantują spełniającym je krajom i narodom wejścia do "wspólnoty narodów cywilizowanych". Chiny i niektóre inne kraje Azji Południowo-Wschodniej mogą być przykładem braku związku między demokracją a gospodarką rynkową. Ale nie gwarantują tego również formalne procedury demokracji parlamentarnej. Jako przykłady przytoczyć można zwycięstwa w wyborach parlamentarnych islamskich partii fundamentalistycznych w Turcji czy Algierii. Paradoksalnie, w Turcji na straży wartości Zachodu stoi armia, która w imię wpisanej w konstytucję zasady "świeckości państwa" unieważnia wybory, rozwiązuje zwycięską partię i przywraca słuszny demokratyczny porządek. Z tym swoistym bagażem Turcja jest członkiem NATO i zostanie być może członkiem Unii Europejskiej. Oczekiwania, iż upowszechnienie demokracji w świecie niezachodnim doprowadzi do uznania innych wartości Zachodu, a zatem do światowego ładu, pokoju i dobrobytu, okazały się mrzonką. W procedurach demokratycznych władzę w Boliwii zdobył Morales, w Wenezueli Hugo Chavez, w Autonomii Palestyńskiej organizacja Hamas - najbardziej zaciekli wrogowie Stanów Zjednoczonych i Zachodu.

Zbigniew Brzeziński w ostatniej swej książce "Druga szansa" stwierdza wprost, iż w Ameryce Łacińskiej "następuje wyraźne sprzężenie między rozwojem demokracji a wzrostem nastrojów antyamerykańskich". Nastroje te, zdaniem Brzezińskiego, widoczne są nie tylko w takich krajach jak Wenezuela czy Boliwia, ale także w najludniejszych państwach tego regionu, takich jak Brazylia czy Meksyk. Ma się wrażenie, że postępy demokracji w krajach Ameryki Łacińskiej sprzyjają raczej wpływom Rosji na tym obszarze, a nie Stanów Zjednoczonych.

O demokracji w krajach niezachodnich Brzeziński ma jak najgorsze zdanie. Prowadzą one do "zagorzałego, lecz nietolerancyjnego populizmu, pozornej demokracji, będącej w istocie tyranią większości". Brzeziński poddaje gruntownej krytyce politykę "eksportu demokracji" na obszary "niezachodnie", prowadzi ona do destabilizacji państw i całych regionów, umożliwia dojście do władzy elementów nieodpowiedzialnych, ekstremistycznych, otwiera je na wpływy Chin i Rosji, "których przywódcy nie pouczają o konieczności demokracji, ale gwarantują tym krajom stabilność". Jako ewidentny przykład tego rodzaju "politycznej głupoty" przytacza Brzeziński inwazję na Irak, która nie tylko zdestabilizowała ten kraj, ale może zdestabilizować cały region, a każdym razie będzie miała bardzo niekorzystny wpływ na stan spraw na tym obszarze.

Polskie wydanie książki Brzezińskiego zawiera podtytuł "Trzej prezydenci i kryzys amerykańskiego supermocarstwa". Oddaje on intencje całej książki: Ameryka miała szansę bycia jedynym supermocarstwem, szansę tę straciła z powodu błędów kolejnych trzech prezydentów, a zwłaszcza fatalnej polityki George'a Busha jr. Ma jednak jeszcze drugą szansę naprawienia tych błędów i odzyskania swej pozycji przez prezydenta, który będzie rządził Ameryką po roku 2008. Trzeciej szansy, jak pisze autor, już nie będzie. Przytoczę tu akapit z książki Brzezińskiego, będący kwintesencją tych rozważań:

"Wynika z tego, że prezydent Stanów Zjednoczonych będzie musiał dokonać gigantycznego wysiłku, aby przywrócić prawomocność Ameryki jako głównego gwaranta bezpieczeństwa światowego i znów włączyć Amerykę w nurt wspólnych działań w celu rozwiązania narastających problemów społecznych na świecie, teraz przebudzonym politycznie i nieskłonnym poddać się imperialnej dominacji. Arnold Toynbee twierdził, że imperia upadały wskutek samobójczej polityki swoich przywódców. Na szczęście w Ameryce, inaczej niż w cesarstwach, prezydenci, także ci najgorsi, mogą pełnić urząd tylko przez osiem lat".

Wróćmy zatem na chwilę do Toynbeego, na którego w tym miejscu powołał się Zbigniew Brzeziński. Toynbee, co jest oczywiste, traktował cywilizacje jako realnie istniejące fakty dziejowe, stwierdził też, że wszystkie przez niego przebadane (a było ich aż 21) okazały się śmiertelne. Przebadał też detalicznie poszczególne fazy żywota cywilizacji od "naturalnego poczęcia" do śmierci. Ze szczególną jednak uwagą Toynbee przebadał ostatnią fazę istnienia cywilizacji i mechanizmy jej, jak to powiedział Brzeziński, "samozagłady".

Otóż stojąc w obliczu nieuchronnych na pewnym etapie procesów dezintegracji i rozkładu, cywilizacja wchodzi w etap, który Toynbee nazywa "wtórną integracją", i kosztem ogromnego wysiłku powołuje do życia imperium, dziś powiedzielibyśmy "supermocarstwo". Jest to jednak purrysowe zwycięstwo, radość urojona. Imperia takie - pisze Toynbee - nie są latem, lecz babim latem, maskującym jesień i zapowiadającym zimę. Imperium rozpaczliwie chce przetrwać, nie jest to już jednak witalność. "Jest to uparta długowieczność starca, który nie chce umrzeć". Zadania, które stają przed tak uformowanym imperium, są już ponad jego siły, wyczerpują jego moce witalne, kończy ono swój żywot dość nagle, następuje krach cywilizacji.
Tak było w przebadanych przez Toynbeego cywilizacjach, które upadły. Zdaniem Toynbeego, tak jednak nie musi być i nie dotyczy to cywilizacji Zachodu. Właśnie po to Toynbee pisał swe monumentalne dzieło, żeby tak się nie stało.

Ostatni tom jego dzieła jest pełen przestróg i rad dla przywódców światowego imperium, jak należy postępować, żeby tak się nie stało. W schyłkowej fazie cywilizacji pojawia się szereg "zbawców", którzy serwują swoje recepty na ocalenie cywilizacji. Pierwszym w kolejności jest u Toybeego "zbawca z mieczem w ręku". Zamierza on, póki czas i imperium jest w posiadaniu każącego miecza, zniszczyć przeciwników siłą. Jest to, zdaniem Toynbeego, najgorszy z pomysłów. Wrogów jest już zbyt dużo, są zbyt silni, poza tym zdążyli już przeniknąć do wnętrza cywilizacji. Na ten pomysł Toynbee odpowiada słowami Chrystusa: "Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną". Podobnie jako nieskuteczne Toynbee widzi inne pomysły analizowanych przez niego "zbawców". Ostatecznie wraca do postaci tak czy inaczej kluczowej dla cywilizacji Zachodu, postaci Jezusa z Nazaretu. Przesłaniem Jezusa, które nie przestaje być aktualne, jest miłość, pokój i pojednanie. Schyłkowość cywilizacji Zachodu nie oznacza, że nie może ona odrodzić się na nowo i rozpocząć nowy swój cykl niejako od początku. Tak było w przeszłości wielokrotnie z cywilizacjami Chin, Indii czy starożytnego Egiptu.

Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć, iż przekonanie o zbawczej roli chrześcijaństwa nie tylko wobec cywilizacji Zachodu, ale cywilizacji ludzkiej w ogóle nie jest prostym wynikiem jego warsztatu jako historyka cywilizacji, ale oglądem dziejów, który można by nazwać "teologią cywilizacji". Wątki te można odnaleźć przede wszystkim w twórczości najbardziej chyba wpływowego, choć kontrowersyjnego teologa XX wieku Tellharda de Chardin. Dzieje ludzkości i całego kosmosu traktuje on jako dzieje wcielenia Chrystusa-Logosu, który jest bezosobową kosmiczną zasadą prowadzącą do przeniknięcia pierwotnej martwej i niemej materii przez psychiczność, czyli jej "przebóstwienie".

Znamionami tego procesu wcielenia Chrystusa-Logosu dla Tellharda były między innymi cyklotrony i rakiety kosmiczne. Tak rozumiany proces "przebóstwienia" i wcielenia jest procesem trudnym i bolesnym, a jego symbolem jest Krzyż. Byłoby jednak czymś niepojętym, gdyby on się nie udał. Wszystko byłoby jednym wielkim absurdem - dzieje ludzkości, ale także dzieje kosmosu, z jego powstaniem włącznie. Podobne wątki znajdujemy w rosyjskim kosmizmie, a zwłaszcza w mitycznej koncepcji Mikołaja Fiodorowa. Tymi inspiracjami kierował się między innymi jego wyznawca Konstanty Ciołkowski, tworząc teoretyczne podstawy techniki rakietowej i lotów kosmicznych. Podobne wątki odnajdujemy też we współczesnej fizyce i kosmogonii. Chodzi tu przede wszystkim o tzw. zasadę antropiczną powstania wszechświata. Krótko mówiąc, trudny do wyjaśnienia fakt asymetrii podczas wielkiego wybuchu i "ulokowania się" naszego wszechświata, a zwłaszcza kuli ziemskiej, w niezwykle wąskim przedziale możliwych parametrów fizycznych wyjaśnia się koniecznością takiego stanu spraw dla powstania inteligentnego życia. Gdyby już w pierwszych milionowych częściach sekundy po wielkim wybuchu nie powstała trudna do wyjaśnienia na podstawie znanych praw fizyki asymetria, nie dyskutowalibyśmy dziś o tym, nie byłoby nas tu, wszechświat spłonąłby bowiem w gigantycznym superrozbłysku.

