https://poranny.pl
reklama

Między życiem a granicą. O drodze do wolności i cenie człowieczeństwa

Agnieszka Domanowska
fot. Agnieszka Domanowska
Peszawa wiedział, że ma niewiele czasu. W jego rodzinnym Kurdystanie data była już wyznaczona – szesnastoletnią Bebilan czekało małżeństwo, którego nie chciała. Ojciec siedmiorga dzieci patrzył na swoją najstarszą córkę i wiedział, że nie może tego dopuścić. Decyzja o ucieczce zmieniła życie całej rodziny na zawsze.

Pierwszym przystankiem była Białoruś. To, co miało być czasowym schronieniem, przerodziło się w trzy miesiące piekła. Rodzina z siedmiorgiem dzieci została zakwaterowana w wojskowym hangarze, gdzie warunki życia przypominały więzienie. Woda była dostępna tylko w wiadrach, jedzenia praktycznie brakowało. Dzieci, przyzwyczajone do ciepła rodzinnego domu, musiały przystosować się do rzeczywistości, w której każdy dzień był walką o przetrwanie.

W tym samym czasie, gdzieś w białoruskich lasach, błąkał się Mustafa el-Hacey. Dwudziestoletni Egipcjanin miał swoje powody, by znaleźć się tak daleko od domu. Jego ciało nosiło ślady przemocy – został pobity przez miejscowych Białorusinów. Ranny i zdezorientowany, wędrował między drutami przy granicy, szukając jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro.

quiz

Nie daj się złodziejom! Czy znasz te metody kradzieży? QUIZ

1/12

Planujecie urlop? Nie ułatwiajmy włamywaczowi pracy! Koniecznie poprośmy sąsiada o...


Los sprawił, że ścieżki kurdyjskiej rodziny i pobitego Egipcjanina skrzyżowały się w najciemniejszym momencie ich podróży. Gdy Mustafa napotkał dziewięcioosobową rodzinę w lesie, oni bez wahania przyjęli go w swoje szeregi. "Razem pójdziemy do Polski" – te słowa stały się początkiem wspólnej wędrówki ku nieznanemu.

Pierwszy atak na polską granicę zakończył się fiaskiem. Służby graniczne zatrzymały całą grupę i „wepchnęły” z powrotem na Białoruś. Druga próba, 18 marca 2022 roku, również skończyła się niepowodzeniem. Tym razem rodzina nie była sama – towarzyszyły jej jeszcze dwie rodziny. Wszystkich czekał ten sam los: szybkie zatrzymanie i przymusowy powrót.

Trzecia próba okazała się kluczowa, choć nikt z nich nie spodziewał się, jaką cenę przyjdzie za nią zapłacić. Udało się przekroczyć granicę, ale w polskich lasach czekały nowe wyzwania. Temperatura -2 stopnie Celsjusza w nocy, w dzień około 10 na plusie. Dla rodziny z dwuletnią Baranką i pozostałą szóstką dzieci każda godzina była testem na przetrwanie.

Dalsza część materiału pod wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych

Marzenia o szybkim transporcie do Niemiec szybko się rozwiały. Przemytnik, z którym nawiązali kontakt jeszcze na Białorusi, okazał się być dwadzieścia kilometrów od granicy i kategorycznie odmówił podjazdu bliżej. W desperacji, z małymi dziećmi, bez jedzenia i schronienia, rodzina musiała podjąć najtrudniejszą decyzję w swojej podróży.

Numer telefonu, który otrzymali od nieznanego Kurda jeszcze w białoruskim magazynie, stał się ostatnią deską ratunku. "Jak będziecie w Polsce, dzwońcie – oni wam pomogą" – te słowa brzmiały teraz jak obietnica ocalenia.

O drugiej w nocy 21 marca Peszawa wybrał numer. Po drugiej stronie słuchawki odezwał się kobiecy głos….

Cena człowieczeństwa

Telefon odebrała Ewa Moroz-Kaczyńska, która jesienią i zimą 2021-2022 roku, podobnie jak dziesiątki sąsiadów, pomagała ludziom, którzy przekraczali granicę z Białorusią. Tym razem również nie wahała się ani chwili. Wraz z koleżanką - Kamilą Jagodą Mikołajek - przywiozła jedzenie, ubrania i nadzieję.

- Nie potrafię odwrócić wzroku od ludzkiego cierpienia i nie liczy się dla mnie kolor skóry ani religia. Liczy się człowiek i życie – mówiła później przed sądem.

Pierwszą noc spędzili w oborze, ale nad ranem wszystko się skomplikowało. Nieznany mężczyzna wszedł do budynku, zobaczył ich, zdziwił się i uciekł. Rodzina z Mustafą również uciekła, widząc drogę pełną policji. Ponowny telefon do Ewy. Ponowna pomoc – tym razem schronienie na opuszczonej posesji w lesie.

Historia nie kończy się jednak happy endem dla wszystkich bohaterów. Ewa Moroz-Kaczyńska wraz z czwórką innych aktywistów – Mariuszem Chyżyńskim, Kamilą Jagodą Mikołajek, Joanną Agnieszką Humką oraz piątą osobą przebywającą za granicą – stanęła przed sądem oskarżona o nielegalną pomoc migrantom.

Prokuratura domagała się dla wszystkich kar roku i czterech miesięcy pozbawienia wolności. Prokurator Magdalena Rutyna argumentowała, że "celem oskarżonych nie było doprowadzenie cudzoziemców do placówek, ale umożliwienie im przedostania się do Europy Zachodniej." Zarzucała aktywistom działanie "w ramach zorganizowanej struktury" i oskarżała ich o "destabilizację polskich granic."

- Nie czuję, żebyśmy zrobili coś złego – odpowiadał Mariusz Chyżyński. Ewa dodawała niemal na każdej rozprawie:

- Ja nigdy nie uwierzę, że nakarmienie głodnego to przestępstwo, że napojenie spragnionego to przestępstwo, że ogrzanie zmarzniętego to przestępstwo.

Dla Ewy, mieszkanki Podlasia, gdzie "gościnność wobec drugiego człowieka jest tradycją starszą niż jakakolwiek granica," oskarżenia brzmiały jak zaprzeczenie wszystkiego, czego nauczyła się od dzieciństwa.

Anna Jaczuń ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej podczas procesu mówiła z goryczą:

- Jest mi wstyd za polskie państwo, które udaje, że kryzys na polsko-białoruskiej granicy nie istnieje. Dziś mój kraj odmawia kubka wody irackiemu dziecku – ten sam kraj, który przyjął tysiące imigrantów z Ukrainy.

Wyrok

8 września sąd wydał wyroki uniewinniające dla wszystkich oskarżonych aktywistów. Sędzia uznał, że działania oskarżonych miały charakter humanitarny i nie stanowiły przestępstwa.

Peszawa, dzięki polskim aktywistom uratował rodzinę. Dotarli do Niemiec. Jednak kilka miesięcy później umarł.

Historia wolontariusza, który stanął w obronie rannego Somalijczyka

Na innej sali Sądu Rejonowego w Białymstoku rozpoczyna się kolejny proces. Tym razem na ławie oskarżonych siedzi 57-letni Bartosz J. – mężczyzna, który od lat prowadzi swoją cichą wojnę z systemem na polsko-białoruskiej granicy. Jego bronią nie są protesty czy manifestacje, lecz pełnomocnictwa prawne, wnioski azylowe i telefon, którym przez lata dokumentował przypadki, które – jak twierdzi – mogły zakończyć się śmiercią.

Tego dnia w Michałowie wszystko poszło nie tak.

Trzy telefony o pomoc

Historia rozpoczęła się od trzech telefonów. Dwaj Etiopczycy i jeden Somalijczyk zadzwonili do Bartosza J., prosząc o pomoc prawną. Każdy z nich wyraził chęć ubiegania się o azyl w Polsce. Dla doświadczonego wolontariusza była to rutyna – od lat prowadził wywiady mające na celu ocenę sytuacji osób ubiegających się o ochronę międzynarodową, dostarczał żywność, odzież, udzielał pierwszej pomocy.

Ale tym razem coś było inne. Głos Somalijczyka brzmiał inaczej – było w nim więcej strachu niż zwykle. Mężczyzna miał poranione nogi i wyrażał paniczny lęk przed odesłaniem na Białoruś. Wszyscy trzej podpisali pełnomocnictwa upoważniające wolontariusza do reprezentowania ich interesów. Były to oficjalne dokumenty, dające Bartoszowi J. prawo do występowania w ich imieniu przed polskimi służbami.

Placówka w Michałowie

Gdy Bartosz J. dotarł do placówki Straży Granicznej w Michałowie, dowiedział się, że dwaj Etiopczycy zostali skierowani do ośrodka w Połowcach. Standardowa procedura – nic niezwykłego. Problem pojawił się, gdy zapytał o trzeciego mężczyznę.

- Zrezygnował z pomocy prawnej – usłyszał od funkcjonariuszy.

Bartosz J. nie uwierzył. Znał tego człowieka zaledwie kilka godzin, ale pamiętał jego głos pełen strachu. Pamiętał poranione nogi i błagalne prośby o pomoc. Człowiek, który tak desperacko prosił o ochronę, nagle miał zrezygnować z reprezentacji prawnej?

- Mam pełnomocnictwo – argumentował wolontariusz. - Chcę rozmawiać z moim mocodawcą.

Odmowa była kategoryczna.

Moment pęknięcia

To, co wydarzyło się następnie, zależy od tego, czyją wersję uznamy za prawdziwą. Prokuratura twierdzi, że Bartosz J. próbował wywrzeć niedozwolony wpływ na funkcjonariuszy. Sam oskarżony przedstawia to jako desperacką próbę obrony praw swojego mocodawcy.

- Macie przej..., łamiecie prawo, a sprawa trafi do rzecznika praw obywatelskich – te słowa, wypowiedziane w chwili frustracji, stały się podstawą aktu oskarżenia.

Bartosz J. nie zaprzecza, że je wypowiedział. Ale kontekst, w jakim je przedstawia, maluje obraz człowieka, który widział system łamiący własne zasady i nie mógł tego znieść.

- Moje działania motywowało głębokie przekonanie o naruszeniu procedur prawnych przez funkcjonariuszy oraz obawa o bezpieczeństwo mocodawcy – wyjaśniał przed sądem.

Gdy odmówił opuszczenia placówki bez rozmowy z reprezentowaną osobą, funkcjonariusze zastosowali wobec niego siłę fizyczną i wyprowadzili go z budynku.

Liczby, które nie dają spokoju

Bartosz J. prowadzi dokumentację. Ma spisane około 100 przypadków zgonów na granicy. Dla niego to nie są statystyki – to imiona, twarze, historie przerywane w połowie zdania. Każdy przypadek to porażka systemu, który miał chronić, a nie odpychać.

- Życie i zdrowie człowieka uważam za wartość nadrzędną – żaden interes polityczny czy bezpieczeństwa państwa nie może być ponad tym – mówił podczas rozprawy słowami, które brzmiały jak wyznanie wiary.

Tego samego dnia Bartosz J. pojechał do placówki w Narewce, gdzie miał wykonywać kolejne obowiązki pełnomocnika. Tym razem nie dotarł do celu – został zatrzymany. Jego telefon komórkowy zabezpieczono jako materiał dowodowy. Somalijczyk prawdopodobnie został „odesłany” na Białoruś.

Historia aktywistów z Hajnówki zakończyła się uniewinnieniem – sąd uznał, że nakarmienie głodnego nie może być przestępstwem. Sprawa Bartosza J. dopiero się rozpoczęła. Oni działali spontanicznie, kierując się współczuciem. On walczył świadomie, używając znajomości prawa.

Polecane oferty
Wróć na poranny.pl Kurier Poranny