Oskarżona. Z łomem szła na ZOMO

Alicja Zielińska
Tak po 26 latach witały się w środę kobiety internowane w stanie wojennym. Tym razem okazją do spotkania była wystawa IPN w Białymstoku. Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Było jak w "Przesłuchaniu" Bugajskiego: korytarz, my ustawieni twarzą do ściany, za nami kilku facetów z bykowcami, walili, kogo chcieli. Broń Boże, się odwrócić.
Studentka Joanna Nitkiewicz. Choć nie działała w opozycji, stała się wrogiem systemu.
Studentka Joanna Nitkiewicz. Choć nie działała w opozycji, stała się wrogiem systemu.

Studentka Joanna Nitkiewicz. Choć nie działała w opozycji, stała się wrogiem systemu.

Maj 1982 roku. Białostoczanka Joanna Nitkiewicz studiowała psychologię na Uniwersytecie Gdańskim. Została aresztowana, oskarżona i internowana w obozie odosobnienia dla kobiet w Gołdapi. Za co? Pod wpływem środków odurzających z łomem w rękach szarżowała na ZOMO! Miała 20 lat.

- Zaczęliśmy naukę w październiku, w listopadzie wybuchły już strajki na uczelniach, a 13 grudnia stan wojenny - opowiada Joanna Nitkiewicz-Powichrowska. - Na zajęcia wróciliśmy w marcu czy w kwietniu. 3 maja - rocznica konstytucji, święto kościelne - wybraliśmy się do kościoła mariackiego. Tam się odbywały główne uroczystości. Kolega, ja i trzy koleżanki: Teresa Krawczuk, też z Białegostoku, Regina Deptuła, teraz Kołodziej, mieszka na Polanki koło Wałęsy oraz Marlena Kruzel. Przyszło bardzo dużo ludzi, działaczy Solidarności. Raptem w trakcie nabożeństwa przez witraże wrzucono gaz łzawiący. Ludzie zaczęli płakać, chcieli uciekać, mogło dojść do paniki. Ksiądz przerwał mszę, prosił, żeby zostać na miejscu, bo to może być prowokacja. A oczu nie trzeć, gdyż będą jeszcze gorzej piec.
Kiedy wyszliśmy z kościoła, w mieście pełno było już patroli milicji i ZOMO. Kolejka miejska nie jeździła, na ulicach stały armatki wodne. Poszliśmy na skróty w kierunku Stoczni Gdańskiej. Tam właśnie zatrzymał nas patrol. Dowody tożsamości - zażądali. My, dziewczyny, pokazałyśmy legitymacje uniwersyteckie, i to nas zgubiło. Kolega, który studiował na V roku prawa i był mocno zaangażowany w NZS, okazał się sprytniejszy. Dorabiał jako listonosz, pokazał zaświadczenie z poczty. Jego zwolniono, nas zatrzymano. Wsiadać - pokazali na sukę milicyjną.
W nysce znajdowało się ok. 20 osób, sami mężczyźni. No i trzech dziesięcioletnich chłopaków, nigdy tego nie zapomnę. Bardzo się bali. Pytali: A będą bili? Bo już wtedy była znana tzw. ścieżka zdrowia urządzana przez milicję. I jeden z tych mundurowych brutalnie odpowiedział: Tak, będą bili. Pod komendą czekali zomowcy z pałkami, ustawieni w szpaler. Nie kojarzę, czy oberwałam; może wpasowałam się w lukę, bo oni tymi pałkami naprawdę uderzali w idących.

A potem było jak w "Przesłuchaniu" Bugajskiego. Korytarz, my ustawieni twarzą do ściany. Za nami kilku facetów z bykowcami, którzy walili, kogo chcieli. Broń Boże, się odwrócić. Na pewno byli pod wpływem środków odurzających. Miałam w torbie obrazek Matki Boskiej i fotografię Papieża. Drwili: Patrzcie, k..., jaka święta. Studentki? Już nie jesteście studentkami, no chyba że pójdziecie na współpracę. Mnie próbował zwerbować tzw. typ artystyczny. Miły, sympatyczny, to żartował, to pocieszał: Wykręcisz się z tego, pomożemy ci, tylko podpisz. Odmówiłam! Coś takiego w ogóle nie wchodziło w grę, to się wynosi z domu, chociaż nikogo nie oceniam. Wtedy, pamiętam, była we mnie straszna złość. Jakim prawem ktoś mnie do czegoś takiego zmusza?

Nie myślałyśmy o konsekwencjach, bardziej o rodzicach, by się nie dowiedzieli. Na co oni mówili z premedytacją: Tak, oczywiście, powiadomimy rodziców. Nie zakładałyśmy jednak, że zatrzymają nas na dłużej. Bo i za co?

