Samobójstwo w celi. Uniewinniony strażnik: Uwierzyłem w sprawiedliwość.

Magdalena Kuźmiuk
Po ogłoszeniu wyroku do Dariusza B. (z lewej) podchodzili koledzy i cieszyli się razem z nim, że został uniewinniony
Po ogłoszeniu wyroku do Dariusza B. (z lewej) podchodzili koledzy i cieszyli się razem z nim, że został uniewinniony fot. Anatol Chomicz
To stało się na moim dyżurze. Zginął człowiek, odebrał sobie życie. Ale to nie moja wina. Bardzo przeżywałem oskarżenia prokuratora - mówi Dariusz B. Strażnik więzienny został właśnie uniewinniony od zarzutu nieumyślnego spowodowania śmierci świadka koronnego.

Denerwował się przed wyrokiem. Krążył po domu. Mógł tak chodzić przez całą noc. - Oczy mi się nie zamykały. Teraz nadal się budzę, punktualnie o trzeciej. Ale już ze szczęścia - mówi Dariusz B. Ze względu na specyfikę pracy nie chce, by podawać jego nazwisko.

Strażnik więzienny z 12-letnim stażem. Prawie rok walczył w sądzie o swoją niewinność. Prokuratura oskarżyła go o niedopełnienie służbowych obowiązków i nieumyślne spowodowanie śmierci jednego z osadzonych na jego oddziale. Wygrał.

- Oskarżony wypełniał swoje zadania zgodnie z obowiązującymi go regulacjami. Wykonywał je należycie. I nie mógł zapobiec śmierci Andrzeja Ł. - oceniła sędzia Ewa Dakowicz.

Na te słowa czekał nie tylko Dariusz B. Na ogłoszeniu wyroku w Sądzie Rejonowym w Białymstoku pojawiło się kilkudziesięciu jego kolegów z pracy. Bili brawo, gratulowali. Strażnicy od początku przyglądali się procesowi. Byli na każdej rozprawie. Wspierali Dariusza B., podtrzymywali na duchu. Na jego miejscu mógł być przecież każdy z nich. Pech chciał, że feralnej nocy, gdy Andrzej Ł. popełnił samobójstwo, dyżur pełnił akurat Dariusz B.

- Gdy postawiono mi zarzuty, spodziewałem się najgorszego. Myślałem, że wyrok będzie inny. Że nie znajdę sprawiedliwości. Bardzo się cieszę, że się pomyliłem - powiedział oskarżony strażnik zaraz po wyroku.

Nie wiedział, że to świadek koronny

Historia, przez którą Dariusz B. znalazł się na ławie oskarżonych, miała swój początek 2 marca 2008 roku. Tego dnia do aresztu śledczego przy ulicy Kopernika w Białymstoku trafił Andrzej Ł., ps. Gruby, złodziej luksusowych aut.

Zgodnie z dyspozycjami, Gruby miał być izolowany. Dyrekcja aresztu umieściła go w celi numer 30, w pawilonie D dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Chociaż on sam nie zaliczał się do tej grupy więźniów.

- To był taki osadzony, którego można było bardzo szybko rozpoznać. Miał swój rozkład dnia. Po wieczornym apelu zawsze chwilę krzątał się po celi, potem kładł się do łóżka i oglądał telewizję. Rano, po ogłoszeniu pobudki wchodził do łazienki, zostawiał drzwi otwarte. To była norma u niego - wspomina Dariusz B.

Ale rankiem 21 kwietnia 2008 roku Grubego nie było widać na monitoringu. To zaniepokoiło oddziałowego.

- Podszedłem pod wizjer i zacząłem go wołać. Myślałem, że jeszcze się nie obudził, nie słyszy mnie, bo brał leki nasenne. Stukałem głośniej. Nie było reakcji. Zadzwoniłem po dowódcę zmiany. Weszliśmy do celi. Na łóżku go nie było. Wchodzimy do kącika - wisi. Odcięliśmy go. Był już zesztywniały, zimny, ale zaczęliśmy reanimować. Lekarz z karetki stwierdził, że nie żyje - opowiada Dariusz B.

Andrzej Ł. popełnił samobójstwo. Powiesił się w kąciku sanitarnym, na pasku od torby. Nie był tam widoczny przez monitoring. Dopiero wtedy wyszło na jaw, że był świadkiem koronnym. Po śmierci w jego celi odnaleziono 40 tabletek. Były ukryte w herbacie.

Wyszło też na jaw, że już wcześniej mężczyzna miewał myśli samobójcze. Pisał o tym w listach do najbliższych, które cenzurował prokurator z Białegostoku. Gruby był bowiem podejrzanym o włamania do kilkunastu samochodów w Białymstoku i okolicy. Ale wtedy, gdy Andrzej Ł. w listach żegnał się z rodziną, prokurator prowadzący śledztwo wyjechał na urlop.

Jego zastępca wprawdzie czytał listy, ale decyzję, co dalej robić, pozostawił koledze. Gdy prokurator wrócił z urlopu, Gruby już nie żył.

Dariusz B. poszedł na zwolnienie.

Zarzuty i oskarżenie

Prawie rok po śmierci Andrzeja Ł., Dariusz B. dostał wezwanie na przesłuchanie do prokuratury.

- Koledzy doradzali mi: na wszelki wypadek bierz adwokata. Poszedłem z panią mecenas. Pan prokurator od razu postawił mi zarzuty i zawiesił w czynnościach do czasu zakończenia przewodu sądowego. Mecenas złożyła odwołanie. Wróciłem do pracy - wspomina strażnik.

Zarzuty, które usłyszał, to był jak grom z jasnego nieba. Nie spodziewał się też, że będzie jedynym podejrzanym w tej sprawie.

- Darka dotknął szczególnie zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Nie rozumiał go. Dlaczego? Myślał: Co to znaczy? Czy ja człowieka zabiłem? - wspomina Małgorzata, żona Dariusza B.

O zarzutach wiedzieli początkowo tylko koledzy z pracy. Swojej rodzinie państwo B. nie chcieli nic mówić. Dowiedziała się z telewizji.

Akt oskarżenia trafił do sądu 9 września 2009 roku. Wtedy Dariusz B. już wiedział, że na ławie oskarżonych będzie siedział sam. Bardzo to przeżywał. Chodził do psychiatry.

- Lekarz przepisywał mi coraz silniejsze leki. Uspokajające, antydepresanty, nasenne. Kiedyś przed rozprawą zapomniałem wziąć tabletek, to był koszmar - opowiada.

Żona Dariusza B. przyznaje, że całe ich życie zostało podporządkowane procesowi. Żyli z rozprawy na rozprawę.

- Nasza przyszłość była zachwiana. Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Kulminacja nerwów nastąpiła przed wyrokiem. Dosłownie schodziliśmy z synami Darkowi z drogi, by go jeszcze bardziej nie denerwować - opowiada pani Małgorzata.

Sąd: Strażnik jest niewinny

Oczekiwanie na wyrok było straszne.

- Jak sędzia zaczęła odczytywać postanowienie, to Darek zrobił się blady. Ja też czułam, że zaraz zemdleję - wyznaje Małgorzata B. - Szumiało mi w uszach. Chciałam, by sędzia jak najszybciej powiedziała, czy Darek jest winny czy niewinny.

Po wyjściu z sądu urywały się telefony z gratulacjami.

- Czułem jakbym urodził się na nowo. Długo dochodziło do mnie, że jestem niewinny. W nocy budziłem się i myślałem, czy to mi się przyśniło, czy to prawda - opowiada Dariusz B. Obawia się jednak, że to nie koniec jego sprawy i będzie odwołanie.

Na razie prokuratura złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku.

- Dopiero po zapoznaniu się z nim, podejmiemy decyzję, czy będziemy pisać apelację - mówi Janusz Kordulski, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
oskarżony
Ktoś pisze kto nie zna sprawy - to nie Gopaniuk czytał te listy lecz jego zastępca!!!!!!!!!
G
Gość
a ja bym postawiła oskarżenie prokuratorowi który przepuścił list pożegnalny który świadczył o tym że on się zabije. ale oczywiście pewnie był synkiem innego prokuratora i nic mu się nie stanie. życie......

nie , jest -ukiem.Gopaniukiem
o
oj
a ja bym postawiła oskarżenie prokuratorowi który przepuścił list pożegnalny który świadczył o tym że on się zabije. ale oczywiście pewnie był synkiem innego prokuratora i nic mu się nie stanie. życie......
G
Gość
phi, nieumyslne spowodowanie smierci? co najwyzej niedopelnienie obowiazkow o ile w ogole bylby winny. to od poczatku bylo smieszne, szukali kozla ofiarnego. miejmy nadzieje ze prokuratorek oklapl troche i nie bedzie na sile szukal sukcesow skladajac apelacje
a
ania
Brawo.Sprawiedliwy wyrok,że strażnik jest niewinny wie każdy ale przecież musieli kogoś oskarżyć o śmierć więźnia tylko dlaczego STRAŻNIKA .......
m
mundurowy:)
Dobra "proroki" zamiast pisać odwołanie, to czas najwyższy zabrać się za kumpli i tym co zawinili postawić zarzuty, a nie dla dobrego strażnika - który kiedy inni śpią - on służy. Gratulacje !!!!!
Dodaj ogłoszenie