Wędkarstwo czy skoki na bungie? Co jest Panu bliższe?
- Ani to, ani to. Wędkarstwo nie, bo jest zwyczajnie nudne. Próbowałem i wiem, że nie potrzebuję tak długich medytacji nad spławikiem. A bungie jest chyba zbyt niebezpieczne. Wszystkie takie mocno ekstremalne rzeczy mnie nie rajcują.
Zobacz galerię
Pytam nie bez powodu. Jestem ciekawa, jakie cechy Pana osobowości wpływają na sposób prowadzenia firmy: stawia Pan raczej na rozwój organiczny czy na ryzykowne skoki zdobywcy?

- To jasne, że ryzyko w biznesie musi być obecne, ale jest granica. Nie jestem hazardzistą, ale gdybym już grał w kasynie, to nie stawiałbym wszystkiego na jedną cyfrę w ruletce, tylko rozkładał ryzyko: trochę żetonów na czerwone, trochę na czarne. Czyli zmniejszałbym ryzyko ewentualnej straty. Tak samo myślę w biznesie. A gdzie jest tolerowana przeze mnie granica ryzyka, nie da się jednoznacznie powiedzieć: przesuwa się w zależności od sytuacji.

25 lat temu zakładał Pan firmę ze wspólnikiem Robertem Arciuchem. To było ryzyko wyboru drogi życiowej. Jakim był Pan wtedy liderem w firmie?
- Nikt się nie rodzi liderem. Myślenie, że jest inaczej, to według mnie objaw pychy i buty. To był czas, gdy wróciłem do kraju z Niemiec i nie mogłem znaleźć pracy. Powodem było domniemanie oczekiwania przeze mnie zbyt dużego wynagrodzenia, bo byłem magistrem inżynierem z uprawnieniami budowlanymi, z trzyletnim doświadczeniem na budowach za granicą i znajomością niemieckiego. Z drugiej strony mi też nie bardzo zależało na uzależnianiu się od kogoś, a że wszyscy zakładali firmy w tym 1993 roku, brali sprawy w swoje ręce, to doszedłem do wniosku, że i ja założę.

Czemu wybraliście ze wspólnikiem właśnie szalunki?
- Najpierw byliśmy wykonawczą firmą budowlaną. Zmiana profilu na usługowy wynikła z mojego doświadczenia… również w handlu… i niepokornej duszy. Szukałem drugiej nogi dla naszej spółki, świadom, że budownictwo, jak każdy biznes, jest sinusoidalny jeśli chodzi o dynamikę rozwoju. Dlatego zaczęliśmy też handlować maszynami budowlanymi, takimi jak zagęszczarki, agregaty prądotwórcze, nagrzewnice.

I przy jakiejś okazji coś mnie tknęło, że kupiliśmy kilka szalunków. Najpierw używaliśmy ich tylko na własne potrzeby, a potem zaczęliśmy je wynajmować. To już było jakieś cztery lata po starcie. Nie konsumowaliśmy wtedy zysków. Kapitał się zbierał. Inwestowaliśmy. Bank się zgodził na kredyt, więc poszliśmy trochę odważniej. Braliśmy udział w przetargach na roboty budowlane, wygrywaliśmy je.

I zdarzyło się, że gdy proponowaliśmy jednemu z naszych klientów, żeby wypożyczył nasze szalunki, to on odmówił zły, bo go kiedyś w przetargu na wykonawstwo robót przebiłem. Uznaliśmy wtedy, że sami sobie stworzyliśmy konkurencję, trzeba więc się zdecydować: szalunki czy wykonawstwo. Wybraliśmy szalunki. Był rok 2000. Poza takim impulsem zauważyliśmy po prostu trend, że firmy wykonawcze zaczynają stawiać na wynajem szalunków likwidując tę sferę działania w swoich strukturach. Tak pozostało do dzisiaj.

Czyli to była decyzja zwrotna dla Palisandra i bardzo trafna., A była jakaś porażka, z której jednak wynikła jakaś nauka?
- Hm… porażka?... One nie mają ojca ani matki! Było na pewno wiele wpadek, ale nie pamiętam niczego specjalnego. Bardziej pamiętam to, że jeśli się robi biznes z kolegami, to trzeba być jeszcze bardziej czujnym. Bo mnie właśnie na dużą minę wysadził jeden z kolegów, którego firma zresztą potem upadła. To mnie po pierwsze nauczyło, że nie ma sentymentów w biznesie. A po drugie – gdy dziś jakiś kolega spóźnia mi się z płatnością, podaję mu ten przykład, żeby zrozumiał, dlaczego egzekwuję jego zobowiązania na równi z innymi.