Prezydent Ryszard Kaczorowski. Białystok - raj utracony.

Janka Werpachowska
Ryszard Kaczorowski z żoną Karoliną, w otoczeniu rodziny: córek z mężami oraz gromadki wnucząt
Ryszard Kaczorowski z żoną Karoliną, w otoczeniu rodziny: córek z mężami oraz gromadki wnucząt
Udostępnij:
Miałem wrażenie, że Ryszard Kaczorowski wręcz idealizował Białystok, to miasto było jego rajem utraconym - mówi prof. Adam Czesław Dobroński, historyk.

Kurier Poranny: Między dniem, w którym poznał Pan prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, a dniem jego śmierci - 10 kwietnia 2010 roku - minęło około dwudziestu lat. Na pewno ma Pan z tego okresu wiele wspomnień.

Adam Dobroński: Ryszarda Kaczorowskiego poznałem wiosną 1991 roku. Poproszono mnie, abym oprowadził pana prezydenta Kaczorowskiego i jego małżonkę po naszym mieście. Taki paradoks, bo to Ryszard Kaczorowski był białostoczaninem, nie ja. To on mógłby mi wiele pokazać i opowiedzieć o Białymstoku. Ale minęło tyle lat od czasu, kiedy opuścił swoje rodzinne miasto, dużo się tu zmieniło, więc przewodnik się przydał. A po latach pani prezydentowa powiedziała mile, iż wzięła mnie wówczas za aktora, bo taką ładną polszczyzną mówiłem. To wynikało z tego, że oni przebywali przez całe dziesięciolecia wśród Polaków żyjących na obczyźnie, którzy już mieli nieco problemów z mową ojczystą.

Akurat pary prezydenckiej ten zarzut nie mógł dotyczyć.

- Oczywiście, oboje zachowali bogatą mowę polską. Ale nie bez powodu, kiedy pojawiał się wśród rodaków prezydent Kaczorowski, niektórzy objawiali z uśmieszkiem: O, Białystok idzie. Bo całe życie mówił miękko, z lekkim zaśpiewem. I cieszył się, kiedy przypominaliśmy sobie białostockie słowa i zwroty.

Miał Pan okazję poznać Ryszarda Kaczorowskiego jeszcze wtedy, kiedy żyło wielu jego kolegów i przyjaciół z lat dzieciństwa i młodości. Czy zależało mu na spotkaniu się z nimi, czy chętnie odwiedzał stare kąty?

- To było charakterystyczne dla niego: podtrzymywanie pamięci o tych, którzy odeszli na zawsze, a kontaktów z żyjącymi. Miałem wrażenie, że wręcz idealizował Białystok, to miasto było jego rajem utraconym. A przecież żył w domu, w którym się nie przelewało.

Ojciec (przodkowie mieli herb Jelita) był kolejarzem, matka nie pracowała, trzeba było utrzymać dom i troje dzieci. Kaczorowscy nie mieli własnego domu, mieszkali przy Mazowieckiej 7, w budynku, w którym żyły jeszcze inne rodziny. Ryszard Kaczorowski do końca życia wspominał to miejsce, szczególnie podwórko z ławeczką, z drzewami. Sąsiedzi byli różnej narodowości, wyznań, poglądów politycznych, stanu majątkowego, a jednak panowała między nimi zgoda.

Mam wrażenie, że był to po prostu dobry człowiek, o ciepłym spojrzeniu, o czającym się w kącikach ust uśmiechu.

- To prawda, prezydent był bardzo dobrym człowiekiem. Podczas wizyt w Polsce zawstydzał krajowych polityków, obnażał złe wzorce, do jakich przywykliśmy. Nie było w nim napuszoności, złości, zacietrzewienia. Był otwarty na wszystkich. Jestem przekonany, że nigdy by sobie nie pozwolił na powiedzenie, że komuś nie poda ręki, bo nie zgadza się z jego poglądami. Miał bardzo dobre relacje z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, chociaż ten uczynił paskudny afront wobec niego. W rozmowie, której tematem był prezydent Kaczorowski, Kwaśniewski zrobił uwagę: "To on jeszcze żyje?". Łatwo się domyśleć, że zabolało to Ryszarda Kaczorowskiego, jednak nie unikał spotkań z urzędującą głową państwa i wkrótce obaj witali się ostentacyjnie radośnie.

Nie był pamiętliwy w złym tego słowa znaczeniu. Kiedy premier Pawlak zaproponował, aby powołać Ryszarda Kaczorowskiego na ministra obrony narodowej, to wielu uznało taką opcję za niesmaczny żart. O dziwo, propozycja ta została dobrze przyjęta w środowiskach polonijnych w Londynie. Prezydent Kaczorowski uznał ten incydent za element wewnętrznej gry politycznej. Żeby nie przedłużać dyskusji oznajmił, że nie jest zainteresowany tym stanowiskiem. W następnych latach życzliwie interesował się poczynaniami Waldemara Pawlaka.

Pan, chyba jak żaden inny białostoczanin, spędził dużo czasu z Ryszardem Kaczorowskim - i podczas jego pobytów w Polsce, i odwiedzając go w Londynie.

- Latem 1991 roku pan prezydent zatrzymał się na kilkudniowy wypoczynek w Supraślu. Miał tam wynajęty domek kempingowy. Codziennie jeździłem do Supraśla i spędzaliśmy wiele godzin na rozmowach, nagrywałem je. Pochlebiam sobie, że honorowy obywatel Białegostoku nabrał do mnie zaufania, pewnie polubił, wiele razy gościłem w domu państwa Kaczorowskich. To były czasy, kiedy obowiązywały wizy do Wielkiej Brytanii. Zawsze otrzymywałem od prezydenta coś w rodzaju listu polecającego, z gwarancjami zapewnienia utrzymania i opieki. To bardzo pomagało mi w prowadzeniu badań historycznych, dla których niezbędne były wizyty w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie. Zdarzyło się nawet tak, że państwo Kaczorowscy wyjechali w wakacje na kilka tygodni do Polski, a ja zamieniłem się w domownika i ogrodnika. Jakby tak policzyć, to przemieszkałem w domu przy Anson Road kilka miesięcy. Bardzo mile je wspominam.

Jaki był prezydent w codziennych kontaktach: jako mąż, ojciec, dziadek?

- Niewielki był jego wkład w prowadzenie domu - pomijając, oczywiście, kwestie finansowe. Zdecydowana większość prac domowych spoczywała na barkach pani prezydentowej. Ale w domu wyczuwało się autorytet Ryszarda Kaczorowskiego. Był świetnym rozjemcą w jakichś chwilach niepokoju. Uśmiech, gest przytulenia, miłe słowa i wszystko wracało do normy. Miał swoiste poczucie humoru, lubił śmiać się pełną piersią. Kiedy powiedziałem, że mój syn poszedł do seminarium duchownego, usłyszałem: "No tak, ktoś musi za wszystkie pańskie grzechy odpokutować". Zręcznie wychodził z sytuacji kłopotliwych, błyskotliwie puentował. Kiedy podczas spotkania w pobliskiej parafii katolickiej zabrakło napojów, Ryszard Kaczorowski pomógł w ich dostarczeniu. Żona szepnęła mężowi, że panie są zdziwione: Jak to, prezydent nosi butelki z colą? Na to padła odpowiedź: "Powiedz im, że z tej przyczyny będą dziś drożej kosztować". Myślę, że to był efekt harcerskiego wychowania, zasad z lat młodości, których Kaczorowski nigdy się nie wyparł. Zachował przekonanie, że z każdej sytuacji można wyjść obronną ręką, byle chcieć, byle się nie załamać.

W czym się to przejawiało?

- Prezydent Kaczorowski nie pił alkoholu, nie palił papierosów. Kiedy przywoziłem w prezencie białostockie piwo, z przyjemnością próbował, ale tylko próbował. Nieco więcej słabości miał do niektórych potraw, tęsknił za kiszką ziemniaczaną. Był sprawny fizycznie, można powiedzieć - dzielny. I w tym widzę pożytki zabaw na podwórku przy Mazowieckiej, obozów i rajdów harcerskich. A przecież, kiedy zginął w katastrofie pod Smoleńskiem, miał blisko 91 lat.

Dla wielu emigrantów łącznikiem z krajem, z językiem ojczystym jest książka. Czy prezydent Kaczorowski lubił czytać? A jeżeli tak, to co czytał?

- Lubił, to mało powiedziane. On był wiecznie głodny książek. W domu miał ich tyle, że zabrakło miejsca na regałach i stolikach. Prezydent wymyślił oryginalny sposób: ustawiał na podłodze pod ścianą rząd książek, bezpośrednio na nich kładł deskę, na niej układał następny rząd książek i tak wciąż do góry. Kiedyś w nocy piramida z książek się obsunęła i to było mocne przeżycie.

Wolny od książek pozostawał salon, bo był to dom otwarty dla wszystkich, którzy chcieli porozmawiać o kraju i rodakach, kulturze, polityce, sprawach wiary. Bywali znakomici goście, szkoda trochę, że nie pozostały żadne wpisy do kroniki. Bardzo się cieszę, że biblioteka Uniwersytetu w Białymstoku wzbogaciła się niedawno o tę bogatą część księgozbioru, którą prezydent Kaczorowski do końca zachował w swoim domu.

Mogę zdradzić, że niebawem pani Karolina Kaczorowska przekaże naszemu uniwersytetowi warszawski gabinet prezydenta. Przybędzie jeszcze innych darów. Dodam też, że pani prezydentowa zabiega w Londynie o fundusze na rzecz białostockiego hospicjum dla dzieci. To są najpiękniejsze pomniki - nie ze spiżu, ale dobrze służące miastu. Jestem pewien, że tak by chciał Ryszard Kaczorowski. Cieszy również przyjęcie imienia ostatniego prezydenta II RP przez XIV LO i Gimnazjum nr 14 na Słonecznym Stoku. W maju dołączy do nich Zespół Szkół Sportowych w Supraślu. Pięknie w utrwalanie pamięci wpisują się szkoły, które kończył Ryszard Kaczorowski: podstawowa nr 11 i Zespół Szkół Handlowo-Ekonomicznych.

Będziemy mogli o tym wszystkim przeczytać w Pana najnowszej książce?

- W albumie z obszernymi tekstami, któremu dałem tytuł "Prezydent Polaków". Bo takim został białostoczanin Ryszard Kaczorowski.

Czytaj e-wydanie »

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

B
Białostoczanin
Białostoczanin. Był ostatnim Prezydentem RP na Uchodźstwie. 22 grudnia 1990 złożył urząd na ręce nowo zaprzysiężonego Prezydenta RP Lecha Wałęsy i na Zamku Królewskim w Warszawie uroczyście przekazał mu insygnia władzy państwowej. Jako mąż stanu i polski polityk był i jest wzorem do naśladowania dla współczesnych na polskich polityków wszelkich opcji.

Mam dla Niego wielki szacunek i uznanie.
G
Gość
W spaniały człowiek i patriota, białostoczanin. Takim ludziom nasze miasto powinno stawiać pomniki.
Przejdź na stronę główną Kurier Poranny
Dodaj ogłoszenie