Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da!

Alicja Zielińska
W sobotę, 30 maja, o godzinie 11, w Sali Plenarnej Sejmu odbędzie się rekonstrukcja historyczna "Przemówienie ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej Józefa Becka w Sejmie RP dnia 5 maja 1939 roku".

W postać Józefa Becka wcieli się Sławomir Popławski, aktor Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku. Transmisję z Sejmu przeprowadzi TVP.

Ze Sławomirem Popławskim rozmawia

Obserwator: Jak Pan trafił do tej inscenizacji?

Sławomir Popławski: Znalazła mnie agencja działająca przy telewizji. Chodziło o podobieństwo. Szukano aktorów w całej Polsce, nie wiem, ile osób konkurowało, ale okazało się, że ja najbardziej przypominam wizualnie ministra Becka. A ostatecznie decyzja zapadła po próbie tekstowej.

Patrząc na zdjęcie, Beck był chyba starszy od Pana?

- Nie. Ja mam 47 lat, a minister miał wówczas 45. On poważnie wyglądał, wtedy wszyscy ludzie byli poważniejsi.

No i co, traktuje to Pan jako rolę, przygodę sceniczną?

- To dla mnie kolejne wyzwanie aktorskie, zupełnie inne niż w codziennej pracy. Bo dzień wcześniej gram pacjenta ze szpitala psychiatrycznego w "Locie nad kukułczym gniazdem" tu u nas, w Teatrze Dramatycznym. I po spektaklu w piątek w nocy jadę do Warszawy, gdyż w Sejmie muszę być już o godzinie 6 rano, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik. Natomiast zaraz po inscenizacji wracam do Białegostoku na swoje kolejne przedstawienie. Na pewno jest to też jakaś przygoda, coś nowego, okazja, by poznać ludzi.

Ma Pan tremę?

- Jak przy wszystkich nowych rolach. Ta jest o tyle bardziej stresująca, że będzie to wystąpienie na żywo, transmitowane bezpośrednio na cały kraj. Muszę się więc maksymalnie skupić.

W teatrze też Pan gra na żywo przed publicznością.

- Ale próby poprzedzające sztukę są dłuższe, trwają dwa miesiące, czasem dłużej. O tym zaś występie dowiedziałem się dwa i pół tygodnia temu.

Minister czytał swoje przemówienie z kartki. Nie musi więc Pan wkuwać tekstu.

- Na moje szczęście. Inaczej bym się nie zgodził, bo to jest 18 stron tekstu, na około pół godziny. A całe wystąpienie Becka, przerywane brawami i owacjami, trwało 40 minut.

Było to bardzo ważne przemówienie, ze względu na sytuację polityczną, ale też i i na znamienne słowa, jakie powiedział minister.

- To prawda. Przemówienie było ostre i twarde, ale w słowach, bo jak się słucha dziś zachowanych fragmentów nagrania, to nie widać takiego zaangażowania emocjonalnego. Może to wynika z osobowości Józefa Becka. Gdybym je odtworzył identycznie, to wywołałoby wątpliwości i zdziwienie, że to było takie ważne przemówienie. On je wygłosił sucho, mówiąc współcześnie. Gdybym zrobił to tak samo, zabrzmiałoby nudno.

Zechce je Pan natchnąć duchem?

- Nie mam specjalnej swobody interpretacyjnej, nie ma bowiem mowy o ingerencji w treść. Muszę tym słowom jednak nadać odpowiedni ton i dynamikę. Usiedliśmy więc z reżyserem i zaznaczyliśmy fragmenty, które powinny być odpowiednio zaakcentowane, to znaczy mocniej, dobitniej.

To na pewno zdania, które przeszły do historii. Uniwersalne przesłanie ponadczasowe, aktualne także dzisiaj. "Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor"…

- Tak. I postaram się je powiedzieć z pamięci.

Strój też pewnie będzie z epoki?

- Oczywiście. Garnitur, tzw. tenis, jak mówiono wówczas, czyli czarny w białe prążki, dość szeroko rozstawiony, uszyty na miarę, zgodnie z dokumentacją. Do tego koszula z okrągłym kołnierzykiem, bo takie się nosiło zgodnie z ówczesną modą, krawat.

