Śmierć policjanta. Zginął przez głupi przypadek.

Włodzimierz Jarmolik
Miał 32 lata
Miał 32 lata Fot. sxc.hu
Śmierć policjanta. Paweł Lemiesz miał 32 lata, pracował w Wydziale Śledczym. A zginął przez głupi przypadek.

To była głośna sprawa na początku lat trzydziestych w międzywojennym Białymstoku. Zabójstwo policjanta.

Był późny, sierpniowy wieczór 1932 roku. Funkcjonariusz białostockiego Wydziału Śledczego Paweł Lemiesz wypełnił już swoje obowiązki i wracając do domu, postanowił odwiedzić znajomą piwiarnię przy ul. Mickiewicza. Restaurator Alfred Drefke przyjął uczynnie swojego stałego gościa, posadził przy osobnym stoliku i osobiście przyniósł dwie butelki piwa. Sam dosiadł się do policjanta i popijając zimny napój, rozpoczął przyjacielską pogawędkę.

Przed godz. 22 w lokalu pojawili się dwaj nowi goście. Choć byli już w stanie wskazującym na spożycie, zażądali jednak po dwie flaszki piwa na głowę. Pomimo później pory, w drzwiach piwiarni stanęła kolejna dwójka amatorów chmielowego napitku. Przywitali się hałaśliwie z raczącymi się znajomkami i dosiedli się do ich stolika. Dla obsługi rozpoczęła się więc znowu krzątanina wśród głośnych pokrzykiwań i brzęku butelek.

Czwórka młodych mężczyzn szybko wypatrzyła siedzącego na uboczu Lemiesza. Niektórzy znali go oraz jego profesję. Zaczęły się zaraz złośliwe docinki i zaczepki. Wywiadowca początkowo nie reagował na obraźliwe słowa, i dalej, spokojnie popijał piwo. Gdy jednak wstawieni młodzieńcy zaczęli podchodzić do jego stolika i rzucać mu obelgi w twarz, rzekł do nich, żeby się odczepili. Aby dodać wagi swoim słowom wydobył służbowy rewolwer i zarepetował go na oczach natrętów.

Tymczasem jego prześladowcy nie zamierzali dać tak łatwo za wygraną. Wrócili do swojego stolika i zaczęli się po cichu naradzać. Wypity alkohol pobudzał do brawury, a i niechęć do policjantów też odegrała swoją rolę. Stwierdzili zgodnie: trzeba Lemieszowi odebrać broń i sprawić mu solidne lanie. Od słów podpite młodzieniaszki przeszli do czynów. Trzech z nich rzuciło się na policjanta a czwarty sięgnął po pistolet. Nagle, w tej całej szamotaninie, padł strzał. Ranny Lemiesz spadł z krzesła na podłogę.

Właściciel piwiarni, który w czasie całego zajścia odwrócony był w stronę bufetu, podniósł oczywiście krzyk. Przestraszona jeszcze bardziej kelnerka wybiegła na ulicę i pomknęła do najbliższego, III komisariatu policji. Szybko też przyjechało pogotowie i zabrało Lemiesza do szpitala. Na wszelką pomoc medyczną było już jednak za późno. Rana okazała się śmiertelna. Zabity, 32-letni policjant osierocił żonę i dwoje dzieci.

Już następnego dnia aresztowani zostali przez policję, pod zarzutem dokonania zabójstwa w piwiarni przy ul. Mickiewicza, trzej osobnicy: Hugo Krygier, Leon Woźniewski i Witold Myśliński. Po krótkim przesłuchaniu sędzia śledczy wydał nakaz tymczasowego osadzenia ich w więzieniu. Koledzy Lemiesza z Wydziału Śledczego od razu rozpoczęli szczegółowe dochodzenie, ażeby wyjaśnić przyczyny tej tragicznej awantury.

16 sierpnia Białystok był świadkiem uroczystego pogrzebu zastrzelonego policjanta. Eksportacja zwłok nastąpiła z domu pogrzebowego, mieszczącego się przy Szpitalu Żydowskim. Na czele konduktu żałobnego miarowo kroczyła orkiestra wojskowa 42 Pułku Piechoty. Za nią postępował oddział honorowy policji. Za karawanem, którego eskortę stanowili także policjanci, szedł tłum żałobników z wieńcami. Wśród nich można było zauważyć zastępcę komendanta PP P. Jacynę. Przy dźwiękach marsza żałobnego kondukt przeszedł ul. Sienkiewicza i skierował się na Wygodę. Na cmentarzu modły za duszę zabitego odprawił ks. dziekan Głuszkiewicz.

Po trzech miesiącach, 26 i 27 listopada 1932 roku w Sądzie Okręgowym w Białymstoku odbył się proces trójki sprawców śmierci policjanta. Sąd przesłuchał 31 świadków oskarżenia. Prokurator oczywiście domagał się jak najsurowszego wyroku. Obrońcy z kolei starali się sprowadzić tę tragiczną śmierć do rozmiarów sprzeczki pod wpływem alkoholu i nieostrożnego posługiwania się bronią.

Po całkiem krótkiej naradzie sąd wydał wyrok: Leon Woźniewski za nieumyślne zabójstwo skazany został na rok więzienia, jego kompani zostali uniewinnieni. Wyrok nie zapadł jednomyślnie. Votum separatum zgłosił jeden z sędziów. Domagał się on sześć lat dla zabójcy, a dla jego pomagierów po dwa lata.

W czerwcu 1933 r. w Warszawie odbyła się rozprawa apelacyjna. Tym razem wszyscy sprawcy otrzymali po roku więzienia. Ogłoszona wkrótce amnestia zmniejszyła im karę o połowę.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
szok
Po 1 roku więzienia ?? za zabójstwo , właśnie taka jest sprawiedliwość w Polsce. Żenujące .
A
Aneta
Dla mnie to jest chore! Nie ważne, ile lat do tyłu przydarzyła się ta historia. My musimy pamiętać, że wciąż takich bezczelnych typów jest mnóstwo! I trzeba coś z tym zrobić, trzeba ich tępić! Bo niedługo wszyscy będą się bali wystawić głowę przez okno...
Dodaj ogłoszenie