Ewa, napisałaś książkę, która jest cudownie w starym stylu. Przywodzi na myśl baśni z dzieciństwa nie tylko pokolenia lat 80., ale też ich rodziców czy nawet dziadków. Skąd wziął się pomysł na pierwszą z cyklu "Myszki z Mysiborku" książkę, której podtytuł to "Przeprowadzka"?
- Ewa Alimowska: Myszki pojawiły się dwa lata temu, kiedy byłam na rocznym urlopie zdrowotnym. Z wykształcenia jestem polonistką, ale skończyłam też studia plastyczne. Bardzo lubię rysować. Zatem rysowałam i malowałam odkąd pamiętam. Ale nie miałam nigdy takiego urządzenia jak tablet. Tak się moje życie potoczyło, że miałam epizod szpitalny, a później wylądowałam na urlopie zdrowotnym. I nie mogłam praktycznie nic robić. Mogłam jedynie rysować. Wtedy mąż kupił mi specjalny tablet. A ja? Pierwsze co narysowałam to była myszka!
Skąd akurat wybór takiej bohaterki?
Ewa: Z życia (śmiech). Mieszkamy na wsi. Mam trzy koty i one mi ciągle przynosiły żywe myszki i wypuszczały je w domu. A ja je wynosiłam w chustce na podwórko, ratowałam te myszki. Zawsze mówiłam do męża: "Słuchaj, a co jeśli one mają rodzinę? Swoje dzieci, wujka, ciocię? Trzeba tą mysz uratować, bo ona przecież może być czyjąś mamą czy tatusiem" (śmiech). I tak to wyszło, że zaczęłam sobie te myszki wizualizować, rysować. Tworzyłam je w myśl zasady co by było, gdyby one faktycznie miały te swoje domki, gdyby miały swój świat? A że bardzo lubię XIX wiek, bo na polonistyce miałam specjalizację z pozytywizmu, umieściłam ten ich świat w epoce wiktoriańskiej. Zaczęłam je ubierać w wiktoriańskie ciuszki i w takich stylizacjach je rysować. W ciągu dwóch lat zrobiłam dwie książki, trzecią już kończę. Ta, którą z Elwirką przeniosłyśmy na film, to właśnie "Myszki z Mysiborku. Przeprowadzka" - pierwsza z całej serii.
Pierwsza wydana.
- Ewa: Tak, dokładnie. Ale tak w ogóle to wcześniej zrobiłam dwie książki dla dzieci o Wodniku Mokraczku.
O czym opowiadasz w serii o myszkach?
- Ewa: To książki o archetypach. I w tej warstwie najlepiej je zrozumieć mają szansę dorośli. Muszę tu zaznaczyć, że ta pierwsza książka wzięła się tak naprawdę z tego, że miałam cudowne dzieciństwo i cudownych dziadków. Bunia i Dziadunio w tej książce, to jest moja Bunia i mój Dziadunio. Dwadzieścia lat spędziłam na wakacjach u dziadków, rok w rok. I to był właśnie taki dom, jak w mojej książce. Dom ze spiżarnią, z garnuszkami, z babcią, która robi ciasto porzeczkowe. Czyli kompletny archetyp szczęśliwego dzieciństwa.
I w tej książce mamy postacie, podobnie jak w "Muminkach" Tove Jansson, z którymi można się utożsamić. Jest babcia i dziadek, ale są też postacie bardziej współczesne, nieco pokaleczone przez życie. Bo są na przykład Marianna i Mysia, dwie siostry, które wychowują się bez rodziców. Jest Antoni i Zyzio, dwóch braci Myszków, których wychowuje stara ciotka. Zyzio jest niegrzeczną myszką, która nie chce pracować i się buntuje. A jego starszy brat chce być kiedyś malarzem, ale droga do spełnienia marzeń wcale nie jest łatwa. Gdzieś w tle toczy się ich życie, mają realne problemy. Są czarne charaktery - szop i łasica, którzy kradną konfitury. Kiedyś się śmiałam, że ta książka jest taka w sumie niewinna, bo najgorszym przestępstwem jest zjedzenie konfitur, które są tak w ogóle pyszne (śmiech). Bardzo podoba mi się to, że mogę bawić się i swoje wewnętrzne dziecko karmić tą książką. A jednocześnie pokazywać komuś taki właśnie świat archetypów. Mi się wydaje, że jest to dzisiaj bardzo potrzebne, kiedy jest swoisty kryzys wartości.
Jakie wartości kryją się w pozostałych częściach?
- Ewa: Skończyłam pisać część drugą - to jest historia Pana Myszorka. To stary kawaler, który ma przyjaciół z którymi gra w bierki. W tle toczy się historia choroby Myszorka i radzenia sobie z tematem opieki przyjaciół, pomagania, znoszenia choroby. A część trzecia to historia Licha Leśnego, którego nikt nie chce na Boże Narodzenie zaprosić, bo jest złośliwe. I dokuczało wcześniej naszym bohaterom, myszkom. I jest samotne. Ale jest to też historia o uzdrowieniu, o uleczeniu. O tym, że i takie Licho Leśne znajdzie sobie miejsce przy świątecznej kolacji.
Obecnie telewizyjne bajki są przebodźcowane, szybkie - tak jak i dzisiejsze czasy. Podobnie zdarza się też w książkach.
- Ewa: To prawda. A ta moja książka, to książka totalnie bez przemocy. Tam nawet jeżeli są jakieś postacie, które są - jak wspomniałam - czarnymi charakterami, to i tak ewoluują. Jest rozmowa. Coś co było zawinione, zostaje wybaczone. Ktoś naprawia swoje winy. Jeśli narozrabiał, to sprząta. Może właśnie dlatego są to postacie, które nie powodują uczucia lęku czy strachu. Te historie pokazują, że wszystko można naprawić, wszystko można wynegocjować. Że zawsze warto dać drugą szansę. Każda z tych postaci jest miękka, nie wiem jak to nazwać inaczej. Nie ma tam ani tej wszechobecnej dzisiaj szybkości, ani presji, ani oceniania. Myślę, że kiedy wymyślam ten świat to niestety, albo stety wychodzi ze mnie ten nauczyciel (śmiech). Pracuję już długo, w styczniu będzie trzydzieści lat. Pochodzę też z nauczycielskiej rodziny. Moja mama była nauczycielką, siostra jest nauczycielką i wydaje mi się niesłychanie ważne to, że trzeba dzieci uczyć mówienia "proszę, dziękuję, przepraszam". Ale też ważne jest mówienie im, że w porządku jest czasem czuć się smutnym, a czasami złym. Że mają prawo się zdenerwować. Ale jak już do tego dojdzie i coś się zniszczy - warto spróbować to naprawić.
Elwira Małyszko: Przeogromną wartością tej książki, i tym, co chciałam pokazać też w filmie jaki powstał na jej podstawie, jest natura, przyroda - ta podlaska. Ewa narysowała te wszystkie drzewa, roślinki, które są tak charakterystyczne dla naszych podlaskich łąk. Oglądając to wszystko pomyślałam, że czasem jest tak, że znamy różnego rodzaju przestrzenie. Dzieci znają zwierzątka, które mieszkają w Afryce, a zapytaj je o Podlasie. Niewiele z nich będzie wiedziało, co mamy na wyciągnięcie ręki. Świat pokazany w książce i w filmie to taki świat, który chcę dać mojej córce. Świat, którego dzisiaj strasznie trudno jest gdzieś doświadczyć w bajkach dla dzieci.
Elwira, a jak to się stało, że trafiłaś do tegoż projektu?
- Elwira: Dzisiaj próbowałam sobie policzyć ile się z Ewą znamy i wyszło, że coś koło 33, może 35 lat. A tak naprawdę to może jeszcze więcej, całe moje życie. Ewa była moją nauczycielką, ale też sąsiadką mojej babci, która mieszkała w Narwi, a ja ją często odwiedzałam. Nadal mam rodzinę w Narwi i bywam tam. I jest tak, że jak przyjadę to za chwilę biegnę do Ewy! Pamiętam, że kiedy babcia jeszcze żyła, to mogłam sobie podglądać przez okno - bo mieszkały przez ulicę - jak Ewa rysowała w nocy. Zawsze światełko się paliło.
- Ewa: Teraz pracuję bardziej nad ranem, bo ja jestem rannym ptaszkiem! Podczas tworzenia tej książki wstawałam o 4 rano i do 6-6.30 rysowałam. A później trzeba było iść do pracy, do szkoły. Ale w te poranki, przez dziewięć miesięcy, dzień w dzień, codziennie, rysowałam tę książkę. Ja już miałam te myszki wbite na amen w głowę (śmiech). Ich wygląd, ich ubrania, ich historię. Mam je na koszulkach, mam je na zeszytach. Mam z nimi kolorowanki. Książkę wydawałam swoim sumptem, jako self-publishing przez Amazon. Jest dostępna również w wersji angielskiej.
Elwira czy Ewa wywarła duży wpływ na ciebie, na twoją twórczą drogę?
Elwira: Często myślę o tym, że nie byłabym teraz w miejscu, w którym jestem, gdyby nie Ewa. Z filmem też było tak, że siedziałam i myślałam pewnego dnia o tej naszej znajomości. Oglądałam rysunki Ewy, takie przedstawiające wróżki. I kiedyś sobie wzięłam jedną taką wróżkę, i nie ukrywam, że wrzuciłam ją w pewien program, taki silnik AI. I ona zaczęła się pięknie ruszać. A ponieważ jestem z wykształcenia animatorem, a ona się tak ładnie ruszała, to sobie pomyślałam: "kurczę, a czemu by nie zanimować całej książki?". Zaczęłam więc robić pierwsze próby. Oczywiście nie animowałam tego starą metodą, ale z użyciem specjalnych programów. Nie ukrywam też, że niektóre rzeczy były wspomagane AI-em. Uważam, że jest to narzędzie, którego również można używać, jeśli traktujemy je jako faktyczne narzędzie, a nie twórcę. Absolutnie nie neguję nowych technologii, ponieważ mogą być naprawdę bardzo przydatne. Trzeba tylko wiedzieć, jak ich używać. Ten film powstał praktycznie bezbudżetowo. Dużym studiom jest łatwiej, bo mają duże budżety, większą ilość pracowników. Tutaj animacja została zrobiona tak naprawdę przez dwie osoby. Ewa stworzyła rysunki, nadała estetykę, a ja to uruchomiłam.
- Ewa: Ale piękne jest to, że Elwira nie zmieniła tych rysunków, że film ma charakter książki. Absolutnie każda postać jest wierna moim rysunkom - wraz z ich niedoskonałościami, z różnymi rzeczami szkicowymi. To wszystko w filmie jest. On nie jest wygładzony, on nie jest sztuczny. To sprawia wrażenie ręcznego rzemiosła. I o to chodziło, bo ta książka jest autentyczna i prawdziwa. Była rysowana dziewięć miesięcy. Film też powstawał prawie dziewięć miesięcy. Tam jest 76 stron i jak ktoś nie jest rysownikiem może mu się wydawać, że to się tworzy szybko. A tak nie jest. Rysuję bardzo pracochłonną techniką, bo rysuję na tablecie tak jakbym rysowała na kartce, bez filtrów. To po prostu jest piórko i kolor, piórko i kolor. Jedna strona książki przy pracy od zera to szkic, pełne tło i postaci. A pełne tło to są godziny pracy.
- Elwira: Na początku to była tylko zabawa i nawet chyba jakoś tak świadomie nie myślałam o tym, że coś z tego głębszego będzie.
Kiedy więc nastąpił przełom?
- Elwira: W momencie, kiedy udało mi się ożywić Szwędacza, jednego z bohaterów książki Ewy. Udało mi się sprawić, że szedł po łące. I wtedy napisałam do Ewy z zapytaniem co by było, gdybyśmy zrobiły z tego film? I tak to się zaczęło. Pamiętam, że Ewa chciała mi zapłacić, ale odmówiłam, bo nie chciałam i nie chcę robić tego dla pieniędzy. Pomyślałam, że jeśli mamy to zrobić, to zróbmy to w imię naszej przyjaźni.
- Ewa: I dla dzieci.
- Elwira: Tak, i dla dzieci. Poza tym moja córka, Józia, bardzo mocno się uruchomiła przy tym projekcie. I wtedy wiedziałam, że muszę to zrobić. W ogóle to Józia towarzyszyła w całym procesie powstawania filmu. Dlatego też jest uznana za konsultantkę. Wszystko co robiłam, każdą scenę, pokazywałam jej. I w sumie tak to się zaczęło. Trochę niechcący (śmiech). To też trochę znaczące, bo Ewa stworzyła myszki, kiedy miała ciężki zdrowotnie czas. U mnie było podobnie - kiedy zaczęłam robić coś w kierunku filmu, też miałam trudniejszy zdrowotnie czas i musiałam trochę zwolnić. Byłam więcej w domu i zaczęłam te myszki gdzieś tam sobie poruszać.
Były momenty zwątpienia?
- Elwira: Pewnie! Nie wszystko było takie proste, jak się wydawało. Na początku myślałam, że zanimuję całą książkę. Ale kiedy przyszedł wrzesień, Ewa już miała tę książkę skończoną, wydaną - a wcześniej się umówiłyśmy, że film będzie towarzyszył promocji. I wiedziałam, że nie jest dobrze (śmiech). Wtedy pomyślałam, że nadal chcę zrobić całą tę historię, ale że podzielę ją na kilka części. I tak powstała pierwsza, którą miały okazję widzieć już dzieci w kilku filiach bibliotecznych. A w przyszłym roku będzie też pokazywana w kinie, na dużym ekranie. Ta pierwsza część animacji, która powstała przywodzi mi na myśl to, co się dzieje u nas na Podlasiu. Te wędrówki, które mają miejsce tuż przy granicy. Ten las wokół Narwi, który dla mnie jest lasem bezpiecznym, miejscem z obecności w którym czerpię przyjemność, nie dla wszystkich taki jest. Przyznam, że ostatnimi czasy były momenty, że ja się bałam do tego lasu wejść.
Dlaczego?
- Elwira: Nie dlatego, że bałam się ludzi, którzy tam wędrują. Bardziej bałam się tego, że to spotkanie spowoduje, że nie poradzę sobie z całą sytuacją. Z tym, że nie będę wiedziała, jak mam temu człowiekowi z lasu pomóc. Może już tak dużo się o tym nie mówi w mediach i przestrzeni publicznej co kiedyś, ale te rzeczy nadal się tam dzieją. Oni tam wędrują, oni ciągle szukają bezpiecznego domu. Pomyślałam sobie więc, że ten exodus, poszukiwanie bezpiecznego miejsca, ta wędrówka, to szukanie - wszystko jest obecne w naszym teraźniejszym życiu. I, że tak naprawdę wszyscy szukamy bezpiecznego miejsca.
Szczególnie jeśli ktoś nam te miejsce, które mamy, chce zabrać.
Elwira: Tak jak myszkom, które muszą odejść z domu, bo wprowadził się do niego kot. Co sprawia, że to właśnie w lesie szukają schronienia. I ten kot może być kimkolwiek: politykiem, pracodawcą. Ale może być też chorobą. Z jednej strony dzieci mogą to czytać dosłownie - kot zjada myszki, więc one muszą się stamtąd wyprowadzić. Natomiast uniwersalizm tej opowieści jest taki, że my dorośli możemy w niej znaleźć dużo więcej. Pomyślałam też, że chciałabym film zakończyć w takim momencie, żeby widz miał niedosyt, żeby chciał więcej. I może będzie miał więcej, bo na dzień dzisiejszy nie wiem czy podołam kolejnym częściom (śmiech). Myślę, że przyjdzie taki moment, że do tego wrócę, ale muszę chwilę odpocząć. Boję się, żeby nie przesadzić, bo te kilka minut, które widzimy na ekranie to jest bardzo dużo pracy. Bardzo. Nawet nie wiedziałam, że aż tyle. Niby trzy minuty, a pracy na dziewięć miesięcy!
I to w wolnym czasie, po pracy. Bo nie zajmujesz się przecież zawodowo robieniem filmów.
- Elwira: Nie. Podobnie jak Ewa pracuję w szkole, jestem też asystentem w katedrze grafiki Wydziału Architektury Politechniki Białostockiej. A film był robiony tak naprawdę w większości w wakacje, lub w soboty, albo w niedziele. Chociaż w niedzielę trudno jest cokolwiek robić, jak się ma małe dzieci w domu (śmiech). Myślę, że rodzice wiedzą o czym mówię. Ale zawsze zostają noce. Przychodzi godzina 21, dziecko śpi, ty siadasz i tworzysz. A w twoim oknie długo pali się światło. Tak jak kiedyś w Narwi, u Ewy.