Przygotowywał się Pan jakoś szczególnie do tej roli?

- Cóż, powiem tak: starałem się dużo dowiedzieć, żeby wczuć się w atmosferę tamtych lat, bo to ważne przy odtwarzaniu postaci. Przy okazji odrobiłem zaległą lekcję historii, sięgnąłem do źródeł, poszperałem w Internecie, poczytałem materiały, które dostałem. Inscenizacja trwa godzinę. Będzie pokazany dojazd ministra do Sejmu, przywitanie, no i cały przebieg tego nadzwyczajnego posiedzenia.

Uczestniczył w nim premier, Sławoj Składkowski, wicepremier Kwiatkowski, 300 posłów (wiem, że poszukiwano statystów), byli licznie reprezentowani dziennikarze, także zagraniczni. Nazajutrz informacja o wystąpieniu polskiego ministra spraw zagranicznych znalazła się na czołówkach gazet we Włoszech, Francji, Anglii.

Przemówienie Becka było przerywane brawami, na koniec była owacja na stojąco. Przyjęto je z wielkim entuzjazmem, wszyscy - i rząd, i opozycja - wykazali jednomyślność. Przysporzyło ono Beckowi wielkiej popularności w kraju i za granicą. Zaraz po posiedzeniu Sejmu warszawscy tramwajarze zorganizowali pochód poparcia ulicami stolicy. To było naprawdę wielkie wydarzenie.

Dziękuję za rozmowę.

Z Krzysztofem Filipowem, dyrektorem Muzeum Wojska w Białymstoku, profesorem UwB rozmawia Alicja Zielińska

Obserwator: Od inscenizacji posiedzenia Sejmu 5 maja 1939 roku i przemówienia ministra spraw zagranicznych Józefa Becka rozpoczynają się oficjalne obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Dlaczego było to takie ważne wydarzenie?

Krzysztof Filipow: To był początek wydarzeń, które doprowadziły do 1 września 1939 roku. Beck w swoim expose dał zdecydowaną odpowiedź Hitlerowi na memorandum niemieckie. Jego przemówienie było reakcją na groźby Adolfa Hitlera, domagającego się między innymi włączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy w zamian za pokój. Okoliczności wygłoszenia słynnej mowy były zatem ściśle powiązane z sytuacją polityczną w Europie i odpowiedzią na niemiecką politykę wobec Polski tuż przed wybuchem II wojny światowej.

Przypomnijmy, że w październiku 1938 roku minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim Ribbentrop podczas rozmowy z ambasadorem Polski w Berlinie zaproponował uregulowanie sprzecznych kwestii polsko-niemieckich. Chodziło właśnie o włączenie Gdańska do Rzeszy i połączenie go z Prusami Wschodnimi eksterytorialnym korytarzem biegnącym przez Polskę.

Gdańsk, na mocy traktatu wersalskiego kończącego I wojnę światową, posiadał status tzw. wolnego miasta. Był formalnie niezależnym terytorium. Jednak Niemcy cały czas rościli pretensje, pod pretekstem ochrony mieszkającej tam ludności niemieckiej. Oczywiście ambasador odrzucił te propozycje, ale Hitler wciąż naciskałi i wracał do żądań. W tej sytuacji Beck zwrócił się do rządów Wielkiej Brytanii i Francji o udzielenie gwarancji pomocy Polsce na wypadek agresji. I tak się stało. Na początku kwietnia otrzymujemy takie zapewnienie.

Niemcy wówczas, na wiadomość o układzie polsko-brytyjskim, jednostronnie wypowiadają zawartą z Polską w styczniu 1934 roku deklarację o niestosowaniu przemocy we wzajemnych stosunkach.

Czy Beck zdawał sobie sprawę z zagrożenia?

- Oczywiście, nie był przecież naiwny, jak go w PRL postrzegano. Polityka Becka się nie sprawdziła, to prawda, jednak nikt nie mógł przewidzieć, że sytuacja w Europie tak się potoczy. Tu należy dodać, że Beck był przeciwnikiem zarówno współpracy polsko-radzieckiej, skierowanej przeciwko Niemcom, jak i sojuszu z Berlinem, wymierzonego przeciw Sowietom. Stąd w ostatnich latach, przed wybuchem wojny, w sztabie generalnym Wojska Polskiego zaczęto opracowywać dwa plany mobilizacyjne.

Pierwszy - wariant R - na wypadek, gdy atakuje nas Rosja. I drugi - N - kiedy atakują nas Niemcy. Zabrakło trzeciego: R plus N, bo nikt nie spodziewał się, że w sierpniu 1939 błyskawicznie dojdzie do sojuszu Stalina i Hitlera, że dwa skrajne mocarstwa (naziści Niemcy, o zabarwieniu narodowo-socjalistycznym i ich naturalny wróg - komunistyczna Rosja) dogadają się.

Ale przemówienie było ostre. Beck wierzył, że jeszcze coś uzyska? Czy zagrał va banque, chcąc przestraszyć Niemców?

- Tak bym tego nie określał. Beck był ministrem suwerennego państwa i nie mógł inaczej zareagować. Chociaż są też opinie historyków, że może trzeba było podpisać porozumienie z Niemcami kosztem oddania Wolnego Miasta Gdańska. Polska stanęłaby po stronie Niemiec, tak jak Węgrzy, Bułgarzy czy inne kraje, nie byłoby eksterminacji (chociaż kto by to nam zagwarantował?), zniszczeń, tylu ofiar. Zapewne. Ale w momencie przegranej wojny, co by się z nami stało? Jako państwo buforowe pomiędzy Związkiem Radzieckim a Niemcami, stracilibyśmy ziemie wschodnie na 100 proc, a zyski na zachodzie byłyby raczej wątpliwe. Zostałoby małe księstwo albo prawdopodobnie 17. republika Związku Radzieckiego, bo nikt by o nas się nie upomniał. A Białostocczyzna zostałaby w Białorusi.

A więc z góry byliśmy skazani na klęskę?

- Można rozważać argument, że przecież Związek Sowiecki chciał z Polską podpisać porozumienie o pomocy w wypadku ataku niemieckiego, a rząd i minister Beck się temu sprzeciwiali. Tylko na jakich warunkach? Stalin przecież żądał dokładnie tego samego, co Hitler - oddania eksterytorialności na północy i wschodzie dla przemarszu swoich wojsk w kierunku na kraje nadbałtyckie i na południe, w kierunku Słowacji i Węgier. Pretekstem była pomoc w walce przeciwko Niemcom, ale z Niemcami to nie miało żadnej styczności. Polska oczywiście nie mogła się na to zgodzić. Efektem było podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow, który był faktycznie IV rozbiorem Polski.

Gdybyśmy się zgodzili na żądania Hitlera, to i tak klęska Polski byłaby nieunikniona. Odwlokłaby się tylko może trochę w czasie. Po 5 maja wydarzenia nabrały tempa i przyśpieszenia. Dla kanclerza Rzeszy było wiadome, że należy wprowadzić w życie plan "Fall Weiss", czyli ataku na Polskę, skoro Polska mówi "nie". Myśmy się jeszcze łudzili, że jesteśmy potęgą, mamy silną armię. Żyliśmy mitem bitwy warszawskiej i wygranej wojny z Rosją sowiecką, damy więc radę i Niemcom.

Wróćmy do atmosfery tamtego dnia w Sejmie. Był powszechny aplauz, owacje na stojąco.

- I nie było to reżyserowane. Przemówienie Becka stanowiło punkt zawrotny, spowodowało asymilację społeczeństwa rozbitego po zamachu majowym 1926 i po tarciach w samym obozie sanacyjnym. Powstaje Fundusz Obrony Narodowej. Ludzie oddają ostatnie pieniądze na uzbrojenie wojska, pierścionki, obrączki. Byliśmy w trakcie przebudowy armii, etap modernizacji miał się zakończyć w 1940 roku.

17 września jednak cały rząd, w tym i Beck, ewakuował się do Rumunii. W PRL wytykano to potem oczywiście, nazywano ucieczką, zdradą. Nie było innego wyjścia?

- Historycy znowu mają dwie opinie na ten temat. Co miał robić rząd? 17 września granice wschodnie przekraczają oddziały Armii Czerwonej. Sowieci złamali umowę o współpracy i nieagresji, wchodząc na terytorium Polski, w imię interesów i obrony ludności, co było tylko pretekstem.

Tymczasem w ramach porozumienia podpisanego z Francuzami polski rząd miał kierować państwem z terenów Francji i starać się odtworzyć armię polską, mając zaplecze Polonii francuskiej, także belgijskiej. Jednak w momencie przekroczenia granicy rumuńskiej przez rząd polski na Rumunię zaczęli naciskać z jednej strony Niemcy, a z drugiej strony Francuzi, którzy postawili już na odsuniętego od władzy wojskowej, a mającego ambicje polityczne generała Władysława Sikorskiego.
W tej sytuacji prezydent Ignacy Mościcki rezygnuje z funkcji (zresztą przekraczał granicę na paszporcie szwajcarskim) i wyznacza swego następcę.

Kogo?

- Generała Wieniawę Długoszewskiego. Zostaje wydrukowany Monitor Polski z nominacją, ale nasi przyjaciele z Paryża nie chcą o tym słyszeć. Najbliższy współpracownik marszałka Piłsudskiego? Absolutnie.
Zmuszają stronę polską do zmiany kandydata, zbierają się ambasadorzy i zostaje powołany na prezydenta RP Władysław Raczkiewicz. Rząd zostaje internowany, naczelny wódz Edward Rydz-Śmigły również.

Oczywiście była alternatywa, rząd mógł pójść na bagnety i walczyć. Ale co by było, gdyby dostał się w ręce Sowietów? Jak by to zostało odebrane przez społeczeństwo? Czy podnieślibyśmy się tak szybko? Przecież pierwsze struktury Służby Zwycięstwa Polsce, czyli armii podziemnej, powstają już 27 września, kiedy broni się jeszcze Warszawa. Z Rumunii przylatuje polski łącznik i zaczyna tworzyć podwaliny Związku Walki Zbrojnej, późniejszej AK.

Powstają struktury państwa podziemnego, a marszałek Rydz-Śmigły próbuje odtworzyć zaplecze wojskowe, cały czas planując ucieczkę z Rumunii i powrót do Polski. Udaje mu się to, zgłasza się do podziemia, chce walczyć, ale sytuacja jest już inna.

A co z Beckiem? Jak się potoczyły jego losy?

- Internowanie mu nie służy. Rozchorował się. Był pod intensywną opieką służb rumuńskich i niemieckich. Robiono jednak wszystko, by uniemożliwić mu dostanie się do Francji, a potem - kiedy rząd już był w Londynie - do Wielkiej Brytanii. Był niewygodny dla wszystkich: dla Sikorskiego, dla Francuzów i dla Anglików. Bo jako minister spraw zagranicznych za dużo wiedział.

Zmarł 5 czerwca 1944 roku. Był postacią niewątpliwie tragiczną. Warto by nakręcić o nim film.

A jako szef dyplomacji - Beck był dobry?

- Właśnie, i to jest kwestia, jak do tego podejść. W rządzie był dosyć długo, w 1930 roku objął tekę wicepremiera, a od 1932 kierował polityką zagraniczną, był jednym z najdłużej urzędujących polityków.

Jeden z najbardziej zaufanych ludzi marszałka Piłsudskiego, pułkownik, w Legionach do 1917 roku, członek Polskiej Organizacji Wojskowej, w czasie zamachu majowego szef sztabu wojsk, które opowiedziały się po stronie Piłsudskiego. Nie lubił Francuzów, a Francuzi nie lubili jego.

Beck dużo mówił o honorze. Czy jego postawa może być przykładem dla dzisiejszych polityków?

- Myślę, że niektórym politykom przydałoby się przypomnieć słowa ministra o kwestii honoru. Niestety, mam wrażenie, że żyjemy w czasach, kiedy chamstwo stało się normą, a honor można już tylko znaleźć w słowniku wyrazów obcych.

Dziękuję za rozmowę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3