Sprawa radnego Janusza Kochana i nie tylko

Tomasz Maleta
Janusz Kochan
Janusz Kochan YouTube
Wystarczy wymagać prostych, etycznych reakcji, które wynikają z wzorców kreowanych przez prezydenta i oczekiwanego przez niego postępowania podwładnych.

To, że radny Janusz Kochan nie widzi nic zdrożnego w tym, że doradzał komisji w konkursie, w którym o datację na galę sportu starało się jego stowarzyszenie, nie dziwi. Ileż razy słyszeliśmy w podobnych sytuacjach sakramentalne: wyłączyłem się. Wystarczy przypomnieć sprawę Cezarego Cieślukowskiego, członka zarządu województwa, a zarazem prezesa Lokalnej Grupy Rybackiej. Starała się ona wiele razy i otrzymywała dotację w konkursach, w których pieniądze rozdzielał zarząd województwa. Cezary Cieślukowski też wielokrotnie zapewniał, że w takich sytuacjach się wyłączał z podejmowania decyzji. Niesmak jednak pozostał i ciągnie się od lat.

Pamiętamy też przypadek innego - w znacznie szerszym kontekście - wyłączenia się. W ostatnich wyborach samorządowych mandat radnej zdobyła Monika Suszczyńska. W tym czasie była wiceszefową Zarządu Mienia Komunalnego. Zgodnie z prawem miała siedem dni na podjęcie decyzji, w której roli będzie funkcjonować w samorządzie terytorialnym (ZMK jest instytucją komunalną). Świeżo upieczona radna, która błysnęła kontrowersyjną (z wykorzystaniem retoryki honorowego krwiodawstwa) kampanią uliczną o potrzebie świeżej krwi w polityce, deklarowała w Porannym: "Bardzo lubię to, co robię do tej pory. Będzie mi więc bardzo trudno zrezygnować z pracy. Ale czuję też ciężar tego, że zaufało mi 3,5 tysiąca osób. No i trudno teraz im powiedzieć: jednak nie chcę. Decyzja na pewno nie będzie łatwa. Mam siedem dni na podjęcie decyzji, czy składam wniosek o bezpłatny urlop w pracy, czy oddaję mandat radnego".

W ciągu owego tygodnia zamiast zadeklarować, którą opcję wybiera, wyłączyła się z dylematu. Nadal pełni funkcję kierowniczą w ZMK, ale już nie powodującą kolizji z mandatem radnego. A przecież jej kampania raczej zwiastowała nowe wzorce zachowań i standardów w polityce i samorządzie, a nie furtki i wyjścia awaryjne z wydawałoby się prostych sytuacji.
Takich przykładów z ostatnich lat można mnożyć bez liku (zresztą nie tylko w białostockim samorządzie). I dlatego retoryka Janusza Kochana o wyłączeniu się nie dziwi. Po prostu dostosował się do klimatu i wzorców panujących w sferach samorządowo-administracyjno-partyjno-towarzyskich.

Nie dziwi też zachowanie szefa komisji konkursowej (reprezentował w niej prezydenta), która rozdzielała dotacje na działalność stowarzyszeń i klubów sportowych, zarazem szefa biura sportu w białostockim magistracie. Na zdrowy rozum, dobry obyczaj i przez pryzmat wysokich standardów powinno być tak, że z chwilą powzięcia informacji, że stowarzyszenie Janusza Kochana wnioskuje o dotację, szef komisji konkursowej wyklucza go z grona doradców komisji. Nie oznacza to, że Podlaska Rada Olimpijska PKOL nie otrzymałby dotacji czy straciłaby na nią szansę, ale sytuacja byłaby czysta, przejrzysta i transparentna aż do łzy. Nikt nie uwierzy też, że nie ma w mieście innych ekspertów od sportu białostockiego. Zresztą, skoro w składzie komisji (i to był wymóg konkursu) nie mogły zasiadać osoby, których stowarzyszenia ubiegały się o dotację, to tym bardziej nie powinny w roli doradców. Tyle że przewodniczący komisji, reprezentujący w niej prezydenta i zarazem szef biura sportu, w sprawie Janusz Kochana nie zareagował. Tylko dlaczego miałby to zrobić, skoro w Białymstoku nie wymaga się takich zachowań?. Wprost przeciwnie, niedopatrzenia się toleruje i w konsekwencji akceptuje.

