Po raz drugi przyznano Medal Virtus et Fraternitas. Wyróżniono kolejnych dzielnych i solidarnych

Materiał informacyjny Instytutu Pileckiego
2 czerwca, po raz drugi w historii, poznaliśmy odznaczonych, ustanowionym w 2017 roku, medalem Virtus et Fraternitas. Ten medal, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza „Męstwo i Braterstwo”, to przede wszystkim sposób na uhonorowanie i upamiętnienie osób, które w XX wieku niosły pomoc polskim obywatelom. Ratowały ich od niechybnej śmierci, niosły doraźną pomoc, ale też ryzykowały swoim życiem.

Dlatego na rewersie medalu, znajduje się cytat z ojca świętego Jana Pawła II: Człowieka trzeba mierzyć miarą serca. To, ile dobroci, empatii i oddania wobec innych w swoim życiu zaprezentowali odznaczeni tym wyjątkowym medalem, ma być drogowskazem dla innych, jak postępować. Ci ludzie przywracali wiarę w dobro swoimi działaniami, ale też pielęgnowali pamięć o tragicznie zmarłych.

Warto zwrócić uwagę, że medal ustanowiono także dla tych, którzy pomagali poza granicami naszego kraju. Spontanicznie i dobrowolnie, pielęgnując pamięć o Polakach, którym nie było dane przeżyć wojny lub przymusowych deportacji. Wnioski o nadanie medalu Virtus et Fraternitas przedstawia Prezydentowi RP Dyrektor Instytutu Solidarności i Męstwa, po uzyskaniu pozytywnej opinii Rady Pamięci.

W 2019 Prezydent PR Andrzej Duda wręczył pierwsze odznaczenia. Większość z wyróżnionych otrzymała medale pośmiertnie. Jednak dwie osoby zostały uhonorowane za życia. Jedną z nich była pani Ołeksandra Wasiejko z d. Łukaszko. Urodzona w 1946 r. na Wołyniu, pielęgnowała pamięć o zamordowanych tam Polakach. Jej ojciec Kalennyk Łukaszko miał z Polakami dobre kontakty, gdy zaczęła się rzeź pomagał ukrywać się trójce Polaków w lesie. Niestety, oni również zostali zamordowani. Pan Łukaszko wskazał córce, gdzie pochował naszych rodaków. Przez lata pani Ołeksandra nosiła kwiaty w miejsca pamięci, modliła się za zmarłych, a potem pomogła archeologom odnaleźć miejsca kaźni. To odznaczenie bez cienia wątpliwości jest także dla jej ojca.

Drugim żyjącym był Kazach - Tassybaj Abdikarimow. Jako młody chłopak poznał rodzinę Jabłońskich, która została zesłana na teren Kazachstanu, wówczas należącego do ZSRS, do sowchozu Pachta-Arał we wsi Ilicz. Było to związane z ostatnią deportacją Polaków, tych, którzy pozostali za wschodnią granicą Polski ustanowioną w 1945 roku. Amelia Jabłońska musiała sama utrzymać rodzinę ze względu na chorobę swojego najstarszego syna – Walentego. Tassybaj, wówczas 16-letni chłopak, postanowił pomóc w opiece nad Walentym oraz dzielił się z rodziną jedzeniem. To dzięki jego pomocy doczekali amnestii w 1956 roku i mogli wrócić do kraju. Pan Tassybaj Abdikarimow opiekował się grobami ojca i rodzeństwa Walentego Jabłońskiego. W 2019 roku sędziwy pan Tassybaj zdążył jeszcze przyjechać do Polski i wziąć udział w ceremonii odznaczenia, niestety zmarł w 2020 roku.

Oprócz nich wśród wyróżnionych w 2019 roku znaleźli się między innymi Aleksander Ładoś, Konstanty Rokicki, Chaim Yisroel Eiss, Stefan Ryniewicz, Juliusz Kühl i Abracham Silberschein, którzy tworzyli w czasie wojny tzw. grupę Ładosia. Skupiona wokół polskiej ambasady w Szwajcarii grupa wystawiała nielegalne paszporty krajów latynoamerykańskich polskim i europejskim Żydom. Ambasador Ładoś zapewniał grupie ochronę dyplomatyczną, a nawet interweniował w najwyższych władzach Szwajcarii, gdy tamtejsza policja wykryła fałszerstwo. Sprawę udało się zatuszować i pomóc tysiącom ludzi.

Odznaczony został także Lóránd Utassy. Ten węgierski oficer miał w swojej jurysdykcji obozy jenieckie i internowania, w których znajdowały się tysiące polskich żołnierzy. Mimo nacisków, podobnie jak jego poprzednik, nie zgadzał się na wejście Niemców do obozów, także po rozpoczęciu w 1944 r. okupacji Węgier przez nazistów. Los nie był dla niego łaskawy: najpierw doszli do władzy faszyści, którzy skierowali go do obozu koncentracyjnego, a potem, z nadania sowietów, komuniści, którzy uznali go za wroga klasowego, pozbawili części majątku i zdegradowali. Zmarł w 1974 roku. Rehabilitacja Utassego nastąpiła dopiero w 1990 roku. Awansowano go pośmiertnie do rangi generała.

Wyróżnieni w tym roku Petro i Maria Bazelukowie to ukraińskie małżeństwo, które nie zgadzało się na masakrę dokonywaną na Polakach przez UPA. Wcześniej mieszkali w sąsiedztwie Ukraińców i Polaków, dopiero w 1943 r. „brat poszedł na brata”. W listopadzie 1943 r. Petro Bazeluk przypadkiem natknął się w lesie na Mirosława i Edwarda Słojewskich. Ojca i syna. Dał im schronienie, a Słojewscy nie wpadli mimo kilku rewizji UPA. Po zakończeniu wojny Słojewscy wyjechali do Polski, trafili na Dolny Śląsk, a Bazelukowie pozostali u siebie. W 1949 roku Petro został zastrzelony za sprzeciw wobec kolektywizacji.

Odznaczenie przyznano także innemu małżeństwu, narodowości czeskiej. Jan i Anna Jelínkowie także mieszkali w Kupiczowie na Wołyniu. Jan był pastorem, udzielał schronienia polskim żołnierzom, uciekającym spod okupacji sowieckiej do Rumunii. Potem, gdy przyszli Niemcy, pomagał także ratować Żydów. Podczas czystek etnicznych na Polakach także udzielał im schronienia. Dał przykład swoim parafianom, dlatego Kupiczów był miejscem, gdzie uratowało się wielu Polaków. Po wojnie wrócił do Czechosłowacji, gdzie był prześladowany przez komunistów. Jednak z żoną żyli do 2009 roku.

Uhonorowano także Petro Hrudzewycza, żyjącego do dziś, ale mającego problemy z kręgosłupem – właśnie ze względu na swoją działalność. W 1986 roku polecono mu, aby usunął się krzyż upamiętniający mogiłę żołnierzy Wojska Polskiego poległych w bitwie pod Dytiatynem podczas wojny polsko-bolszewickiej. „_Ja polskiego krzyża nigdzie nie wywiozę_”. Mówił także, że nie bał się konsekwencji, a sam jest człowiekiem wierzącym. Ukarano go skierowaniem do najcięższych prac w kołchozie, podczas których przewoził stukilowe bańki mleka. Gdy wrócił do domu po jednej ze zmian, przestał chodzić. Krzyż jednak udało się ocalić, do dziś stoi przed cerkwią.
Odznaczono też Jozefa Lacha, wraz z żoną. Lach swoją taksówką przewoził w czasie wojny wielu Polaków przez Słowację na Węgry – uchodźców i kurierów. Jego dom nazywano nawet hotelem dla kurierów. Wyróżnienie przyznano rumuńskiej księżnej Ecaterinie Olimpii Caradja, która tworzyła na terenie Bukaresztu domy dla dzieci polskich uchodźców w Rumunii. Zadbała też o działalność polskiej szkoły, przekazywanie odzieży, interweniowała u władz rumuńskich na rzecz polskich dzieci. Ostatnim, który pośmiertnie otrzymał medal został Jenő Etter. Węgier był w Ostrzyhomiu prokuratorem, a od 1941 r. burmistrzem tego miasta. Mieścił się tam obóz dla internowanych żołnierzy i cywili z Polski. Zabiegał on o jak najlepsze warunki dla Polaków. Nie zgadzał się później na utworzenie getta w mieście, a także pomagał Polakom w ucieczce na Zachód czy Bliski Wschód. Za karę trafił na front wschodni, a po powrocie z wojny dostał zakaz pełnienia funkcji publicznych.

Źródła zdjęć:
Pat Mic dla Instytutu Pileckiego
Archiwum prywatne Volodymyra Bazeliuka
Virtual Motor City: Biblioteka Waltera P. Reuthera, Archiwum
Pracy i Spraw Miejskich, Uniwersytet Stanowy Wayne,
Biblioteka Cyfrowa Uniwersytetu Południowej Kalifornii
MNL KEML XIII. 14. Archiwum rodziny Etterów, pudło nr 21,
Dokumenty dotyczące polskich uchodźców
Narodowe Archiwum, Praga, zbiór Jan Jelínek
Archiwum prywatne Anny Cicákovej

Wideo

Materiał oryginalny: Po raz drugi przyznano Medal Virtus et Fraternitas. Wyróżniono kolejnych dzielnych i solidarnych - Polska Times

Dodaj ogłoszenie