Sońka, jak pudełko czekoladek. To co ważne, ukryte przed oczami

Jerzy Doroszkiewicz
Svetlana Anikiej (z lewej) to stara Sońka - Katarzyna Siergiej - aktorka odtwarzająca Sońkę w warszawskim spektaklu (z prawej)
Svetlana Anikiej (z lewej) to stara Sońka - Katarzyna Siergiej - aktorka odtwarzająca Sońkę w warszawskim spektaklu (z prawej)
Białostocka adaptacja "Sońki" bardziej drwi z współczesnego teatru, tandetnej śpiewogry i wyciskania do cna modnych tematów, niż opowiada historię miłości o wiele silniejszej niż szekspirowskich Romea i Julii.

Początek inscenizacji nie zwiastuje kierunku, w którym pójdzie reżyserka Agnieszka Korytkowska-Mazur. To raczej spotkanie, które oczyściło z mchu kamienie pamięci zalegające gdzieś na polach pomiędzy Królowym Stojłem a gródecką cerkwią. To znakomicie opisane i wyraziście zagrane spotkanie dwóch światów. Tego pozornie wielkomiejskiego, artystowskiego, bogatego i wciąż spragnionego sukcesu i tego wiejskiego, gdzie czas zatrzymał się w epoce generała Sławoja-Składkowskiego, który nakazał budowy drewnianych wychodków. Świat bez kanalizacji, za to z mlekiem prosto od krowy i zwierzętami, które od czasu do czasu potrafią przemówić. Miastowy fircyk, grany na luzie przez Rafała Maćkowiaka, od początku jednak wydaje się być przebierańcem. Chociaż z napotkaną w szczerym polu Białorusinką rozmawia po polsku, dziwnie dobrze rozumie jej tutejszą mowę. Zaś ona, stojąca nad grobem kulawa staruszka, nie dziwi się niczemu i strudzonego wędrowca ugaszcza, jak umie. Svietlana Anikiej w tej roli zadziwia niezwykłą łatwością, z jaką wciela się w wiekową kobietę, która umiała pogodzić się ze światem.

Tych dwoje zupełnie do siebie nie pasuje, ale kiedy młody reżyser dowiaduje się, że zwierzęta rozmawiają z Sońką, postanawia włączyć swoją podręczną kamerę wideo i zacząć dokumentować całą historię. Już za chwilę będziemy widzieć efekty tej dokumentacji i ponownie wracać do symbolicznej wiejskiej chaty, by wysłuchać opowieści o najmocniejszej miłości w życiu głównej bohaterki, a może i najmocniej opisanej miłości w literaturze. Czytelnik "Sońki" Ignacego Karpowicza z pewnością ma wyrobione na ten temat zdanie, czy tak samo będzie czuł widz inscenizacji, który być może świadomie, nie sięgnął po książkę - oto jest podstawowe pytanie, jakie towarzyszy każdej adaptacji.

Ów widz musi zadać sobie nieco wysiłku, by zrozumieć przeskoki akcji. Skądże ma wiedzieć, dlaczego nagle pojawia się esesman, z dopiętymi skrzydłami i recytuje bodajże Rilkego po niemiecku. Skąd ma wiedzieć, dlaczego Dorota Białkowska grająca sukę Borbusa dwunastego coś śpiewa, a przygrywa jej na harmonii stale uśmiechnięty Yegor Zabelov, w dodatku pełniący rolę kota Jozika. Dopiero interwencja Rafała Maćkowiaka uświadomi mu, że jest świadkiem powstawania jakiegoś spektaklu, reżyserowanego właśnie przez niego. Konwencja teatru w teatrze znów pojawia się na scenie Dramatycznego, i tym razem pełniąc rolę komediową.

Na swój sposób te dwie opowieści poprowadzone są równolegle. Reżyser Igor wysłuchuje opowieści staruszki i na bieżąco przetwarza ją w przygotowywany do wystawienia w Warszawie spektakl. Korzysta z elementów kabaretu, musicalu, sam właściwie nie wie, dokąd go ta opowieść zaprowadzi. Może trochę jak filmowy Forrest Gump, z pudełka czekoladek, którymi częstuje go Sońka, wyjmuje tylko te, jakich smak sprawdzi się w stolicy.

Osoby nie znające niemieckiego nie muszą od razu zorientować się, że przemowa w tym języku esesmana Joachima do Sońki nie jest opowieścią o ich powojennych planach, tylko zapowiedzią zagłady gródeckich Żydów. Gdzieś niknie rzucające się w oczy w książce nieme przyzwolenie tutejszych na wymordowanie sąsiadów. Lapidarne słowa Karpowicza o ludziach, którzy przestawali obserwować egzekucję, bo szli rabować świeżo pomordowanych, ze sceny nie robią takiego wrażenia. Ale może o to chodziło. By zmusić widza do wysiłku, szukania znaczeń poszczególnych kwestii wypowiadanych przez aktorów.

Najbardziej efektownie przygotowana została scena wesela Sońki kończąca się narodzinami syna - owocu romansu z hitlerowcem. Od symbolicznego nałożenia welonu przez ojca - kazirodcę, poprzez zmazanie swastyki z czoła, wreszcie po tańce. Po części to teatr obrzędowy, ale bardziej jawi się jako kpina z pojmowania folkloru przez miastowych. Sceniczni tutejsi bawią się po trosze jak chasydzi, a w elementach choreografii Macieja Zakliczyńskiego odnaleźć można wręcz cytat z tańca z butelkami znanego ze "Skrzypka na dachu". Paradoksalnie, właśnie tu wszystko dzieje się za szybko, chyba ze szkodą dla mocy dramatu powieści.

Zabrakło napięcia, które towarzyszy lekturze w momencie, kiedy brzemienna z hitlerowcem dziewczyna rzuca jakby na odczepnego nazwisko ojca ojca nienarodzonego jeszcze dziecka . Dopiero finał, z dramatyczną spowiedzią Alesia Malčanaǔ , wyznającego dlaczego zgodził się uznać za swoje dziecko bajstruka, może nieco rozjaśnić w głowach. Okazuje się bowiem, że nie tylko Sońka ma prawo do miłości. Bez względu na miejsce i czas kochać chce każdy, a przyczyny zauroczenia nie zawsze da się łatwo wytłumaczyć.

Wydaje się, że Ignacy Karpowicz chciał te dramatyczne wybory, niemal filmowe zwroty akcji ukryć nieco pod płaszczykiem ironii, każąc je inscenizować tutejszemu, który wykorzenił się w najpierw w "średnim mieście na B, a później w Warszawie". Ta kwestia od niechcenia rzucona przez Maćkowiaka, wywołuje zasłużony śmiech, a jej zwieńczenie o modzie na mniejszości tylko podkreśla dystans pisarza do swojej twórczości i poniekąd własnej osoby. Podobnie ukryta pod głupawą wręcz sceną rodem z niemieckiego kabaretu z lat 20. XX wieku jest stopniowa zgoda Sońki na los, czy życie pod wspólnym dachem i wreszcie seks z mężem Miszą, który jednak chce wiedzieć, kto jest ojcem wychowywanego przez parę małego Mikołaja.

W trakcie spektaklu główni bohaterowie na oczach widzów przechodzą ważne i symboliczne przemiany. Właśnie w momencie, kiedy Sońka wyjawia, że to "jasny Joachim", czyli esesman, który pacyfikował Gródek, jest ojcem jej dziecka, przypominający sobie swoją tutejszą tożsamość reżyser stawia ważne pytanie. Zasłaniając się ironią stwierdza, że od tej pory Sońka i Misza powinni żyć długo i szczęśliwie, jednak to nie koniec tej historii. Od tej pory staje się dojrzalszy, bardziej wrażliwy i otwarty na autorkę opowieści, którą zaczyna wręcz obdarzać uczuciem, przestaje ją traktować jak eksponat ze skansenu wypartego dzieciństwa.
Zdecydowanie najmocniejsza scena powieści, przedstawiona zostaje dość beznamiętnie. SvetlanaAnikiej po prostu opowiada, co wydarzyło się podczas spotkania z Joachimem w drodze do cerkwi, w pewną niedzielę roku 1942. Odpowiada na pytania reżysera, który z reporterską dociekliwością, chce wiedzieć jakie były losy członków jej rodziny.

O wiele większe wrażenie robi jakby podwójne spotkanie damsko-męskie. Rewelacyjnym zabiegiem reżyserki jest stopniowe młodnienie starej Sońki połączone jakby z dojrzewaniem duchowym Igora, który przypomniał sobie, że jednak kiedyś był Ignacym. W tle zakochani Katarzyna Siergiej i Grzegorz Falkowski, czyli młoda Sońka i esesman Joachim, a na pierwszym planie zdejmująca chustkę, młodniejąca w jednej chwili Anikiej i wpatrzony w nią z niebywałą czułością Maćkowiak. Scena bardzo prosta i bardzo piękna. Przecież to od Sońki dowiadujemy się, ze dla niej wojna mogłaby trwać i trać, bo wtedy być może jej miłość by trwała. I słyszymy najważniejsze pytanie - czy można kochać kogoś tak mocno? Słyszymy, że pozwoliłaby się gwałcić, pomiatać sobą, byle tylko mieć tego jednego, jedynego..

Widz szybko jednak zapomni o mocy miłości, bo znów przenosi się na próbę spektaklu, w której podsumowaniem zagłady rodziny głównej bohaterki będzie odmówienie na scenie kadiszu, czyli żydowskiej modlitwy za zmarłych. Oczywiście, można się uśmiechnąć, kiedy Falkowski jako esesman Joachim spontanicznie krzyczy "nein", a hebrajskie wersy zamieniają się w musicalowy popis sprawności tanecznej aktorskiego zespołu. Jaki był finał tych popisów - czytelnik książki wie doskonale. Krytycy zmieszali taką hucpę z błotem, publiczność waliła na przedstawienie drzwiami i oknami i wreszcie trzeba było przyznać rację widzom. Wydaje się, ze Karpowicz przygotowując adaptację, pomniejszył też rolę grzechu bez odkupienia, jaki popełnia ojciec Sońki, grany przez Marka Tyszkiewicza. Kiedy żąda zaspokajania przez córkę, wygląda naprawdę groźnie, ale kiedy prosi ją o przebaczenie znów jakoś nie czuje się ani powagi tej chwili, ani za bardzo nie wie, kiedy ów kazirodca zdobył się na odwagę, by w ogóle o owo przebaczenie prosić. Widzimy tylko, że niektóre grzechy w świecie zwykłych ludzi nie mogą zostać wybaczone. Katarzyna Siergiej i cierpi i kocha i rezygnuje z przebaczenia wybornie. Jednocześnie w pewien sposób podpatruje i gra w sposób nawiązujący do postaci kreowanej przez Anikiej.

Zdecydowanie to ta białoruska aktorka jest główną postacią adaptacji. Swoim głosem idealnie naśladuje mieszkające w Podlaskiem babuszki, kuleje, bo przecież od czasu utraty dziecka ma zgruchotany staw biodrowy, kiedy trzeba pobłaża miastowemu, kiedy indziej potrafi się z nim droczyć. Wraz z odkrywaniem swoich tajemnic młodnieje, jej oczy zaczynają płonąć, jakby bolesny ciężar spadł jej z serca. A może to samo wspomnienie tej jedynej, największej miłości tak na nią działa. Świetnie umiejscowiona przez Karpowicza i Korytkowską-Mazur,a swoją osobowością łączy poszczególne sceny.

W spektaklu, nie do końca wiadomo po co, pojawia się też obiecywana krowa. Maćkowiak, Igor, a może Ignacy symbolicznie ją doi, jakby miała być to metafora miejskiej sztuki, która mówiąc brutalnie, wydoiła wieś ze wspomnień i ukazała jako śpiewogrę w świetle stołecznych jupiterów. Szczególnie, kiedy chwilę później słyszymy w udającym dokument filmiku, jak ktoś mówi, że słyszał o Sońce i wreszcie Anikiej układa się u stóp Maćkowiaka i światło gaśnie. Szkoda, że czy Karpowicz czy reżyserka nie pomyśleli, by powiedziała jednak to jakże ważne słowo "pierawiedzi".

Symboliczna prośba "przeprowadź", to przecież umiejętność pogodzenia się z losem, z nieuchronnością śmierci. Czymś, co jest w naszym życiu znacznie pewniejsze niż przeżycie tej jedynej, najsilniejszej miłości. Czymś, czego nie należy się bać, wszak z opowieści Karpowicza wynika, że miłość miała w niej siłę totalnej destrukcji.

"Sońkę" zobaczyć trzeba, to pewne. Przyjrzeć się rewelacyjnej Svetlanie Anikiej, obserwować rozwój Katarzyny Siergiej, dawać się ponieść ludycznym nutom Yegora Zabelova. Jeśli przy okazji uda się przeżyć wzruszenie, byłoby pewnie idealnie. Z tego pudełka czekoladek każdy samodzielnie musi wybrać swój ulubiony smak. A może będzie to cała bombonierka w kształcie serca?

Czytaj e-wydanie »

Zaplanuj wolny czas - koncerty, kluby, kino, wystawy, sport

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

c
czytelnik

Nie czytajcie recenzji, bo to jest spojler.
Stracicie sens pójścia na spektakl.

m
marek ale nie jarek

Mam uwierzyć, że w takiej zdrowej, obszernej, dziewoi zakochał się na śmierć niemiecki pan i władca?

Tylko facet, którego zgwałciła niemłoda już kobieta, może wpaść na taki pomysł.

 

Na szczęście Szekspir nie dożył momentu ogłoszenia przez stażystę miłości większej niż ta w Weronie.

 

Dodaj ogłoszenie