Tadeusz Słobodzianek o "Naszej klasie"

    Tadeusz Słobodzianek o "Naszej klasie"

    Alicja Zielińska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Bohaterami "Naszej klasy" są uczniowie szkoły powszechnej w miasteczku podobnym do Jedwabnego - mówi Słobodzianek.
    Niemcy powinni robić filmy o Auschwitz, Rosjanie o Katyniu, a Polacy o Jedwabnem.

    Niemcy powinni robić filmy o Auschwitz, Rosjanie o Katyniu, a Polacy o Jedwabnem.

    Kurier Poranny: Polscy artyści podejmują trudny dla Polaków temat Jedwabnego. Jak podała "Polska", reżyser Władysław Pasikowski i aktor Daniel Olbrychski chcą nakręcić filmy o masakrze 350 Żydów w 1941 roku. Pan również poświęcił temu problemowi swoją sztukę teatralną. Premiera ma być jesienią. O czym jest "Nasza klasa"?

    Tadeusz Słobodzianek: Bohaterami są uczniowie szkoły powszechnej w miasteczku podobnym do Jedwabnego czy Radziłowa, którzy razem uczą się, bawią i chuliganią. Łączy ich wiele wspólnego, ale i wiele dzieli. Chcę zadać pytanie, jak to było możliwe, że koledzy z klasy nawzajem sobie zrobili tyle złego?

    Nie są to tylko losy wojenne tych osób.

    - Pokazuję dzieje moich bohaterów od pierwszego dnia w szkole w końcu lat dwudziestych XX wieku do początku XXI wieku, właściwie do 10 lipca 2001 roku.
    Bezpośrednią inspiracją stało się stare zdjęcie szkolne, na którym był mały Jurek Laudański (osądzony morderca w Jedwabnem), Jadzia Śleszyńska (córka właściciela stodoły, w której spalono Żydów) i Szmul Wasersztajn (jeden z niewielu ocalonych, po wojnie osiedlił się w Kostaryce, jego matka i brat zginęli w stodole). Chodzili oni do jednej klasy. Pamiętam, jakie wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta fotografia. Inne zdjęcia zresztą też. Patrzyłem na nie godzinami i zastanawiałem się, co robiły te dzieci 10 lipca i potem? Które z nich zginęło w stodole? A które do stodoły okutym kijem zaganiało?

    Korzystał Pan z "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa?

    - Tak. Bardzo przeżyłem tę książkę. Ale inspiracją dla mnie była również książka Anny Bikont "My z Jedwabnego", film Agnieszki Arnold "Sąsiedzi" czy dokumentacja historyczna "Wokół Jedwabnego" wydana przez IPN. Oprócz tego cała masa innych rzeczy: teksty źródłowe, pamiętniki, wspomnienia, literatura naukowa dotycząca Zagłady, a także cały ten chłam antysemicki z Nowakiem na czele, nie mówiąc już o przedwojennym "Śpiewniku antysemity" ks. Mateusza Jeża.

    Postanowił Pan jednak pójść dalej niż Gross i pokazać nie tylko winę Polaków, ale i Żydów. Ten argument bardzo często podnosili mieszkańcy Jedwabnego, próbując usprawiedliwić tamte straszne wydarzenia.

    - Pokazuję, że w czasie okupacji sowieckiej do NKWD donosili i Polacy, i Żydzi. Nie chodziło mi jednak o wskazywanie, kto więcej donosił, tylko o pokazanie mechanizmu zła, że po prostu jedno zło wywołuje następne. Jednym z wątków jest los Żyda, który po wojnie wstępuje do UB po to, by mścić się za śmierć swojej żony i dziecka. W ten sposób sam staje się mordercą.

    Chce Pan sprowokować widzów do rozmowy o antysemityzmie?

    - Na razie planujemy doprowadzić do premiery tej sztuki w Laboratorium Dramatu.

    A pokaże Pan ją w Jedwabnem?

    - Najpierw zaproszę nauczycieli z Jedwabnego do Warszawy, do Laboratorium, żeby zobaczyli spektakl. Jeżeli uznają, że to przedstawienie nie obraża mieszkańców, ich uczuć, a wręcz przeciwnie, próbuje ich skłonić do refleksji - co jest moim zamiarem - to chętnie byśmy zagrali "Naszą klasę" w Jedwabnem. Jak również w innych miejscowościach na Podlasiu.

    Tematyka Jedwabnego to wciąż kij w mrowisko. Pojawiły się określenia, że Gross wywołał burzę historyczną i polityczną, a teraz twórcy kultury zapowiadają tornado artystyczne. Może tak być?

    - Nie traktowałbym tego w kategorii kataklizmów, by niszczyć i wywoływać burzę. Najważniejsze jest ujawnienie prawdy, ponieważ jak dowodzi historia, jej nie da się ukryć, nie da się jej zniszczyć. Prędzej czy później prawda wyjdzie. Nie chodzi też o to, żeby ofiary i sprawcy nieustannie sobie wyrządzali krzywdę, prowokowali zło, a próbowali jednak rozmawiać o tym, co się wydarzyło, i uświadomili sobie, gdzie są. By pojednali się ze sobą. Zależy mi również, żeby wskazać tych, którym zależy na tym, żeby do takiego pojednania nie mogło dojść. Są, niestety, całe instytucje, które czerpią korzyści z tego, że między ludźmi istnieje agresja. To też chciałbym nazwać po imieniu.

    Nie obawia się Pan zarzutów, że rozdrapuje rany?

    - Nie, zarówno rozdrapywanie ran, jak i krzepienie serc nie prowadzi do samowiedzy, tylko do samozadowolenia. Mi chodzi o to, żeby coś sobie uświadomić, pokazać wspólną tragedię dwóch narodów - Polaków i Żydów, by razem płakać, a nie wygrażać sobie.

    Myśli Pan, że zbrodnia przetworzona w wizję artystyczną przemówi bardziej niż fakty? Czy jest to raczej misja ludzi kultury, że temat trzeba podjąć?

    - Jeśli my, Polacy, nie podejmiemy tej tematyki, to zrobi to za nas ktoś inny. Musimy się z tym zmierzyć, bo to fundamentalny obowiązek wynikający z naszej świadomości, zarówno indywidualnej, w ogóle człowieka, niezależnie od tego, gdzie mieszka, jak też świadomości obywatelskiej. Są teorie psychologiczne, które mówią, że dopóki sprawca nie pojedna się z ofiarami, to społeczeństwo nie będzie w pełni normalne i zdrowe. Wciąż będzie miało poczucie winy, a to - co widać po rozmaitych przykładach obecnie w Polsce - wywołuje nienawiść i agresję. Ja po prostu uważam, że twórcy nie powinni rozdrapywać ran czy krzepić jak cukier, tylko badać świadomość człowieka. Niemcy powinni robić filmy o Auschwitz, Rosjanie o Katyniu, a Polacy o Jedwabnem.

    Właśnie, Amerykanie zmierzyli się z problemem wojny wietnamskiej i nakręcili wiele filmów. Pokazali swój udział, także ten mniej chwalebny.

    - Takie podejście spowodowało, że tę traumę w jakiś sposób przepracowali. Co nie znaczy, że dalej nie popełniają błędów, że dalej nie wchodzą w jakieś konflikty, ale, jak widać, wojna w Wietnamie i wojna w Iraku to jednak dwie zupełnie inne wojny.

    Może nasza obawa przed odkrywaniem złych stron z przeszłości wynika z tego, że przez wiele lat byliśmy chowani na historii martyrologicznej: Polacy to tylko bohaterowie i ofiary innych.

    - Warto opisać wszystko to, co złe, a wtedy to, co dobre, samo wyjdzie. I to jest lepsze niż odwrotnie.

    Dziękuję za rozmowę.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo