Studia nie dla idiotów

Mirosław Miniszewski [email protected] tel. 085 748 95 43
Kwestia przyszłości polskich uczelni, zwłaszcza uniwersytetów, wraca jak bumerang.
Kwestia przyszłości polskich uczelni, zwłaszcza uniwersytetów, wraca jak bumerang. Fot. Archiwum
Udostępnij:
Na polskich uczelniach studiuje dzisiaj część ludzi, którzy mieliby problem z ukończeniem praktycznej nauki zawodu w zakładzie rzemieślniczym. To, że umożliwiono im studiowanie, jest wielką krzywdą. Zarówno dla nich samych, jak i polskiej nauki.

Kwestia przyszłości polskich uczelni, zwłaszcza uniwersytetów, wraca jak bumerang. Zapowiadana przez rząd reforma szkolnictwa wyższego wywołuje więcej sporów i wątpliwości niż nadziei na poprawę. Zapowiedzi realizowania programów, które za jedyny cel stawiają innowacyjność i strategię rozwoju polskiej edukacji wyższej, dobrze tylko brzmią. Kryje się za nimi jednak widmo głębokiego kryzysu, który nie tylko związany jest z ideą uniwersytetu jako takiego, ale kulturą myślenia w ogóle.

Nie tylko innowacyjność się liczy

Mniemanie, iż innowacyjność jest jedynym celem nauki, jest z gruntu błędne. Dotyczy to bowiem kierunków inżynieryjnych, nastawionych na wdrażanie technicznych rozwiązań. O jaką strategiczną dla państwa innowacyjność mają się starać matematycy, fizycy teoretyczni, filolodzy czy filozofowie? Oczywiście jest sporo takich osób, które powiedzą, że teoretycy kultury, literatury czy myśliciele są najzwyczajniej niepotrzebni i jak znikną z uczelni, to bez szkody dla nauki. Słychać takie głosy nader często. Rzecz jasna, podejmowanie polemiki z głupotą - bo jest to przejaw zwykłej głupoty - nie ma sensu. Kultura naszej cywilizacji nie narodziła się z techniki, technologii, jako myśl inżynieryjna i innowacyjna, ale z nadmiaru wolnego czasu! Nazwa "szkoła" pochodzi od greckiego słowa "schole", które oznacza po prostu "czas wolny". Ci, którzy mieli ten wolny czas, mogli się zajmować myśleniem, kontemplowaniem tworów własnego umysłu z czystej potrzeby ciekawości i dla własnej satysfakcji. Nie pałali się pracą w czasie wolnym, bo czas pracy i technicznej innowacji wykluczał kiedyś edukację.

Pierwsze europejskie uniwersytety nie zajmowały się kształceniem budowniczych mostów, dróg i katedr, bo od tego byli zwykli, zrzeszeni w cechach rzemieślnicy, ale trudniły się myśleniem dla samego myślenia i poznawaniem świata z czystej ciekawości. Pomysł, że uniwersytet ma być przestrzenią innowacji technologicznej, to bardzo młoda idea. Jednak jeszcze do niedawna mało komu przychodziło do głowy, aby rozszerzać metodologię typową dla kierunków technicznych na ideę uniwersytetu w ogóle! Ten projekt jest płodem współczesnych technokratów. Tymczasem, czy się to komuś podoba, czy nie, to myślenie dla samego myślenia - czyli, mówiąc krótko, filozofowanie - pozostaje rdzeniem tradycji uniwersyteckiej.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdzić, że tylko myśleniem uczelnie mają się obecnie zajmować. Rozwój współczesnej nauki jest związany z ideą innowacyjności i potrzebą kreowania nowych rozwiązań, które poszerzają spektrum wiedzy, przez co życie staje się - podobno - łatwiejsze. Krytyka technologizacji świata i zagrożeń, jakie niesie ze sobą ten proces, to zupełnie inne zagadnienie. W każdym bądź razie, nauka dotąd rozwijała się w równowadze między tymi, którzy myśleli, a tymi, którzy działali. Filozof i inżynier żyli w symbiozie. Zburzenie tej równowagi jest niebezpieczne. Projekty rządowe natomiast zbliżają się do wdrożenia rozwiązań, które tę równowagę zniosą. Czym bowiem jest pomysł dotowania wysokimi stypendiami studentów kierunków uznanych przez rząd za strategiczne? W praktyce dotyczy to wyłącznie tych zajmujących się technologią. Nie ma na tej liście studentów, którzy mają się w przyszłości troszczyć o stan polskiej kultury! W jaki sposób student polonistyki albo historii sztuki ma konkurować z przyszłym inżynierem telekomunikacji? Już na starcie nie mają równych szans. A potem, za kilka lat, ktoś powie: "Po co nam historycy sztuki w ogóle? Przecież oni nie wdrażają żadnych innowacji. Poza tym studenci kierunków technologicznych od lat radzą sobie lepiej". Nikt nie powie wtedy tego, że mieli na samym starcie ekonomiczne fory. Założenie, że współczesna Polska potrzebuje bardziej inżynierów niż dobrze wykształconych humanistów, jest nie tylko fałszywe, ale też ukazuje głęboki, postkomunistyczny i, paradoksalnie, neoliberalny resentyment do kultury intelektualnej. Mało już kto dzisiaj pamięta, że dawni, dziewiętnastowieczni i przedwojenni inżynierowie byli biegli nie tylko w sztuce projektowania i budowania, ale także mieli solidny szlif humanistyczny. Bardzo często znali się na literaturze i umieli czytać greckich klasyków w oryginale. Tymczasem zdarza się coraz częściej, że współczesny inżynier nie tylko nie potrafi się odnaleźć w świecie intelektualnych odniesień, ale bywa też półanalfabetą, niepotrafiącym pisać, za to sprawnie posługuje się komputerem i programami do projektowania. Czy o to chodzi autorom reformy? O wyprodukowanie estetycznie i intelektualnie upośledzonej armii sprawnych technicznie ćwierćinteligentów?