Z komendy zawieziono do aresztu śledczego. Wylądowałyśmy w celi. Były tam już cztery dziewczyny. Trzy, jak to dzisiaj się określa, z agencji towarzyskiej; zabrano je ze Starego Miasta, a czwartą okazała się niedoszła panna młoda. Tak! Zwinięto ją, kiedy szła do swego chłopaka, by coś uzgodnić w sprawie wesela, bo za kilka dni mieli brać ślub. Strasznie rozpaczała. Oskarżono ją, że butelką z benzyną chciała podpalić nyskę milicyjną.

Cela była obskurna, bez prycz, tylko podłoga, na której spałyśmy pokotem. Trzymali nas tam cztery dni, wypuszczali tylko do toalety. Najgorsze, że niektóre dostały okres, a tu ani gdzie się umyć, ani żadnych środków higienicznych.

Na przesłuchiwania wzywali nocą. Zaczynali od straszenia, że ze studiami to już koniec, nie mamy co marzyć, że kiedykolwiek coś skończymy. Mnie dodatkowo szantażowali, że łamię ojcu karierę, ponieważ mój tata był podpułkownikiem w straży pożarnej.

Przekręcali fakty. Pytali: Była nielegalna manifestacja, to dlaczego tamtędy szliście? Gdy tłumaczyłam, że chcieliśmy jak najszybciej dojść do akademika i że mam taką zasadę, zamiast cofać się, wolę iść naprzód, wtedy przesłuchujący mówił do protokołującego: Zapisać: zawsze idzie naprzód, nigdy się nie cofa.

W trybie przyspieszonym odbyło się kolegium karne. Dwunastu facetów pod 70. Zarzut: Pod wpływem narkotyków z łomem w rękach szarżowała na ZOMO. Czy oskarżona przyznaje się do winy? Nie - odpowiedziałam. To oni: W takim razie milicja kłamie? Zapytali o zawód ojca. Oficer, pułkownik! - wyrzuciłam z siebie z satysfakcją. Zamarli. Jaki oficer, gdzie? Pożarnictwa - powiedziałam. Odetchnęli. Nie był dla nich groźny.

No i decyzja. Wyrok. Internowanie.

7 maja zapakowano nas do nyski z jakimiś mężczyznami i ruszyliśmy w drogę. Straszna była ta podróż. Milicjanci z konwoju udawali, że zbliżamy się do granicy, by nas postraszyć, że na Sybir jedziemy. A kiedy się zatrzymywaliśmy w lesie za potrzebą, to stali nad nami z wycelowanymi pistoletami. Dla mnie najbardziej dramatyczne było to, że przejeżdżaliśmy przez Białystok, byliśmy nawet przed blokiem moich rodziców. Pamiętam jak dziś, samochód zatrzymał się na parkingu przy Bema. Konwojenci chcieli zrobić zakupy w sklepie, otworzyli drzwi, a ja przez kraty widzę swoje osiedle. Nie, nie myślałam o ucieczce. Chciałam tylko przekazać karteczkę do domu. Prosiłam, oni oczywiście odmówili. Traktowali nas jak przestępców. Co, płaczesz? - pytał jeden z drwiną.

Wreszcie po kilkunastu godzinach, zmarznięte, wystraszone, dojechałyśmy do Gołdapi. Piętrowy budynek wśród drzew wydał się luksusowy. Był to ośrodek wczasowy pracowników radia i telewizji, jak na owe czasy - o wysokim standardzie. Teraz zamieniony na ośrodek odosobnienia dla kobiet. Po tym wszystkim, co przeszłyśmy w areszcie, poczułyśmy się jak w raju. Mogłyśmy się umyć, dostałyśmy czystą pościel.

Panie, które tu przebywały, przywitały nas śpiewem i bardzo troskliwie się zajęły. To były działaczki z pierwszej linii podziemia, Solidarności, KOR, KPN. Anna Walentynowicz, Alina Pieńkowska, Halina Mikołajska, Joanna Gwiazda, Grażyna Kuroń, Izabela Cywińska.

Zresztą my trafiłyśmy do Gołdapi w momencie, kiedy już poluzowano rygory, bo kobiety wywalczyły to protestami. Pokoi nie zamykano na klucz, można było poruszać się po ośrodku. Byłyśmy najmłodsze, mówiono na nas "orlątka gdańskie". Ale też i sprawdzano, jak się potem dowiedziałyśmy. Podejrzewano, że jesteśmy wtyczkami bezpieki.

Warunki miałyśmy dobre, jedzenie też. Przychodziły paczki z Zachodu. Kobiety świetnie się zorganizowały. Wszystko działało jak w zegarku. Każdy dzień wypełniony. Chór, zajęcia z psychologiem, wykłady z historii, ćwiczenia jogi, kursy. Wydawano ulotki, gazetkę. W niedzielę przyjeżdżał ksiądz Aleksander Smędzik i odprawiał mszę na stole bilardowym w holu. Bardzo sympatyczny, jak z "Rancza". Pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy się nachylił i szeptem do mnie: W cholewy, w cholewy, pokazywał na swoje długie buty. Tak przenosił grypsy od internowanych.

Ale to nie były wczasy, o nie. Przez cały czas pod budynkiem stały patrole wojskowe, zomowcy. Namawiano do współpracy. Traktowano jak przestępców. Prawie codziennie urządzano rewizje w pokojach, wchodzili i wszystko przetrząsali. Jedna pani, na znak protestu, gdy trwał ten kipisz, robiła świecę na balkonie i wisiała głową w dół, czym bardzo denerwowała osoby sprawdzające. Były też rewizje osobiste. Bardzo upokarzające.

My, młode, nieobciążone obowiązkami, nie odczuwałyśmy tak bardzo odosobnienia, ale wiele kobiet przeżywało to dotkliwie, zostawiły małe dzieci w domu. Jednej pani nie pozwolono pojechać na pogrzeb syna. Kobiety urządziły strajk i wtedy ją puszczono.

Rodzice długo nie wiedzieli, co się ze mną dzieje. Mama odchodziła od zmysłów. Dopiero dwa tygodnie po aresztowaniu na adres domowy w Białymstoku przyszło pismo, że zostałam zawieszona w prawach studenta. Tata z bratem pojechali do Gdańska mnie szukać. Nie było to proste, wszędzie ich zbywali. Pomógł ksiądz Jankowski, pokierował, gdzie pójść. Wreszcie na komendzie głównej milicji, po długim oczekiwaniu powiedzieli, że jestem w Gołdapi. Wbrew temu, jak straszono, milicja wcale nie kwapiła się zawiadamiać rodzin.

Wypuszczono nas 12 czerwca. Ot, tak zwyczajnie, bez żadnego tłumaczenia. Na recepcji wręczono tzw. świadectwo zwolnienia internowanego, z dopiskiem, że mamy jechać do Gdańska i zameldować się na milicji.

Wróciłyśmy na uczelnię. Prorektor do spraw studenckich przyjął nas bardzo serdecznie, poinformował, że możemy studiować. Nawet nie straciłyśmy roku, bo sesja została przesunięta na koniec września. Pan prorektor jednak stracił stanowisko, pewnie za tę decyzję. Wtedy na uczelni był bardzo solidarnościowy zespół naukowy.

Studiowałyśmy spokojnie, zaprzyjaźniłyśmy się z Alinką Pieńkowską. Odwiedzałyśmy ją w domu. Miałyśmy też kontakty z Solidarnością, ale nie włączałyśmy się w działalność. Nie szykanowano nas, nigdzie nie wzywano. Ale, jak się okazało, cały czas byłyśmy pod obserwacją SB. Na drugim roku, pamiętam, pojawił się w naszej grupie student z Koszalina i od razu do nas przylgnął. Był wtyczką. Na każdym roku były takie osoby. Nawet go lubiłyśmy.

A pod koniec studiów przyszedł do akademika tajniak, przedstawił się i powiedział, że co miesiąc pisał o nas raporty.

Miałyśmy szczęście. Bo mogli nas zniszczyć, złamać, tak jak wielu. Rodzice jednak bardzo to przeżyli. Tata poszedł na wcześniejszą emeryturę, dużo stracił finansowo.
Ja? Najbardziej przeżyłam areszt. Do dzisiaj pozostał mi uraz, gdy muszę służbowo iść do więzienia. Zawsze powracają tamte koszmarne wspomnienia. Czułam też dylematy, kiedy musiałam wypełniać kwestionariusz. Bo co wpisać w rubryce: Czy byłaś karana? Wpisywałam prawdę, nie mam czego się wstydzić, czułam jednak dyskomfort.

Dziś ze swego doświadczenia zawodowego psychologa mogę powiedzieć, że dla 20-letniej dziewczyny było to głębokie przeżycie.

Ośrodek odosobnienia dla kobiet w Gołdapi istniał od 9 stycznia do 24 lipca 1982 roku. Internowano w nim w tym okresie co najmniej 392 kobiety. Przywiezione zostały z całej Polski w 50 transportach. Obóz nazywano "złotą klatką", ponieważ - ze względów propagandowych - ulokowano go w luksusowym, jak na owe czasy, Ośrodku Wczasowym Pracowników Prasy, Książki, Radia i Telewizji. Osadzone tam kobiety były z tego powodu obiektem stałej nagonki reżimowych mediów.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie