Obóz pracy pod Stuttgartem. Każdy musiał obrać po 200 kg ziemniaków dziennie

Jacek Wolski redakcja@poranny.pl
Zarówno Janusz F. (na zdjęciu stoi), jak i Adam S. niczego sobie do  zarzucenia nie mają. Twierdzili, że jeśli dochodziło do jakichś nieprawidłowości, to winny temu był niemiecki właściciel gospodarstwa.
Zarówno Janusz F. (na zdjęciu stoi), jak i Adam S. niczego sobie do zarzucenia nie mają. Twierdzili, że jeśli dochodziło do jakichś nieprawidłowości, to winny temu był niemiecki właściciel gospodarstwa. Jacek Wolski
Ludzie oglądali się tylko, czy nie ma drutów kolczastych i strażników na wieżyczkach z gotowymi do strzału karabinami. Każdy musiał obrać przynajmniej po 200 kilogramów ziemniaków dziennie. Jak nie obrał, pracował aż do skutku. Zdarzało się, że od bladego świtu do późnej nocy.

Skojarzenia z obozem pracy mogą być tym bardziej uzasadnione, że rzecz dzieje się w Niemczech. No a przecież wiadomo, kto i kiedy takie obozy tworzył... . Na ławie oskarżonych prokuratura posadziła dwóch "obozowych" nadzorców. Tłumaczyli, że tylko wykonywali polecenia swojego niemieckiego pracodawcy.
Sąd Okręgowy w Suwałkach nie miał wątpliwości, że są winni. Bo doskonale zdawali sobie sprawę, w czym uczestniczą.

Ale sąd zauważył również, że w XXI wieku aż na takie wykorzystywanie mogą przystać tylko osoby, które nie pochodzą bynajmniej ze społecznych wyżyn.

W oknach zamiast szyb znajdowała się dykta

Wszystko to ciągnęło się przez wiele lat. Prokuratorski akt oskarżenia obejmuje okres od 2003 do 2010 roku. Aż w końcu ktoś nie wytrzymał i zgłosił sprawę polskiej policji. Ruszyło śledztwo. Byli pracownicy farmy znajdującej się pod Stuttgartem zaczęli zeznawać.

Farma należała do Niemca Marcusa W. Zajmowała się uprawą i przerobem ziemniaków. Od wielu lat pracowali tu niemal wyłącznie Polacy. Ełczanin Janusz F. był jednym z pierwszych. Jak zeznawał przed sądem, trafił tam, kiedy jeszcze był młodzieńcem i ciężko harował na każdy kawałek chleba. Niemiecki właściciel szybko doszedł do wniosku, że większych jeleni niż Polacy, w Europie nie znajdzie. Zaczął więc sprowadzać pracowników na czarno. Ale niemiecka policja coś zwęszyła i trzeba było interes jakoś zalegalizować.

Janusz F., który zdążył już zdobyć zaufanie niemieckiego właściciela, założył więc w Polsce firmę. To ona zajmowała się werbunkiem. Potencjalnych pracowników szukano po najbiedniejszych wsiach Mazur oraz woj. podlaskiego. Najlepsi byli tacy kandydaci, co to żadnego stałego zajęcia nie mieli od dłuższego czasu, a za każde euro daliby się pokrajać.

W myśl umów, na farmie miał ich spotkać niemal raj. 30 euro za 8-10 godzin pracy, dodatkowo płatne nadgodziny, mieszkanie w przyzwoitych warunkach, pieniądze na wyżywienie. W Polsce takiej roboty nikt w życiu by nie znalazł.

Pewnemu małżeństwu obiecano nawet, że będzie miało do dyspozycji osobny pokój. W rzeczywistości, mieli własne łóżko. A i tak powinni się cieszyć.

Pracownicy mieszkali w baraku, który, ironicznie, nazywano "Domem Polskim". Na ścianach plenił się grzyb. W oknach zamiast szyb była dykta. Szczęśliwcy spali na piętrowych łóżkach. Reszta - na prowizorycznych posłaniach znajdujących się na podłodze.

W całym obiekcie czynna była tylko jedna ubikacja. Niemal nieustannie ustawiały się więc do niej długie kolejki. Zrujnowany budynek ogrzewała tzw. koza. Upały więc tam bynajmniej nie panowały.

- W takich warunkach, to świnie mogą mieszkać, a nie ludzie - podsumował przed prokuratorem jeden z zeznających.
Harówa przez siedem dni w tygodniu

Najgorsza i tak była jednak praca. Bo każdy musiał wyrobić normę. Żadnej dyskusji nie było. Zdarzało się więc, że obieranie zaczynali o godz. 5, a kończyli o 21-22. Przez siedem dni w tygodniu. Bywali też tacy, którym zdarzało się pracować nawet do 3 w nocy. Jedna z kobiet zemdlała. Inna, jak wróciła do Polski, udała się do lekarza. Ten stwierdził skrajne wyczerpanie - od przemęczenia i niedożywienia.
Wynagrodzenie każdy miał otrzymać dopiero na koniec pobytu. Co tydzień ludzie dostawali jedynie zaliczkę na jedzenie. Była na takim poziomie, że wiele osób żywiło się ziemniakami i cebulą.
Zasada, iż płaci się dopiero na koniec pobytu okazywała się wystarczającym batem.

- Źle pracujesz, nie wykonujesz normy, więc dostaniesz znacznie mniej - słyszeli pracownicy. - Godzili się więc praktycznie na wszystko.

Jak ktoś chciał wyjechać wcześniej, najpierw sam musiał znaleźć w Polsce kogoś na swoje miejsce. Do najbardziej niepokornych przemawiano w jeszcze inny sposób.

- Nie poszedłem do pracy, bo źle się czułem - zeznawał jeden ze świadków. - Przyszedł brygadzista i kopnął mnie w plecy. Powiedział, że następnym razem będę miał przechlapane.

Inna z osób dostała w twarz od polskiego nadzorcy. Kolejną syn niemieckiego właściciela wyciągnął siłą z autobusu, którym zamierzała wrócić do Polski.

Nad pracownikami unosiła się jeszcze jedna groźba - niejaki Megadżolo, znany także jako Dentysta, uczestnik brutalnych walk organizowanych w klatkach. Ponoć był na usługi i nie jednego krnąbrnego już do porządku doprowadził.

Prokuraturze udało się ustalić kilkudziesięciu poszkodowanych. Znaczna ich część twierdziła, że nie otrzymała należnego wynagrodzenia, a jedynie połowę czy jedną czwartą. A były też takie osoby, które nie otrzymały nic.

Dlaczego się godzili? Bo się bali

Suwalski sąd musiał przesłuchać grubo ponad stu świadków. Jedno z najczęściej zadawanych pytań brzmiało: dlaczego godziliście się na pracę w takich warunkach?

- Bo my się bojeli - odparł po swojemu jeden z przesłuchiwanych.

Bali się nie tylko Megadżolo, ale przede wszystkim tego, że nie dostaną obiecanych pieniędzy. Pracodawca tylko szukał jakiegoś pretekstu.

Na ławie oskarżonych, oprócz Janusza F., który prowadził rekrutację, a na miejscu był kimś w rodzaju szefa, zasiadł także Adam S. On także jest ełczaninem. Na farmie pod Stuttgartem zafunkcjonował na dobre w 2008 roku. I również nadzorował pracowników.

Obaj niczego sobie do zarzucenia nie mieli. Twierdzą, że ludzie sami godzili się na takie warunki, a jeśli ktoś został niewłaściwie potraktowany, była to wina niemieckiego właściciela Marcusa W.

- O pracowników wiele razy z nim się wykłócałem - zapewniał Janusz F. - Ale miał dar przekonywania. On także dla mnie wciąż winny jest pieniądze. Moja firma, która zajmowała się zatrudnianiem pracowników zbankrutowała. Mam teraz spore długi.

Z licznych świadków tylko część miała pretensje. Inni zapewniali wręcz, że wszystko było w idealnym porządku, a ludzie sami sobie są winni, bo pili i potem demolowali budynek, więc należało ich trzymać krótko.

- Ja to przyzwyczajony do ciężkiej pracy od małego - zeznawał z kolei rolnik spod Białegostoku, jeden z tych, którym nic nie przeszkadzało.

Zarówno Janusz F., jak i Adam S. prosili o uniewinnienie. Ale sąd to odrzucił.

Chodziło o jak najtańszą siłę roboczą

Uznał, że byli ważnymi ogniwami w systemie stworzonym po to, by oszukiwać ludzi. Chodziło o minimalizację kosztów, znalezienie jak najtańszej siły roboczej, osób takich, które nie zaprotestują i jeśli nie dostaną należnych pieniędzy, po sądach z nikim ciągać się nie będą.

- Ten system opierał się nie tyle na przemocy fizycznej, choć i takie przypadki się zdarzały, co psychicznej - argumentował sędzia. - Ludziom wprowadzano wiele zakazów z zakazem wychodzenia do miasta włącznie. Byli ciągle nadzorowani, musieli żyć pod ciągłą presją.

Gdy śledztwo tylko się zaczynało, obaj mężczyźni trafili nawet do aresztu tymczasowego. Spędzili tam po parę miesięcy. Więcej jednak za kraty już nie pójdą, bo otrzymali kary w zawieszeniu. Do zapłacenia byłaby dodatkowo grzywna, ale sąd uznał, iż orzeczone kwoty rekompensuje pobyt w areszcie. Wyrok nie jest prawomocny.

W tej sprawie swoje śledztwo dotyczące Marcusa W. prowadzą też niemieckie organy ścigania.

Czytaj e-wydanie »

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3