Nurzec Stacja: Emigracja zarobkowa do Belgii kwitnie

    Nurzec Stacja: Emigracja zarobkowa do Belgii kwitnie

    Janka Werpachowska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Nawet w tym stanie ponadstuletni budynek dworca w Nurcu zachwyca swoją urodą. Szkoda, że nie ma dobrego gospodarza, który ocaliłby ten zabytkowy obiekt

    Nawet w tym stanie ponadstuletni budynek dworca w Nurcu zachwyca swoją urodą. Szkoda, że nie ma dobrego gospodarza, który ocaliłby ten zabytkowy obiekt przed kompletnym zniszczeniem. ©Wojciech Oksztol

    Z jedenaściorga dzieci pani Wandy, sześcioro pracuje w Belgii. Eliza wróciła kilka lat temu, bo przez trzy lata zarobiła na dom, który aktualnie buduje. Wyszła za mąż, urodziła dziecko. Ale zapewnia, że kiedy trochę odchowa córeczkę, na pewno pojedzie do Belgii jeszcze raz. Z gminy wyjechało już 500 osób.
    Nawet w tym stanie ponadstuletni budynek dworca w Nurcu zachwyca swoją urodą. Szkoda, że nie ma dobrego gospodarza, który ocaliłby ten zabytkowy obiekt

    Nawet w tym stanie ponadstuletni budynek dworca w Nurcu zachwyca swoją urodą. Szkoda, że nie ma dobrego gospodarza, który ocaliłby ten zabytkowy obiekt przed kompletnym zniszczeniem. ©Wojciech Oksztol

    Eliza w Belgii nie tylko pracowała. Nauczyła się też języka francuskiego, który w Nurcu do niczego nie jest jej potrzebny. Na razie buduje dom, wychowuje córkę. Ale myśli o powrocie do Belgii. Wojciech Oksztol

    Eliza w Belgii nie tylko pracowała. Nauczyła się też języka francuskiego, który w Nurcu do niczego nie jest jej potrzebny. Na razie buduje dom, wychowuje córkę. Ale myśli o powrocie do Belgii.
    (fot. Wojciech Oksztol)

    To wcale nie jest jakaś wyjątkowa gmina - mówi wójt Piotr Jaszczuk. - Podobnych jak Nurzec Stacja gmin jest wiele, nie tylko na Ścianie Wschodniej. Nie mamy przemysłu, nie mamy atrakcji turystycznych, ale dla chcących są miejsca pracy. Chociażby w nadleśnictwie. Wiem, że wciąż brakuje ludzi do fizycznej pracy w lesie.

    Może dlatego, że ci wszyscy, którzy żadnej pracy się nie boją, wyjeżdżają stąd do Belgii. Spośród 4750 mieszkańców gminy Nurzec Stacja, około pięciuset zdecydowało się na ten krok.

    Chcę pojechać jeszcze raz

    Eliza po ogólniaku nie mogła znaleźć żadnej pracy w Nurcu Stacji.

    - Właściwie nie miałam wyboru, pozostawał tylko wyjazd do Belgii - mówi.

    Miała tam ułatwiony start, bo szlaki przetarli wcześniej inni członkowie rodziny. W Belgii pracowała kiedyś jej mama. Od wielu lat żyją tam też dwie ciotki Elizy.

    - Przez trzy lata sprzątałam. Na czarno - opowiada. - Bo jeszcze nie było wtedy porozumienia o legalnej pracy w Unii Europejskiej.

    Eliza przyznaje, że kobietom z Polski jest w Belgii łatwiej. Są bardzo cenione jako opiekunki do dzieci, sprzątaczki, pomoce domowe. Ale już narzeczony Elizy, który był w Belgii w tym samym czasie co ona, długo nie mógł znaleźć zatrudnienia. W rezultacie przepracował tylko półtora roku, w ekipie prowadzącej roboty wykończeniowe na budowach.

    Kiedy oboje uznali, że zarobili dostatecznie dużo, wrócili do Nurca. Pobrali się. Eliza urodziła córeczkę. Mała dzisiaj ma dwa latka.

    - Budujemy dom w jednej z miejscowości w okolicach Nurca Stacji - mówi Eliza. - Za pieniądze zarobione w Belgii.

    Eliza z myślą o swojej przyszłości w Polsce, będąc w Belgii nie tylko pracowała. Zapisała się do szkoły językowej, nauczyła się francuskiego.

    - Mogę powiedzieć, że dobrze nim władam. Ale tutaj przecież nie mam gdzie wykorzystać tej umiejętności. Nic się nie zmieniło. Żadnej pracy w Nurcu ani w okolicy nie znajdę. Dlatego, za jakieś trzy lata, jak córka trochę podrośnie, zamierzam znowu jechać do Belgii.
    Wójt Piotr Jaszczuk mówi, że pracy w gminie nie brakuje: w nadleśnictwie wciąż poszukują mężczyzn do pracy fizycznej. Wojciech Oksztol

    Wójt Piotr Jaszczuk mówi, że pracy w gminie nie brakuje: w nadleśnictwie wciąż poszukują mężczyzn do pracy fizycznej.
    (fot. Wojciech Oksztol)

    Tu nie ma perspektyw

    Kiedyś Eliza myślała, że jak zarobi dużo pieniędzy, zainwestuje je w Nurcu Stacji. Bo przecież nie można wszystkiego wydawać tylko na własne potrzeby. Dom już prawie gotowy, jest za co żyć, dobrze by było otworzyć jakiś mały biznes.

    Teraz wie, że to raczej nierealne.

    - Nasza miejscowość powoli zamiera. Jeszcze kilka lat temu był przynajmniej bar, dzisiaj została ruina z powybijanymi szybami - mówi. - Mamy w Nurcu jeden z piękniejszych dworców kolejowych, ale nikogo nie obchodzi, że też stał się już ruiną. Okna zabite na głucho, drzwi pozamykane. Tam nie ma nawet kasy biletowej. Pociągi się zatrzymują i pasażerowie oglądają przez okna taki dworzec-widmo.

    Gmina na uboczu

    Początkiem powstania miejscowości nad Nurcem (stąd nazwa Nurzec Stacja) była budowa kolei Połock - Wołkowysk - Siedlce. Otwarcie trasy nastąpiło w 1906 roku. Z tych czasów zachowały się pierwsze budynki - zespół dworcowy z wieżą ciśnień.

    - Podejmowałem próby negocjacji z PKP w sprawie odkupienia od nich, za rozsądną cenę, budynku dworca i stojącej obok, równie zabytkowej, nieczynnej wieży ciśnień - przyznaje wójt Piotr Jaszczuk. - Niestety, bez skutku. W grę wchodzi tylko wynajęcie, a to z kolei z naszego punktu widzenia jest nieopłacalne. Gdyby budynki stały się własnością gminy, warto byłoby zainwestować w ich odrestaurowanie. Na pewno znalazłby się też pomysł na zagospodarowanie ich, może na muzeum, restaurację.

    Eliza, kiedy roztacza wizję Nurca swoich marzeń, też mówi, że przydałoby się tu prawdziwe muzeum - na przykład o podobnym profilu jak to w Ciechanowcu, prezentującym rolnictwo, tradycyjne budownictwo, ginące zawody.

    - Ale kto by to zwiedzał? - sama sobie zadaje pytanie. - Przecież nikt nie będzie specjalnie jechał do Nurca Stacji, żeby obejrzeć eksponaty w muzeum i wypić kawę.

    To położenie z dala od głównych szlaków komunikacyjnych, jakby na uboczu, również według wójta jest okolicznością niesprzyjającą rozwojowi Nurca. Nawet pielgrzymi licznie podążający na leżącą w pobliżu świętą górę Grabarkę omijają Nurzec Stację.

    Pytam wójta, co on by radził tym mieszkańcom Nurca Stacji i okolic, którzy zechcieliby tu wrócić z portfelami wypchanymi zarobionymi w Belgii euro. Liczę na to, że gospodarz gminy zna lepiej jej potrzeby i możliwości, wie, w co warto inwestować z zyskiem.

    - Nie ma baru, restauracji - zaczyna wyliczankę wójt. I właściwie na tym kończy. Jeszcze zauważa, że można by się zająć rękodziełem ludowym, które kiedyś na tych terenach kwitło, a dzisiaj odchodzi w niepamięć.

    Niestety, nie bardzo ma się też czym pochwalić, jeśli chodzi o inwestycje w gminie. Orlik i ponad dwadzieścia kilometrów wyasfaltowanych dróg to na pewno przedsięwzięcia poprawiające standard życia mieszkańców, jednak niekoniecznie podnoszące wartość gminy w oczach ewentualnych inwestorów.

    - A tutaj mógłby z powodzeniem zaistnieć nawet jakiś zakład przemysłowy - mówi wójt. - Nasza gmina jest poza obrębem obszaru Natura 2000, więc nie ma zbyt restrykcyjnych wymagań ekologicznych.

    Wyjeżdżają i nie wracają

    Eliza, która być może za trzy lata znów pojedzie do pracy w Belgii, jest jedną z jedenaściorga rodzeństwa.

    - Pięciu braci i siostra mieszkają w Belgii - mówi. - Najdłużej, bo już siedemnaście lat, żyją tam bracia bliźniacy.

    Oni na pewno nie myślą o powrocie do Polski. W Belgii założyli własne firmy, pożenili się, na świat przyszły dzieci, które chodzą do belgijskich szkół.

    - Myślę, że nawet na stare lata nie będą chcieli tu wracać - mówi Eliza. - Teraz ciężko pracują, ale za przyszłe emerytury będą żyli na dobrym poziomie w Belgii.

    Pozostali z szóstki "belgijskiego" rodzeństwa Elizy pracują na budowach, w firmach remontowych, w szklarniach, siostra pilnuje dzieci.

    - Większość moich kolegów ze szkoły mieszka dzisiaj w Belgii - śmieje się Eliza. - Jadą, pracują, tam zakładają rodziny. Przeważnie są to polskie małżeństwa, chociaż coraz częściej zdarzają się pary mieszane. Na przykład jeden z moich braci bliźniaków ożenił się ze śliczną Ekwadorką. Mają piękne dzieci.
    Pustka po wojsku

    Przed laty znakami rozpoznawczymi miejscowości Nurzec Stacja były: tartak - jeden z największych w regionie, cegielnie i kaflarnie - po których dzisiaj nie ma śladu, zostały jedynie zrujnowane doszczętnie resztki zabudowań oraz jednostka wojskowa - już nieistniejąca. Według danych Agencji Mienia Wojskowego, to blisko 34,5 tysiąca hektarów gruntu, na których znajdują się zabudowania o łącznej powierzchni niemal siedmiu tysięcy metrów kwadratowych. Od lat wystawione na sprzedaż, nie cieszą się jednak zainteresowaniem ewentualnych inwestorów.

    - Słyszałem, że jakieś budynki kupiła od Agencji Mienia Wojskowego Fundacja Patria - mówi wójt Piotr Jaszczuk. - Podobno chce tu urządzić osiedle dla Polaków - repatriantów ze Wschodu. Ale na razie nie widać, żeby trwały tam jakiekolwiek prace remontowe.

    Kiedy pytam wójta, czy to jego zdaniem dobry pomysł na zagospodarowanie dawnych koszar, tylko wzrusza ramionami. Bo tak naprawdę trudno sobie wyobrazić, czym mieliby się tu zająć Polacy, rozpoczynający nowe życie w odzyskanej ojczyźnie.

    Tutaj też można dobrze żyć

    Starsza pani, od wielu lat na emeryturze, jest sąsiadką pani Wandy, mamy Elizy.

    - Tak mówią, że prawie z każdej rodziny w Nurcu Stacji ktoś pracuje w Belgii - przyznaje. - Ale akurat z moich bliskich nikt. I ja, i mąż całe życie pracowaliśmy tutaj, w nadleśnictwie i tartaku. I wszystkiego, co mamy, dorobiliśmy się bez wyjeżdżania za granicę.

    Ale przyznaje, że jej jedyny syn też nie widział przyszłości dla siebie w Nurcu. Mieszka w Lublinie.
    - Szkoda mi tych młodych, co muszą szukać pracy za granicą - mówi. - Tyle rodzin się przez te wyjazdy rozpada. Dzieci dziadkowie wychowują. To nie jest dobrze.

    Chłopiec nie poznał ojca

    - W naszej szkole to był poważny problem, ale jakieś pięć, sześć lat temu - przyznaje dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Nurcu Stacji, Robert Sobieszuk. - Rodzice pracowali w Belgii, dziećmi zajmowali się dziadkowie. Nie zawsze radzili sobie dobrze z tymi obowiązkami. Długotrwała rozłąka z rodzicami była dla dzieci bardzo bolesna, młodsze wręcz nie rozumiały, dlaczego w domu nie ma taty czy mamy. Zdarzyło się kiedyś, że chłopczyk nie poznał taty, który przyszedł po niego do szkoły. Teraz ludzie są bardziej świadomi, decyzję o wyjeździe odkładają na później lub zabierają ze sobą dzieci, które tam się uczą.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (8)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo