Popiełuszko. Wolność jest w nas - film Rafała Wieczyńskiego. Zobaczcie!!!

Alicja Zielińska
Niech to młodzi zobaczą. Ile przeszliśmy jako naród. Jak niedawno to było, a jak wiele się zmieniło - mówi Jerzy Szóstko, który w latach 80. pracował w Hucie Warszawa i znał księdza Popiełuszkę.

Popiełuszko. Wolność jest w nas" w reżyserii Rafała Wieczyńskiego, film, który za tydzień wejdzie na ekrany kin, jest jedną z najbardziej oczekiwanych produkcji ostatnich lat. Odbyła się już premiera, pojawiły pierwsze recenzje.

- Zamysł reżysera był taki, by pokazać źródła przemiany ks. Jerzego. Jak skromny chłopak z podlaskiej wsi, który początkowo nawet niezbyt poprawnie się wypowiadał po polsku, w wyniku siły historii, ale też i boskiej Opatrzności, stał się przewodnikiem duchowym i symbolem wolności dla tak ogromnych rzeszy ludzi. Czy to się udało? Jestem przekonany, że tak - uważa ks. profesor Jan Sochoń, przyjaciel ks. Popiełuszki oraz konsultant filmu.

- W tym obrazie bardzo dużo się dzieje i być może nie wszystkie wydarzenia młodzi widzowie będą w stanie ogarnąć, bo przecież tego nie przeżywali, to jednak kawał prawdziwej polskiej historii. Pokazanej środkami artystycznymi, w sposób przejmujący. Dla wielu film może wydać się zbyt drastyczny, ze względu na realistyczne ukazanie śmierci ks. Popiełuszki, części z kolei może go odebrać jako zbyt kościelny. Ale myślę, że dla ludzi wrażliwych to będzie film ważny. Młodym Polakom, dla których te wydarzenia, chociaż niedawne, są już historią, mówi wyraźnie: zobaczcie, gdzie są źródła naszej wolności.

Bo losy bohatera przedstawione są na tle kluczowych wydarzeń PRL. To m.in. strajki Sierpnia '80, manifestacje stanu wojennego, brutalnie tłumione przez władze. I męczeńska śmierć ks. Popiełuszki, zamordowanego przez oficerów MSW w październiku 1984 roku.

Chcę na was popatrzeć

Ks. Sochoń podkreśla, że dla niego osobiście najbardziej przejmujące są dwie sceny. Jedna, kiedy Jurek, jak go po przyjacielsku nazywa, przyjeżdża do Okopów i mówi do rodziców: Ja chcę na was popatrzeć. Robi im zdjęcie, siada przy ojcu. Piękny archetyp miłości, bliskości syna i ojca. To było niedługo przed śmiercią. Rzadko wtedy jeździł do domu, nasiliły się już ataki ubeckie, pilnowali go i śledzili na każdym kroku, nie chciał, by rodzina o tym wiedziała.

Zaś druga scena, która robi wrażenie, to rozmowa z prymasem Glempem, kiedy kardynał przekonuje go, by wyjechał do Rzymu. Na co on zdecydowanie odpowiada, że nie może zdradzić Chrystusa, bo jest tu potrzebny.

A film jako całość? - Może bym inaczej akcenty rozłożył. Więcej dałbym fragmentów z jego dzieciństwa, pokazujących korzenie, z jakich wyrastał, co go ukształtowało - zastanawia się ks. Sochoń. I wspomina, jak się poznali w Wasilkowie, skąd pochodzi. On jeszcze wtedy był przed studiami w seminarium, a Jerzy już jako ksiądz przyjeżdżał na plebanię do wikariusza Bożyka. Znajomość przerodziła się w przyjaźń, kiedy obaj zamieszkali w Warszawie.

- Na parę tygodni przed śmiercią byłem z nim w Okopach, na pogrzebie kogoś z bliskich. Wracaliśmy do Warszawy i Jurek powiedział do mnie: Wiesz, Janek, boję się. Mogą mnie zamordować.

Jak prawdziwy Popiełuszko

W filmie zwraca uwagę Adam Woronowicz w roli ks. Jerzego. Nie mogło być inaczej. Tytułowa postać. Walorem na pewno jest zewnętrzne podobieństwo aktora do Popiełuszki. Ale też i zebrał on już dobre opinie za swoją grę, co jest ważne.

- Czasami, jak patrzyłem na niego, w czasie kręcenia filmu, to jakbym Jurka widział - opowiada Jan Sochoń. - Adam bardzo przypomina Jerzego, ale też i bardzo starannie przygotował się do tej roli. Był w seminarium, przychodził do mnie na wykłady z filozofii, no i pytał o różne rzeczy, jak się zachować, jak zagrać poszczególne sceny. Dla niego to nie była tylko filmowa postać. Wydaje mi się, że on sam przeszedł jakąś przemianę, nie tylko duchową, ale i doznał swego rodzaju egzystencjalnego przeżycia.

- Przymknąłem oczy i jakbym widział ks. Jerzego - potwierdza Jerzy Szóstko z Białegostoku. On też znał Jerzego Popiełuszkę, kiedy w latach 80. pracował w Hucie Warszawa. To tam ksiądz Jerzy przyszedł do robotników i odprawił mszę w czasie strajku. I jak potem sam mówił, to tam się wszystko zaczęło.

- Pamiętam ten moment doskonale - opowiada pan Jerzy. - Przyszedłem do pracy, a patrzę, stoi platforma, krzyż, brama udekorowana flagami biało-czerwonymi. Ludzie mówią: Przyjdzie ksiądz, będzie msza. To ja szybko do domu po aparat, tak się złożyło, nie miałem negatywu, wtedy trudno było o klisze, złapałem więc kamerę. I nakręciłem wejście ks. Popiełuszki do huty. - Pokazywałem ten film Rafałowi Wieczyńskiemu, kiedy zbierał dokumentację - wtrąca. - Ale samą mszę nagrywałem już zza krzaków, bo obawiałem się, że mnie złapią. Nie tyle esbecy, co koledzy - śmieje się. - Bo była powołana specjalna grupa przez komitet strajkowy, żeby tych, co będą robić zdjęcia czy filmować, złapać i odebrać materiały. Bo nie znaliśmy się jeszcze wtedy i trudno było rozpoznać, kto swój, a kto z SB.

Tamta atmosfera, te tłumy, łzy wzruszenia. I ta radość z poczucia wolności... Tak, to jest w filmie dobrze oddane - ocenia.

Przejmujące są też sceny manifestacji w kolejne rocznice Solidarności na ulicach Warszawy, tłumione przez ZOMO. - Tak było. Ale trochę przesadzono z pacyfikacją Huty Warszawa. Bo przebiegała łagodniej. To jednak miał być symbol, jak wtedy władza rozprawiała się z robotnikami w zakładach pracy - usprawiedliwia reżysera. Natomiast brakuje mu paru wątków z Huty Warszawa. Na przykład ten z 16 grudnia 1981 roku. Tuż po pacyfikacji przez ZOMO kopalni Wujek na krzyżu na terenie huty zawieszona została czarna krepa, na znak żałoby po zabitych górnikach. Dyrekcja się wściekała, nikt nie chciał zdjąć. Dopiero jakiś partyjniak z biurowca ściągnął.

Łączy nas duchowo

Dr Ewa Rogalewska z białostockiego IPN, która też była na premierze w Warszawie, ocenia, że Rafał Wieczyński wyszedł obronną ręką z tak trudnej realizacji, jakiej się podjął. Jej zdaniem, zadziwia szeroka panorama historyczna i rozmach w scenach ulicznych. - To daje prawdziwy obraz lat 80., tego, co się wówczas działo - mówi. - Do młodzieży powinna przemówić postać Grzegorza Przemyka, warszawskiego maturzysty pobitego śmiertelnie przez milicjantów. Ksiądz Jerzy przyjaźnił się z jego matką, był na pogrzebie. I są te obrazy na filmie.

Ewa Rogalewska dodaje, że bardzo osobiście przeżyła ten film. - Do mnie najbardziej przemówiły sceny, w których główny bohater jest sam, snuje różne przemyślenia, zmaga się z sobą. Jest prawdziwy, ludzki. To łączy nas z nim duchowo.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie