Starym fiatem seicento jadą przez Skandynawię, by pomóc choremu Nikosiowi

JBa
Artur Kuczyński
Artur Kuczyński, burmistrz Szczuczyna, postanowił pokazać magię Skandynawii swojemu synowi Jakubowi. Na męską wyprawę, podczas której chcą objechać cały półwysep i przy okazji pomóc choremu Nikosiowi, wybrali się specjalnie zakupionym na ten cel fiatem seicento.

Moje podróże to zazwyczaj kilka tysięcy kilometrów do miejsc, gdzie szczytem marzeń nie jest parawan na plaży czy tłum turystów w przyhotelowej zatoczce. Lubię odpoczywać tak, żeby pracowało ciało, a odpoczywała głowa. Po półtorarocznej posusze wpadłem na pewien dość zwariowany pomysł na wakacyjną podróż... - tłumaczy Artur Kuczyński.

Dorastał w warsztacie samochodowym swojego taty. Potem ukończył technikum mechaniczne i do dzisiaj zachował w sobie zarówno miłość do aut, jak i umiejętność słuchania pomruku silnika i dociekania ewentualnych nieprawidłowości w jego działaniu.

- Jeżdżę wszystkim, co ma silnik, niezależnie czy osadzony jest on na dwóch, czy czterech kołach - mówi włodarz Szczuczyna.

Dlatego przygotowania do wyprawy rozpoczął od zakupu auta. Poszukiwania odpowiedniego egzemplarza trwały kilka dni.

- Wierzę, że to seicento 1.1 to najlepiej zainwestowany tysiąc złotych ever - śmieje się Kuczyński. - A dlaczego wybraliśmy właśnie seicento? To proste, tanie auto, bez zbędnej elektroniki, więc w przypadku ewentualnej awarii jestem w stanie ogarnąć je samodzielnie - mówi.

Najpierw jednak fiat, o którym mówią per Stefan, trafił do warsztatu na konserwację nadwozia, a po profesjonalnych przeglądach burmistrz sam wziął się do pracy.

- Hamulce, oświetlenie, modyfikacja w środku, bo nawet nie miało radia. Chodziło o to, by auto było maksymalnie dwuosobowe i możliwie jak najlżejsze - wyjaśnia.

Przed wyruszeniem w trasę zaopatrzył się też w kilka podstawowych części zamiennych, które w podróży mogą okazać się niezbędne. Zakupił więc pompę paliwową, łożysko, koła czy uszczelki. Przeprowadził też testy, by zobaczyć jak auto sprawuje się na różnych nawierzchniach drogowych. I takim sposobem fiacik, który właściwie już mógłby kończyć swój żywot, otrzymał drugą młodość. Artur wraz z synem Jakubem, z lekko tylko zarysowanym planem, bez żadnych rezerwacji, ale za to z namiotem, plecakami i dobrymi humorami tydzień temu, w piątek, wyruszyli na spotkanie z przygodą.

Ich celem jest objechanie całego półwyspu skandynawskiego – przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Szwecję i Norwegię. Swoją podróż rozpoczęli fotką zrobioną przed Urzędem Miejskim w Szczuczynie. I tak 23 lipca, ostatnim spojrzeniem na miejsce pracy, burmistrz rozpoczął swój 10-dniowy urlop.

Kuczyński nie postrzega tego wyjazdu starym seicento przez pół Europy jako jakiegoś wyczynu, a raczej uważa go za pozytywne wyzwanie, które ma przynieść mu i synowi mieszankę szczęścia, frajdy oraz przygody. Kilka lat wcześniej część zaplanowanej trasy przejechał już motocyklem. I właśnie wtedy obiecał sobie, że jeszcze tam wróci.

Pokonują setki kilometrów dziennie
Jak mówi burmistrz, ze zwiedzaniem i podziwianiem Skandynawii jest jeden problem – odległości.

– Trzeba przez pierwsze dni umordować się ponad półtora tysiąca kilometrów, by później móc w spokoju oddawać się naturze - śmieje się Kuczyński.

Pierwszy dzień ich podróży, czyli przeprawa przez Litwę, Łotwę i Estonię, aż do portowej stolicy tego kraju, Tallina, zapowiadał się dość mozolnie.

- Z jednej strony cóż fascynującego może być w przejechaniu 800 kilometrów asfaltowych dróg? Z drugiej jednak – cóż lepszego może spotkać ojca i syna po ponad roku pandemii, e-szkoły, wiecznego braku czasu i nerwówki? Szkoda gadać, szkoda pisać, trzeba korzystać! Jechaliśmy więc, oglądaliśmy i rozmawialiśmy… O drogach, które podobno miały być tu wybudowane, a nie ma i trwa nieustanny remont. O dosłownie setkach fotoradarów, tysiącach ciężarówek i wielu, wielu innych sprawach. Mieliśmy przecież czas, dlaczego więc nie korzystać? - śmieje się burmistrz.

I chwali syna Jakuba, który świetnie się sprawdził już pierwszego dnia.

- Nawigował, informował, poszukiwał kolejnych dróg i punktów. Wyszukał również miejsce naszego noclegu – camping w samym centrum Tallina, pięknie położony, blisko starego miasta i portu. Nie mogliśmy lepiej trafić - stwierdza.

I dodaje, że nocowanie w namiotach ma wiele plusów. Po pierwsze, obniża koszty podróży, a po drugie – daje frajdę z rozkładania namiotu, wspólnego szykowania wszystkiego i spania prawie pod chmurką na Kole Podbiegunowym. Pierwszy sen był jednak niezwykle krótki, bo już o 5 rano trzeba było ruszać w drogę.

Drugiego dnia pokonali kolejne 870 kilometrów i zaliczyli przeprawę promową.

-Finlandia powitała nas temperaturą na poziomie 21 stopni, błękitnym niebem i mocnym słońcem. Zdjęcia nie są w stanie oddać piękna nabrzeża po drugiej stronie Bałtyku - podkreśla Kuczyński.

I wspomina, że droga prowadząca bezpośrednio do granicy z Norwegią to bajka dla wszystkich zmotoryzowanych podróżników.

- Piękne widoki plus podjazdy i zjazdy przekraczające 18 procent nachylenia robią dobrą robotę. Nasz Stefan dzielnie sobie radził, a my przegapiliśmy stację paliwową i ostatni odcinek do granicy, czyli jakieś 80 kilometrów, przejechaliśmy ze świecącą się rezerwą i duszą na ramieniu, ale udało się! Na samej granicy zatankowaliśmy się pod korek, tj. 34,8 litra w 35 litrowy zbiornik. To dopiero była jazda na oparach -śmieje się.

Tej nocy spali na campingu znajdującym się ok. 120 kilometrów przed NordKapp. A jako że temperatura znacznie spadła – z 24 do 10 stopni Celsjusza, byli zadowoleni, że rozkładanie namiotu idzie im coraz sprawniej.

- Ale naszym schronieniem i oazą ciepła okazała się nie namiot, a campingowa kuchnia, w której grzejniczek ustawiono na 20 stopni - dodaje Kuczyński.

Przyznaje też, że po piątym dniu podróży, po pokonaniu setek kilometrów dziennie, dopadło ich zmęczenie.

- Ten sposób podróżowania przynosi zmęczenie fizyczne, ale głowa pracuje w zupełnie innym wymiarze. Inne rzeczy są teraz ważne, inne zmartwienia i radości. Taki stan pozwala również na zerkanie co „jakiś” czas na przeszłość, na to, co za mną i co przede mną również - wyjaśnia.

Pokonując kolejne 650 kilometrów na zachód Norwegii, miał wiele czasu na refleksję.

- Od pierwszych kilometrów tego odcinka aż po jego kres Norwegia udowadniała nam, jak dobrze zrobiliśmy podejmując się tego wyprawowego wyzwania. Kolejne fiordy zachwycały różnorodnością swoich barw. Jedne uspokajały pozytywną zielenią, inne dosłownie przerażały surowością skał, lodowcowym pejzażem i zimnem. Co chwila zatrzymywaliśmy się, żeby dokładniej przyjrzeć się mijanym cudom, zrobić fotkę, porozmawiać. Właśnie po to tu przyjechaliśmy - stwierdza.

Jednym z ważniejszych punktów tego dnia była wizyta w mieście i porcie Narvik.
[cy] - Mój dzielny pilot Jakub Kuczyński udzielił mi wykładu historycznego na temat toczącej się tu w maju 1940 roku bitwy i udziału w niej Polaków. Oczywiście pojechaliśmy na miejsce, gdzie stał pomnik marynarza ORP GROM ku czci bohaterskich żołnierzy - cieszy się włodarz i przyznaje, że już nie może się doczekać kolejnych dni wyprawy.[/cyt]

Zachęcają do pomocy
Jednym z celów wyprawy Artura Kuczyńskiego jest wsparcie zbiórki pieniędzy (na portalu siepomaga.pl) na zakup lekarstwa ratującego życie Nikosia Wasilewskiego z Białegostoku. Jak podkreśla burmistrz, każdy grosz się liczy i każdy może pomóc chłopcu w walce o życie.

- Potrzebna kwota poraża, a szansa na uratowanie życia tego dziecka sprawia, że chce się o nią walczyć. Przyłączcie się proszę - zachęca.

Nikoś ma 16 miesięcy i choruje na rdzeniowy zanik mięśni.

- To straszna choroba, która każdego dnia, kawałek po kawałku, odbiera siły, nadzieję i życie – mówi Milena Wasilewska, mama Nikosia. –Mięśnie naszego synka umierają zamiast się rozwijać. Dzieci takie jak nasze jeszcze do niedawna były skazane na powolne odchodzenie w męczarniach. Dzisiaj medycyna daje szansę - koszmarnie droga terapia może zatrzymać ten złowieszczy pęd choroby.

Tą szansą jest tzw. terapia genowa, polegająca na jednorazowym podaniu kopii uszkodzonego genu.
- Ten jeden cudowny zastrzyk zwany jest najdroższym lekiem świata i może dokonać cudu w życiu całej naszej rodziny - podkreśla Wasilewska.

Do tej pory chore dzieci musiały latać na terapię z Polski do Stanów Zjednoczonych, ale od niedawna ten lek można podawać także w Polsce - w Lublinie. Aby do tego doszło, potrzebne jest ponad 9 milionów złotych. Aktualnie brakuje niespełna 800 tys. zł.

- Ten lek nie załatwi wszystkiego. Po jego podaniu najważniejsza będzie rehabilitacja. Ale na pewno bardzo ułatwi nam życie. Co prawda kwota jest ogromna, ale wierzę, że się uda. Pokazały nam to inne dzieci z SMA. Obserwujemy ich zbiórki i trzymamy za nie kciuki. Z ich rodzicami jesteśmy w stałym kontakcie. Wymieniamy się doświadczeniami i podpowiadamy sobie nawzajem - wyznaje pani Milena.

Astronauci amatorzy polecieli w kosmos

Wideo

Materiał oryginalny: Starym fiatem seicento jadą przez Skandynawię, by pomóc choremu Nikosiowi - Gazeta Współczesna

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie