Robert Tyszkiewicz. Na krawędzi załamania politycznego

Tomasz Maleta [email protected]
Najbliższe dni zdecydują o przyszłości politycznej Roberta Tyszkiewicza
Najbliższe dni zdecydują o przyszłości politycznej Roberta Tyszkiewicza Anatol Chomicz
Udostępnij:
Jeśli Bronisław Komorowski zachowa prezydenturę, to odpowiedzialność za blamaż w I turze rozejdzie się mniej lub bardziej po kościach jego sztabowców. Porażka oznacza koniec kariery także podlaskiego lidera Platformy Roberta Tyszkiewicza.

Prapremiera kampanii Bronisława Komorowskiego miała miejsce 28 lutego w Białymstoku. Prezydent przyjechał na Rynek Kościuszki prosto z wizyty w Japonii. Zmęczenie długą podróżą widać było na każdym kroku. Ale nie tylko. Na pytanie, czy są szanse, by poznać całą prawdę o ofiarach obławy augustowskiej, prezydent odpowiedział: "Tak, myślę, że tak. Że jest teraz na to - że tak powiem - nowa szansa".

To było zaskakujące stwierdzenie. Jedyny moment na poznanie prawdy o Małym Katyniu był w początkach prezydentury Bronisława Komorowskiego, gdy spotykał się z prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem. Od samego początku było jasne, że bez zaangażowania najwyższych władz w Warszawie, poszukiwania ze strony rodzin czy instytucji regionalnych nie przyniosą rozwikłania zagadki największej zbrodni na Polakach po zakończeniu II wojny światowej. Na swój sposób była to też historyczna i sąsiedzka powinność głowy państwa (ta druga przez fakt posiadania letniej posiadłości niedaleko symbolicznej mogiły ofiar). Skoro nie udało się ruszyć sprawy przed pięciu laty, to z każdym kolejnym rokiem szanse nacisku na Kreml malały. Po wybuchu kryzysu ukraińskiego stopniały do zera.

Słowa wypowiedziane na Rynku Kościuszki były pierwszym prezentem dla opozycji, z którego nie potrafiła jednak skorzystać. Za to w pełni wykorzystała inne słabości kampanii opartej na autorytecie urzędu prezydenckiego.

Strategia zrodzona w Podlaskiem

Robert Tyszkiewicz, lider podlaskich struktur PO, szefem sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego został w komfortowym dla siebie momencie. Przede wszystkim w glorii tego, który pozwolił Platformie po ostatnich wyborach samorządowych zachować wpływ na władzę w sejmikach oraz w większości dużych miast. Ponadto od lat był blisko związany z Bronisławem Komorowskim. Widać to było już w marcu 2010 roku, gdy w ramach prawyborów prezydenckich w Platformie razem z prezydentem Białegostoku Tadeuszem Truskolaskim szpalerem nowo zakupionych autobusów torowali ówczesnemu marszałkowi Sejmu drogę do uzyskania partyjnej rekomendacji w walce o najwyższy urząd w państwie. Od tamtej pory związki te jeszcze bardziej się zacieśniły.

Bronisław Komorowski do prezydenckiej reelekcji startował - jak podawały ówczesne sondaże - z wystarczającym poparciem, by powtórzyć wyczyn Aleksandra Kwaśniewskiego z 2000 roku. Lepszą sytuację z perspektywy sztabowców trudno sobie wyobrazić. Tym bardziej, że tak na dobrą sprawę odpadały dylematy związane z godzeniem obowiązku wynikających z kalendarza głowy państwa i tego wyborczego. Przewaga wydawała się na tyle bezpieczna, że oparcie kampanii na dość mało emocjonalnym, ale przewidywalnym haśle: zgoda i bezpieczeństwo pozwoli bezpiecznie już 10 maja ponownie zacumować w Pałacu Prezydenckim. Przekonanie o wygranej było tak wielkie, że gdy na finiszu kampanii okręt flagowy zaczął w sondażach nagle tonąć, sztab prezydencki nie był w stanie rzucić szalupy ratunkowej. Pozostało tylko czekać jak bardzo opadnie bandera. Ostatecznie o niecały procent poniżej pułapu głównego pretendenta.

Wymownym przykładem bezradności było przemówienie odczytane z kartki przez Bronisława Komorowskiego podczas wieczoru wyborczego. O ile można zgodzić z interpretacją Roberta Tyszkiewicza, że prezydent ze względu na swój urząd musi ważyć słowa, o tyle sytuacja tuż po zamknięciu lokali wyborczych wymagała elastycznego odejścia od kampanii opartej wyłącznie na - jak się teraz okazało - obnażonym przez wyniki I tury micie autorytetu głowy państwa.
Pocałunek śmierci od Kukiza

Przejście do kontrofensywy stratedzy prezydenckiej kampanii zaczęli od pogłębiania dna. Tak należy bowiem zinterpretować deklaracje Bronisława Komorowskiego o rozpisaniu referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych, zmian w finansowaniu partii politycznych i w prawie podatkowym. Zapowiedzi te jako żywo przypominają hasła Platformy sprzed lat. Po epoce półkownikowania mają być powrotem do korzeni, ukłonem w stronę wyborców Pawła Kukiza, ale też postawić pod ścianą Andrzeja Dudę (będzie musiał się określić na, ile urwał się z uwięzi PiS). Chyba nie padły one jednak na zbyt podatny grunt, bo nie tylko zwolennicy Pawła Kukiza wytykali ich kontekst czasowy.

Na dodatek cały czas prezydent był krok za swoim rywalem. Gdy we wtorek spotykał się w Pałacu z Aleksandrem Kwaśniewskim, Andrzej Duda zapewniał w Krakowie protestujące pielęgniarki o tym, że będzie dla nich zawsze dostępny. I błyskawicznie odpowiedział na propozycję Pawła Kukiza, że stawi się w jego mateczniku w Lubinie na debacie na warunkach zaproponowanego przez tego trzeciego 10 maja . Tymczasem sztab prezydenta zbyt długo milczał w tej sprawie jak zaklęty, choć nie da się ukryć, że cokolwiek by nie zrobił, przez zaproszenie na debatę do Lubina, Bronisław Komorowski znalazł się w potrzasku. Spotęgowanym przez radę o kredycie na lepsze życie.

Do tego doszła zbitka innych słów, będąca pokłosiem wywiadu Roberta Tyszkiewicza w radiu RMF. Dość swobodnie powielana przez inne media centralne, spowodowała zawirowania w relacjach z prezydentem. Wymownym przykładem posypania głowy popiołem przez podlaskiego posła, był wpis na Twitterze, w którym przepraszał za słowa z radia. Przez chwilę wyglądało tak, że obaj rozmawiają ze sobą za pośrednictwem mediów. Aż trudno uwierzyć, że tak doświadczony polityk, jakim jest Robert Tyszkiewicz, zapomniał o podstawowej zasadzie: cokolwiek powiesz od tej pory, nawet jeśli w dobrej wierze, może zostać użyte przeciwko tobie. Skoro nadal formalnie jest szefem kampanii, nawet jeśli teoretycznie może już od niedzieli nie odgrywać w niej pierwszoplanowej roli, to nadal za nią odpowiada. I skupia na sobie krytykę. Zarówno z własnych szeregów, jak i z drugiej strony barykady.

Jeśli Bronisław Komorowski zachowa prezydenturę, to odpowiedzialność za blamaż I tury rozejdzie się mniej lub bardziej po kościach jego sztabowców. Co najwyżej dla niektórych osób zmniejszą się widoki na placówkę dyplomatyczną lub będą wegetować na mało znaczących partyjnych rubieżach. Do czasu, gdy w swoim regionie staną się ofiarami ordynacji opartej na jow-ach.

Porażka prezydenta oznacza kres kariery Roberta Tyszkiewicza. I to jeszcze przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi, w których był jedynym kandydatem do podlaskiej jedynki na liście Platformy do Sejmu. Ma o co walczyć, w przeciwnym razie faktycznie zostanie - nie tylko przez Internet - zapamiętany jako człowiek, który obalił prezydenta

Czytaj e-wydanie »

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Kurier Poranny
Dodaj ogłoszenie