Nie dla wszystkich studia

Trzeba to powiedzieć wprost - na polskich uczelniach studiuje część ludzi, którzy mieliby problem z ukończeniem praktycznej nauki zawodu w zakładzie rzemieślniczym. To, że umożliwiono im studiowanie, jest wielką krzywdą, którą wyrządzono nie tylko im samym, ale przede wszystkim polskiej nauce.
Wykładowcy skarżą się, że nowe roczniki nie potrafią czytać, o pisaniu już w ogóle nie wspominając. Ci ludzie trafili na uniwersytet w wyniku nie tyle pomyłki, co ekonomicznej zapobiegliwości uczelnianych władz, która po części jest spowodowana tym, że środki, jakie państwo przeznacza na edukację, są bardzo niskie. Trzeba więc ratować się studentami zaocznymi. Prywatne uczelnie zaś to w dużej części - wyjąwszy kilka przykładów - fabryki przyjmujące na studia wszystkich tych, którzy się akurat zgłaszają. Rodzice tych biednych dzieci wierzą w awans społeczny, który jakoby im w ten sposób jest gwarantowany, i finansują im naukę za swoje ciężko zarobione pieniądze. Tymczasem osoby te powinny ukończyć po prostu szkoły zawodowe i podjąć się zajęć na miarę swoich możliwości intelektualnych. Ich obecność na uczelniach nie powoduje niczego innego poza ogólnym zaniżeniem poziomu edukacji oraz degradacją statusu, jakim jest posiadanie tytułu zawodowego licencjata i magistra. Studia powinny być dla tych, który spełniają pewne surowsze kryteria.

W świetle tego wszystkiego wydaje się, że Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego chce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - dokonać fundamentalnego podziału w ramach polskiej nauki. Nasze władze chcą, aby studenci dzielili się na tych wybitnych, opłacanych wysokimi stypendiami, oraz całą resztę, która, owszem, zdobędzie akademickie tytuły zawodowe, ale nie będzie to miało żadnego praktycznego znaczenia, bo niedługo wszyscy młodzi ludzie będą je mieli. Nie będzie brany pod uwagę już dyplom, ale nazwa uczelni i konkretny kierunek. W ten sposób utrzymana zostanie dojna krowa, którą są studenci studiujący na poślednich uczelniach, które powstały tylko po to, aby źle opłacani profesorowie mogli sobie dorobić do pensji. Zamiast reformować szkolnictwo w ogóle, rząd weźmie sobie tylko mały jego wycinek w celu wprowadzenia rzeczywistych reform, reszta będzie funkcjonowała w praktyce jak dotąd, bo pozostałe zmiany będą wyłącznie kosmetyczne i bez wpływu na fakty. Rządowy projekt reformy szkolnictwa wyższego zawiera sporo unijnej nowomowy i, wprowadzony w życie, doprowadzi raczej do jeszcze większej destabilizacji i tak już ledwie trzymającego się gmachu polskiej nauki. Rzeczywista reforma całego szkolnictwa spowodowałaby bowiem niewątpliwie bunt środowiska akademickiego, jeszcze większy niż to ma miejsce teraz. Trzeba by bowiem zaostrzyć kryteria rekrutacji tak, aby przyjmować tylko tych, którzy się do studiowania nadają - czyli w praktyce o jakieś siedemdziesiąt procent zmniejszyć liczbę studentów, i, co za tym idzie, samej kadry dydaktycznej. Nikt nie zgodzi się, po pierwsze, na zaniżenie statystyk, które sprawiają, że mamy imponujący w Europie współczynnik studiujących, po drugie, na pozbawienie dochodu licznego grona profesorskiego. Trzeba było znaleźć sposób, to go znaleziono. Wilk jest syty i owca cała. Rząd utrzyma statystyki, jednocześnie tworząc w ramach systemu szkolnictwa wyższego jednostki specjalnego traktowania, których studentów będzie dotować, wynosząc ich ponad szarą resztę.

Nadciąga katastrofa

Idzie niż demograficzny. Ten fakt wyręczy prawdopodobnie rządowych reformatorów. Te bowiem uczelnie, które do tej pory udawały, że czegokolwiek uczą, same się zlikwidują w perspektywie nieuchronnego bankructwa. W ten sposób jeden z problemów rozwiąże się sam. Co z resztą, na przykład z humanistami? Faktem jest, że kierunki humanistyczne, zaniżając kryteria rekrutacyjne, zdegradowały się bardzo. Za wyjątkiem kilku naprawdę prestiżowych i elitarnych wydziałów na paru zaledwie polskich uniwersytetach, humanistyka stała się w Polsce farsą, a sam humanista synonimem nieroba. Więc może nic w tym dziwnego, że technokratów drażni widok niedouczonych, przez co zbędnych gospodarczo absolwentów nauk społecznych i humanistycznych. Może faktycznie trzeba to wszystko najpierw doprowadzić do kryzysu, żeby samo się zdegradowało pozbawione "demograficznych zasobów" i pomocy państwa. Jest tylko jedna uzasadniona obawa. Wszak reforma szkolnictwa dokonywana będzie w duchu neoliberalnym, a ten związany jest z przykrym faktem, że buduje swoją potęgę na kryzysach i katastrofach. Zauważa to i całkiem jasno wyjaśnia Naomi Klein w swojej ostatnio wydanej książce pt. "Doktryna szoku". Neoliberalizm potrzebuje kryzysów i katastrof, aby w miejscu zniszczonych struktur budować nowe, oparte na innym ładzie.
Istnieje więc obawa, że planowana reforma szkolnictwa obliczona jest na wywołanie pełzającej katastrofy - na tyle rozłożonej w czasie, aby nie wywołać buntu środowiska akademickiego, ale stopniowo doprowadzić cały system do zapaści i na jego miejsce zbudować całkowicie podporządkowany kapitałowi twór quasi-edukacyjny, pokornie służący celom wyłącznie ekonomicznym. Nie będzie w nim miejsca na nieinnowacyjnych humanistów, tej "nieproduktywnej grupy ekonomicznie zbędnych ludzi".

Obserwując kolejne reformy polskiego szkolnictwa w całości, nie tylko tego wyższego, trudno pozbyć się podejrzenia, że chodzi tutaj komuś o wychowanie bezmyślnych technokratów, całkowicie posłusznych wymaganiom systemu, którzy nie potrzebują kultury i humanistycznego szlifu, a tym bardziej umiejętności krytycznego myślenia. Bo ta zawsze stanowiła problem dla rządzących. Wszak łatwiej rządzi się nieuświadomionymi intelektualnie masami.

Ministerialny projekt reformy nauki i szkolnictwa najeżony jest neologizmami rodem z neoliberalnych korporacji, takich jak na przykład "kapitał ludzki", "wzrost mobilności", "likwidacja stabilizacji etatowej" czy w końcu "prywatyzacja jednostek (akademickich) niespełniających kryteriów akredytacyjnych". Te pojęcia są obce nie tylko na gruncie samej polszczyzny, która do niedawna radziła sobie bardzo dobrze bez tych kalek z angielszczyzny, ale jest symptomem zmian o wiele bardziej fundamentalnych niż się nam wszystkim wydaje. Być może ukrytym celem tego procesu nie jest wcale ożywienie tradycji szkolnictwa i stymulowanie rozwoju kultury uniwersyteckiej, tylko zdegradowanie jej do roli użytecznego narzędzia w rękach neoliberalnej władzy tak, aby wyeliminować z przestrzeni społecznej myślenie i usunąć tym samym ostatnią przeszkodę ku uczynieniu z nas rzeszy technicznie sprawnych analfabetów, spolegliwie pracujących na rzecz korporacyjnego ładu. Powoli jesteśmy przyzwyczajani do tego, że liczy się wyłącznie zysk. Nie poziom intelektualny, ale PKB jest dzisiaj wyznacznikiem rozwoju cywilizacji.

Polskie szkolnictwo i nauka przeżywają głęboki kryzys. W sukurs przychodzi nasza władza, która z premedytacją zamierza wylać dziecko razem z kąpielą. Na jego miejsce zaadoptowany zostanie bękart kulturalnej zapaści. Intelektualne elity, które od kilku pokoleń wybijali nam to Niemcy, to Sowieci, tym razem załatwimy sami, bez pomocy z zewnętrz. Po prostu wymrą, nie wykształciwszy następców.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
I dlatego mamy elektroników i elektryków co w ręku lutownicy i śrubokręta nie trzymali, mechanika co nie umie świecy w aucie wymienić i budowlańca który nie umie prosto ściany postawić... POLSKA... Białystok przykre niestety przoduje... Politechniki Warszawska, Wrocławska, AGH, WAT, Gdańska robią własną użyteczną robotę za solidne pieniądze i mogą sobie pozwolić na wycinanie w pień takich ludzi... Białystok niestety... Tylko jęczenie że mało, a potem rektor idzie do sądu za przekręty...
j
jarr
***
Dodaj ogłoszenie