Muszę tu zaznaczyć, iż nie czuję się kompetentny orzekać, czy zasada antropiczna jest słuszna, czy nie i czy w ogóle ma jakiś sens dla znawców sprawy. Chcę tylko tutaj stwierdzić, iż począwszy od analizujących uzyskane w cyklotronach dane fizyków po pobożnych teologów, wypowiadających się z zupełnie innych inspiracji, i skrupulatnych badaczy dziejów, takich jak cytowany tu Toynbee, wypowiadana jest teza w swych skutkach zaskakująca, oszałamiająca, zniewalająca i przerażająca: wszyscy odpowiadamy dziś nie tylko za losy przyszłych pokoleń, ale także za losy Wszechświata.

W tym mniej więcej obszarze refleksji nad sensem dziejów lokuje się przekonanie Toynbeego o wiecznym trwaniu cywilizacji Zachodu jako cywilizacji globalnej, odpowiedzialnej dziś za losy planety. Inaczej bowiem wszystko byłoby jakimś gigantycznym, kosmicznym absurdem. Toynbee pisał to, gdy świat stał na krawędzi globalnego konfliktu nuklearnego. Zaprezentowany tu pogląd sprawiał, iż był on przekonany, że do tego jednak nie dojdzie.

Czas zatem, abym przeszedł do ostatniej części niniejszego wykładu - słów kilka o teoriach mówiących o możliwych skutkach i zagrożeniach wynikających z rozwoju współczesnej wiedzy i technologii. Ograniczę się do dwóch postaci, najbardziej znaczących w tym obszarze refleksji - Alvina Tofflera i Francisa Fukuyamy - i do jednego tylko, ale niezwykle istotnego wątku, który pojawia się w wypowiedziach tych teoretyków. Postępy genetyki i związanej z nią inżynierii genetycznej, uprawianej z powodzeniem w zastosowaniu do świata roślinnego i zwierzęcego, stwarzają niezwykle urokliwą pokusę zastosowania tych "wynalazków" w stosunku do człowieka. Stwarza to jednak bardzo realne zagrożenia zastąpienia trwającej około stu tysięcy lat naturalnej ewolucji homo sapiens autoewolucją, a właściwie mutacją człowieka jako gatunku, w coś całkiem nowego. Zagrożona zatem jest sama istota gatunkowa człowieka. Toffler, jak wiadomo, jest optymistą, w swej książce "Trzecia fala" przedstawia niezwykle barwnie i optymistycznie przyszłość naszej cywilizacji. W jednym ze swych wywiadów jednak mówi: "Uważam, że w XXI wieku staniemy w obliczu głębokiego kryzysu moralnego na skalę planety i że obali on wiele tradycyjnych zasad panujących systemów religijnych i filozoficznych. Będziemy musieli przemyśleć na nowo wszystkie nasze pojęcia dotyczące genezy i przeznaczenia naszego gatunku - słowem, samą definicję człowieczeństwa".
Rzecz w tym, iż nowe technologie pozwolą w niedalekiej przyszłości modyfikować biologiczną naturę człowieka, a jednocześnie modelować procesy psychiczne człowieka w postaci sztucznej inteligencji. Toffler mówi: "Już dzisiaj nakładają się na siebie technika informatyczna i biotechnologie. Gdy dojdą do tego fuzja z autonomiczną, samopowielającą się i samomontującą się robotyką oraz postępy w dziedzinie nanotechniki, nie poznamy samych siebie".

Jeszcze bardziej zdecydowane sądy w tej kwestii wypowiada amerykański politolog, związany z konserwatywnym nurtem w amerykańskiej polityce, postać znacząca w amerykańskim establishmencie, aktualnie będąca członkiem Prezydenckiej Rady do spraw Bioetyki USA - Francis Fukuyama. Po upadku Związku Sowieckiego zasłynął on opublikowaniem głośnej książki "Koniec historii", potem była książka "Ostatni człowiek" i wreszcie książka pod znamiennym tytułem "Koniec człowieka". Jest ona swoistym raportem ze stanu spraw w obszarze bioetyki, pełnym rad i wskazówek adresowanych do amerykańskich polityków. Fukuyama pisze:
"Poczłowieczy świat może być światem, w którym pojęcie "wspólnego człowieczeństwa" zatraci swój sens, ponieważ zmieszamy geny ludzkie z genami tak wielu innych gatunków, że nie będziemy już dokładnie wiedzieć, czym jest człowiek".
Powinniśmy zatem, zdaniem Fukuyamy, bronić naszego człowieczeństwa w imię tegoż człowieczeństwa. Pytanie tylko - jak? Fukuyama zdaje sobie sprawę, że wszystkie te problemy, o których mowa, nie są jakimś obcym wtrętem dziejowym - są one logiczną konsekwencją oświeceniowej tradycji wiecznego postępu, zachodnich ideałów wolności politycznych i wolności nauki, te zaś są logiczną konsekwencją rozległej tradycji judeochrześcijańskiej. Czy zatem powinniśmy zrezygnować z tych wartości i tych ideałów, które są zasadą naszej cywilizacyjnej tożsamości, w imię ratowania naszego człowieczeństwa? Fukuyama odpowiada: tak. Ostatnie dwa zdania książki brzmią:

"Nie musimy postrzegać siebie jako niewolników nieuchronnego postępu technicznego, jeśli postęp ten nie służy ludzkim celom. Prawdziwa wolność oznacza wolność społeczności do chronienia tych wartości, które uważa za najważniejsze - i właśnie z tej wolności musimy skorzystać dziś, w obliczu rewolucji biotechnologicznej".

Pytanie jednak: jak to zrobić? Odpowiedzi na nie poświęcone są główne partie książki. Zdaniem Fukuyamy, należy ustalić restrykcyjne zakazy tego typu eksperymentów i konsekwentnie ich przestrzegać. Przeczy to jednak jego stwierdzeniom wyrażanym w innym miejscu, iż takie zakazy są technicznie niewykonalne.

Okazuje się, iż dla ratowania człowieka przed zgubą ograniczyć trzeba samowładztwo rozumu, powstrzymać postęp, okablować wolność. Żeby jednak ograniczyć wolność, ujarzmić rozum, powstrzymać postęp musimy odpowiedzieć na pytanie: z jakiego nadania mamy to czynić, co nas do tego upoważnia?

Fukuyama odpowiada: zmusza nas do tego nasza godność ludzka. Czym zaś jest ta godność? Jest potrzebą bronienia naszego człowieczeństwa. Czym jest jednak owo człowieczeństwo? Rozważania na ten temat zajmują najwięcej miejsca w książce Fukuyamy. Zawarty w niej przewód myślowy można streścić w sposób następujący: gdyby u wszystkich realnie żyjących ludzi odjąć wszystkie cechy "przypadkowe", uwarunkowane historycznie, kulturowo, ich biografią, sytuacją życiową itp. - to wówczas ukaże się nam nasze prawdziwe "człowieczeństwo". Tego człowieczeństwa powinniśmy bronić i to jest naszą ludzką godnością.

Przechodzę do konkluzji. Jak wiadomo, Jean-Francois Lyotard wprowadził do współczesnej myśli społecznej pojęcie "ponowoczesności" na określenie naszych czasów. Rozbudował je później i teoretycznie opracował Zygmunt Bauman. Lyotard w swej pracy jako najważniejszą cechę ponowoczesności wymienia zanik metanarracji. Chodzi o tak zwaną "długą opowieść", opowieść o tym, jak ma wyglądać świat przyszłych pokoleń - doskonały, piękny i sprawiedliwy. Opowieści takie były treścią różnych ideologii od czasów oświecenia. Dziś one zanikły. Projekty polityczne określone są w zasadzie kadencjami wyborczymi, świat dryfuje ku nieznanej przyszłości, być może ku przepaści.

Są jednak jeszcze na świecie teoretycy cywilizacji, których tu wymieniłem, i bardzo wielu, których wymienić nie mogłem. Pouczają oni, iż cywilizacja, której jesteśmy uczestnikami i kontynuatorami ma charakter wydarzenia kosmicznego. Jej przyszłość nie jest jednoznacznie określona żadnymi koniecznymi wyrokami, jest w rękach człowieka. Każdego człowieka, niezależnie od statusu i miejsca na globie. Miejmy nadzieję, iż te ostrzeżenia i wizje przyszłości zawarte w licznych teoriach cywilizacji nie będą głosami wołających na pustyni, staną się elementem ideologii mądrych polityków i prezydentów, którzy poprowadzą świat ku właściwemu jego przeznaczeniu.
Włodzimierz Pawluczuk jest profesorem socjologii. i religioznawstwa. Publikowany artykuł jest nieznacznie skróconą wersją wykładu inauguracyjnego wygłoszonego 3 października na Uniwersytecie w Białymstoku.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Nie Licwinam sudzic spadara z Rybalou i jaho narod i kaho jon zdradzil ci nie zdradzil !

L
Licvin
Spadar Pavluczuk Vy zdradzili svoj Narod I niczym hetaha nje adkupicje>
Dodaj ogłoszenie