Na kanwie sprawy Janusza Kochana naprawdę nie trzeba tworzyć nowych konstrukcji prawnych (proponuje je teraz prezydent Białegostoku). Wystarczy wymagać prostych, etycznych reakcji, które wynikają z wzorców kreowanych przez prezydenta i oczekiwanego przez niego postępowania podwładnych (w sprawie rozdziału dotacji na sport okazało się, jak klasycznym półkownikiem jest kodeks etyki obowiązujący w magistracie). A wtedy nie będzie problemów z jasnością tłumaczeń o wyłączeniu, niedopatrzeniu i problemów wynikających z pełnienia misji publicznej nie tylko w szerokich sferach samorządowych. I nie ma tu znaczenia, że prawo na to pozwala. Wielokrotnie byliśmy świadkami tego, że prawo nie nadąża za życiem. Nie da się np. pogodzić pełnienia funkcji rządowej i samorządowej. Wcześniej czy później dojdzie do ich kolizji.
Tak było rok temu, gdy Jerzy Kiszkiel, białostocki radny, nie wziął udziału w głosowaniu przesądzającym o przyszłości trzech szkół. Nie pozwolił mu na to Jerzy Kiszkiel, podlaski kurator oświaty. Doprawdy trudno sobie bowiem wyobrazić sytuację, że z powodu tego dysonansu kurator nie wydaje opinii, bo jest radnym. Z drugiej strony chyba białostoczanie nie powierzyli mu mandatu, by nie wywiązywał się z obowiązków radnego. Jakże łatwo przychodzi wyłączyć się z głosowania, jakże trudno zdecydować się na jedną funkcję i reprezentację.

Zapewne wkrótce przed podobnym dylematem stanie, choć tak na dobrą sprawę co najmniej od sześciu lat powinien mieć go za sobą, Janusz Szymczukiewicz, prezes Lecha. Jako szef spółki komunalnej jest reprezentantem samorządu terytorialnego. To oznacza, że zgodnie z prawem nie może prowadzić żadnej działalności gospodarczej. I tak jest faktycznie, co potwierdza jego oświadczenie majątkowe. W tym samym oświadczeniu majątkowym czytamy, że zasiada w radzie nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. To też nie jest czymś nadzwyczajnym. W przypadku szefa spółki Lech ważnie jest jednak to, kogo reprezentuje w radzie nadzorczej. Na stronie internetowej funduszu czytamy: Janusz Szymczukiewicz - przedstawicie samorządu gospodarczego (jest to forma organizacji izb przemysłowo-handlowych, związków pracodawców, cechów rzemieślniczych działających na danym terenie - jednym słowem reprezentacji odzwierciedlającej szeroko pojętą przedsiębiorczość prywatną)

To pozostałość z czasów, gdy Janusz Szymczukiewicz prowadził własną działalność i faktycznie w pełni reprezentował samorząd gospodarczy. Na mocy jego delegacji zasiadł w radzie nadzorczej WFOŚiGW. Tyle że prawie sześć lat temu został szefem gminnej spółki Lech. Reprezentantem biznesu, choć własnego nie prowadzi, pozostał do dziś. Oczywiście może czuć bliskie związki z dawnym środowiskiem, ale od 2 lipca 2007 roku jako przedstawiciel prezydenta i gminy Białystok powinien mieć z tyłu głowy: "Nie będzie miał innych samorządów przede mną". Nie tylko on sam, ale także jego zwierzchnicy w samorządzie gminnym nigdy nie powinni dać powodu do zaistnienia takiej sprzeczności.

W kontekście zbliżającej się rewolucji śmieciowej (w Białymstoku wprowadzać ją będzie spółka Lech) białostoczanie także w tej sprawie powinni mieć sytuację czystą jak łza. I to jeszcze bardziej niż w sprawie Janusza Kochana.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gość
to wstyd że tacy ludzie nas reprezentują.A składają ślubowania,smutne
m
marzena
Pierwszy sensowny artykuł od niepamiętnych czasów w tym szmatławcu - chcę się powiedzieć "Brawo". Brawo.
g
gość
Brawo.Bardzo mądy tekst.Nasi wybrańcy to jednak niezaleznie od wieku etyczna gówniarzeria. Przy okazji to rzadki przypadek refleksyjnego i pogłebionego teksu a nie sensacyjki za pare groszy
Dodaj ogłoszenie