Selektywna zbiórka odpadów przed lipcem była tylko z nazwy

archiwum
Przed lipcem selektywna zbiórka była tylko z nazwy
Przed lipcem selektywna zbiórka była tylko z nazwy archiwum
Z Adamem Kamińskim, wiceprezesem spółki Lech, która odpowiada za odbiór białostockich odpadów, rozmawia Tomasz Mikulicz

Obserwator: Od wejścia w życie ustawy śmieciowej powtarza się jedno pytanie: Dlaczego płacimy kilka razy drożej?

Adam Kamiński: - Przed przejęciem gospodarki odpadami przez gminę, firmy woziły śmieci gdzie chciały. Do Hryniewicz trafiało ok. 30 ton, podczas gdy szacunki mówiły o tym, że powinno być trzy razy więcej. Białostockie śmieci wożone były też do magazynu w Karczach pod Sokółką. Jak sama nazwa wskazuje, odpady nie są tam przetwarzane, a jedynie magazynowane. Miejmy nadzieję, że kiedyś zostaną przetworzone. Na razie jednak leżą i zanieczyszczają środowisko. Za odbiór tony odpadów firmy płaciły tam 110 zł. Cena w Hryniewiczach wynosi zaś 190 zł. Za te pieniądze śmieci są jednak posegregowane. Te, które się da sprzedajemy na surowce wtórne. Pozostałe kompostujemy. Dlatego też teraz, kiedy gospodarką odpadami zarządza gmina i wszystkie śmieci muszą trafić do Hryniewicz, nie ma co się dziwić, że cena dla mieszkańców wzrosła. Przed wejściem w życie nowej ustawy płaciliśmy mniej, ale nasze śmieci - zamiast być przetwarzane - leżały pod Sokółką. I to w najlepszym razie. Z naszych danych wynika, że 30 procent odpadów trafiało do lasów.

Czyli różnica między 110, a 190 zł generuje aż takie koszty?

- Nie tylko. Pamiętajmy też, że opłaty za odbiór śmieci są takie, a nie inne przez to, że nie wszyscy mieszkańcy je tak naprawdę uiszczają. Dla przykładu, w Warszawie mieszka ok. 2,5 mln ludzi, a za odbiór odpadów płaci tylko 1 mln 100 tys. Spora część mieszkańców to studenci, czy osoby wynajmujące pokoje i mieszkania. Podobnie jest w Białymstoku. Dlatego też ci, którzy złożyli deklaracje będą musieli płacić również za tych, którzy tego nie zrobili. Poza tym, koszty generują też dwie usługi dodatkowe, które wprowadziliśmy w lipcu. Jeśli robię np. remont mieszkania i chcę pozbyć się gruzu, to mogę go zawieźć na wysypisko w Hryniewiczach. Nie muszę, jak przed wejściem w życie ustawy śmieciowej, płacić za kontener.

Najlepszym rozwiązaniem, zamiast wożenia na wysypisko, byłoby zamawianie kontenera. Oczywiście za darmo.

- Planujemy wprowadzić taką możliwość. Już teraz dzwoniąc pod numer: 2222 333 00 możemy poprosić, by odebrano od nas tzw. elektrośmieci, czyli np. stary telewizor. Porozumieliśmy się z organizacją ElektroEko, która na nasz koszt świadczy taką usługą. Dla mieszkańców jest to oczywiście darmowe w takim sensie, że nie płacą bezpośrednio za odbiór, tylko jest to wliczone w wysokość wszystkich stawek.

Do naszej redakcji dzwoni mnóstwo Czytelników w sprawach śmieciowych. Większość mówi tak: "Wcześniej mieliśmy osobne pojemniki na plastik, szkło i papier. Teraz wrzucamy wszystko do jednego worka oprócz szkła. A przed wejściem w życie nowej ustawy mówiło się, że opłaty wzrosną, bo trzeba będzie prowadzić selektywną zbiórkę odpadów. To jaka to jest w końcu ta selekcja?"

- Obalmy pewien mit. Otóż, aby chronić środowisko naturalne nie musimy - jako mieszkańcy - segregować naszych śmieci. Dzisiejsze technologie na sortowaniach - a chodzi przede wszystkim o optoseparatory pneumatyczne - potrafią oddzielić od siebie 90 procent odpadów. Jeszcze do niedawna nie było to możliwe. Jeżeli więc chcemy dbać o środowisko, róbmy to z głową i nie płaćmy za coś za co nie musimy. To nie przypadek, że białostoczanie powinni osobno wyrzucać szkło. Surowiec ten ma to do siebie, że nawet najnowsze technologie nie są w stanie go wysortować. Optoseparatory działają na podczerwień i nie widzą szkła. Trzeba więc oddzielać je ręcznie. Dlatego też, aby zaoszczędzić nam pracy, poprosiliśmy białostoczan, by sami oddzielili szkło od pozostałych odpadów. Inna sprawa, że gmina ma nałożone poziomy odzysku określone liczbą ton. A szkło dużo waży.

Ale tak czy owak, oddzielenie szkła od pozostałych odpadów trudno nazwać selektywną zbiórką.

- Wszyscy mówią, że przed lipcem było dobrze, bo stały osobne pojemniki na papier, szkło i aluminium. Było dobrze, ale tylko na pokaz. Statystyki są brutalne. W zeszłym roku odzyskaliśmy tylko 5 procent surowców z selektywnej zbiórki. Prawda jest taka, że posegregowane przez białostoczan odpady trafiały do jednego kontenera i jechały pod Sokółkę, gdzie do dziś leżą na hałdach śmieci.

No właśnie. Przed rewolucją śmieciową wiele razy pisaliśmy o tym, że po papier, szkło i aluminium nie przyjeżdżały osobne śmieciarki. Posegregowane przez białostoczan odpady trafiały do jednego kontenera i tyle było z naszego trudu włożonego z oddzieleniem poszczególnych surowców.

- Pokazuje to, że zanim gospodarką odpadami zajęła się gmina, traktowano ją po macoszemu. Prezes spółdzielni umawiał się z firmą śmieciową, że oprócz odbioru odpadów z kontenerów zabierze ona też te posegregowane. Nikomu się to nie kalkulowało więc szkło, papier i plastik trafiały w śmieciarce do jednego pojemnika. Odpady były tam zgniatane, bo trzeba oszczędzać miejsce - taniej jest przecież pojechać po śmieci raz niż kilka razy. Szkło wbijało się w plastik i makulaturę. Nie ma takiej sortowni, która oddzieliłaby to od siebie. Odpady były więc selektywnie zebrane przez mieszkańców, ale śmieciarki mieszały je i zgniatały do tego stopnia, że w większości przypadków nie było mowy o żadnym odzysku. Śmieci te wciąż leżą na składowisku i czekają na budowę spalarni.

Skoro tak, to po co były osobne kontenery na papier, szkło i aluminium?

- Ustawiały je firmy śmiecowe. Zarabiały na tym, że spółdzielnie płaciły im za osobne pojemniki i selektywną zbiórkę. Ale "selektywną" tylko z nazwy. Dopiero kilka miesięcy przed przejęciem zadań związanych z odbiorem odpadów przez gminę, kiedy zaczęliśmy przygotowywać się do wprowadzenia nowego systemu, osobiście zwróciłem uwagę prezesom firm śmieciowym na to, by do papieru, szkła i plastiku jeździły osobne śmieciarki. I dopiero wtedy zaczęło się to odbywać tak jak powinno. Teraz też odpady są prasowane, ale skoro osobno jest zabierane szkło, w sortowni poradzimy sobie z selekcją.

Jednak przed wprowadzeniem nowej ustawy była mowa o tym, że w mieście powstanie tysiąc tzw. gniazd, gdzie każdy dobrowolnie będzie mógł osobno wyrzucić papier, szkło, itd. Gniazd wciąż nie ma.

- W marcu, kiedy po raz pierwszy były przyjmowane stawki za odbiór odpadów, obniżyliśmy koszty systemu o 10 procent. Stało się tak dlatego, że zrezygnowaliśmy z pomysłu natychmiastowego ustawiania gniazd. Postanowiliśmy robić to etapami, po to by białostoczanie płacili mniej. Ogłosiliśmy konkurs ofert licząc na to, że zgłoszą się do nas firmy, które ustawią gniazda i będą je obsługiwać w zamian za pieniądze jakie uzyskają ze sprzedaży surowców. Dzięki temu gmina nie musiałaby do gniazd dokładać ani złotówki. Nikt nie się nie zgłosił - ani w pierwszym, ani w drugim przetargu. Obala to kolejny mit. Selektywna zbiórka odpadów nie dość, że jest nieefektywna, to jeszcze nie sposób na niej zarobić. Wszystko bowiem kosztuje - m.in. ustawienie pojemników i ich amortyzacja oraz benzyna zużyta przez śmieciarki. Poważny koszt to też doczyszczenia surowców, np. butelek.

Czyli gniazda nigdy nie powstaną?

- Ogłosimy kolejny przetarg. Tym razem jednak będziemy płacić firmom za usługi.

Czy w związku z tym szykuje się podniesienie stawek dla mieszkańców? Z czegoś trzeba przecież będzie zapłacić.

- Odpowiem na te pytanie wtedy gdy zobaczę oferty. Firmy mogą je składać do 27 września. Miasto podzielono na sześć sektorów. Nasi zleceniobiorcy będą musieli nie tylko ustawić na danym terenie gniazda, ale też zapewnić selektywną zbiórkę do osobnych worków mieszkańcom domów jednorodzinnych. Posegregowane odpady będą przez naszych wykonawców sprzedawane firmom zajmującym się odzyskiem.

Czegoś jednak nie rozumiem. Skoro taniej dla gminy jest odbieranie od mieszkańców odpadów wrzucanych do jednego worka, to po co gniazda?

- Na naszej sortowni w przeciągu dwóch lat ma być wybudowana nowoczesna instalacja, która pozwoli szybko posegregować wszystkie odpady, które do nas trafią. Zanim to jednak nastąpi, dobrze by było gdyby część odpadów została wywieziona do firm zajmujących się recyklingiem. Zrobią to wykonawcy, którzy ustawią gniazda. Część już zresztą powstało. Astwa ustawiła gniazda na Białostoczku, MPO na Zachęcie, a spółka Lech w ważniejszych miejscach - przy szkołach, urzędach. Wszystkich razem jest ok. stu. Odbyło się to na zasadach dobrej współpracy z tymi firmami. My im za to nie płacimy, a i oni nie żądają od nas pieniędzy. Nie jest to jednak skala o jaką nam chodzi. Potrzeba tysiąca gniazd, a nie tylko stu.

Po dwóch latach, kiedy na sortowni będzie nowoczesna instalacja, gniazda jednak znikną?

- Nie ma potrzeby dopłacać do czegoś co nie ma sensu. Kiedy powstanie u nas nowoczesna instalacja będziemy przetwarzać odpady i zamiast sprzedawać je firmom recyklingowym, sami na nich zarobimy. Zgodnie z normami unijnymi, do 2020 roku mamy mieć poziom odzysku na poziomie 50 procent wszystkich odpadów. Jak wspomniałem wcześniej, w zeszłym roku było to tylko 5 procent. Zamierzamy wprowadzić system trzech rodzajów odpadów: suche, mokre i szkło. Mokre to różnego rodzaju resztki kuchenne, trawa, liście, itd. Suche to plastik, papier, aluminium, itd. Te ostatnie będziemy przerabiać na surowce wtórne. Mokre skompostujemy. To czego nie uda się doczyścić trafi do spalarni.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie