Matka oddała nerkę. Oddałaby i serce.

Alicja Zielińska azielinska@poranny.pl tel. 085 748 95 45
- Czy to bohaterstwo? - pyta Ewa Owczarczuk. - Jestem matką, a matka by i serce dziecku oddała.
- Czy to bohaterstwo? - pyta Ewa Owczarczuk. - Jestem matką, a matka by i serce dziecku oddała. Fot. Wojciech Oksztol
Lekarze powiedzieli: Wyrwała pani syna śmierci. W takim stanie nie miał prawa żyć. Bo tak źle było z nim. Więc oddała mu swoją nerkę.

Opinia

Opinia

Prof. Michał Myśliwiec, kierownik Kliniki Nefrologii i Transplantologii z Ośrodkiem Dializ Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku:
Na Podlasiu na transplantację czeka około 60 osób. Wykonujemy przeszczepy nerek tylko od dawców zmarłych. Jeszcze dwa lata temu takich zabiegów przeprowadzano rocznie 40. Teraz ta liczba, podobnie jak w Polsce, spadła o połowę. To skutek nieodpowiedzialnych wypowiedzi o pobieraniu narządów. Jakiekolwiek wątpliwości w tym zakresie są bezpodstawne. Przy transplantacji bierze udział ok. 20 lekarzy, zgon jest stwierdzany przez komisję. Nie było dotąd żadnego przypadku pobrania narządów za pieniądze, bo nasze prawo na to nie pozwala. Ale, niestety, wciąż trudno jest przekonać tych, którzy utracili bliskich, żeby pozwolili na pobranie narządów, bo ktoś ich potrzebuje. Jeszcze rzadsze są transplantacje od osób żywych. Stanowią one tylko ok. 3 proc. wszystkich przeszczepów. W krajach skandynawskich wynoszą 50 proc.

Małżeństwo, dwoje dzieci, starszy chłopiec, młodsza dziewczynka. Oni oboje pracują, nowe mieszkanie w bloku, urządzili się. Za rok córka ma iść do pierwszej komunii, zaproszą rodzinę na przyjęcie. Wszystko jak trzeba. Naraz jak grom z jasnego nieba - choroba syna. I już nic nie jest takie samo.

Rok 2003. Łukasz ma 12 lat. Od jakiegoś czasu słabnie, blady jakiś, jakby sił nie miał w sobie. Nic, tylko by się kładł. Gdzie, żeby chłopak w takim wieku, toż to utrzymać trudno. Pierwsza myśl: może cukrzyca, on tak dużo pije.

Do lekarza. Jednego, drugiego. Uspokajają: to chwilowe, przejdzie, wirus. Ale w styczniu, podczas ferii, sama już widzi, źle z synem. Więc do lekarki rodzinnej kategorycznie, żeby zleciła zrobić mu szczegółowe badania.

Matka czuje

Siedzimy w dużym pokoju. Ewa opowiada. Pięć lat minęło, a pamięta każdy dzień.

- Zachodzę do przychodni, a lekarz rodzinna naradza się z innymi lekarkami. Bo Łukasz miał bardzo złe wyniki. Boże! Pewnie białaczka. Skierowanie na onkologię. Świat mi się zawalił w jednej chwili. Ale wszystko da się przeżyć - Ewa kiwa głową. - Najgorsze nas dopiero czekało. Położyli Łukasza w piątek do szpitala, sobotę całą z nim przesiedziałam. Bo co to, dzieciak jeszcze, wystraszony. Nie wytrzymałam i od razu do lekarza, żeby powiedział co z nim, chociaż cokolwiek. No czy to białaczka? A on mówi, że wyniki nie wskazują na białaczkę. Trochę mi ulżyło. Zrobili Łukaszowi USG nerek. Ostra niewydolność. Przenieśli na oddział nefrologii, pielęgniarka poinformowała, żeby nazajutrz rano oboje z mężem przyszli do szpitala.

- Z samego rana czekamy w szpitalu. Łukasz sam leżał w sali, lekarze co raz przychodzili, patrzyli. Potem się okazało, dlaczego. Łukasz miał tak wysokie wszystkie parametry, że nie powinien żyć. Mocznik na przykład, jak norma jest do 50, to on miał 280, kreatynina - 1,3 norma, a u niego 12.

Po obchodzie lekarz prowadzący stwierdził, że z Łukaszem jest bardzo źle, muszą mu podać krew, zrobić przetokę do serca, podłączyć się do głównej żyły. I musi być dializowany. Czy jako rodzice wyrażają na to zgodę. Boże, co tu było się zastanawiać? Przecież on umrze.

Bierzcie moją nerkę

- Kiedy tak postanowiłam? A wie pani, od razu. Kiedy zaczęli Łukasza dializować, to powiedziałam do lekarza: Jak moja nerka będzie pasować, to bierzcie. Posiedziałam w szpitalu dwa tygodnie, nasłuchałam się i wiedziałam wszystko. Na dawcę chorzy czekają miesiącami. Nie wyobrażałam sobie tego. Ja musiałam ratować Łukasza. Ryzyko? No i co z tego? Ja się tylko bałam, żeby moje wyniki były dobre, bo dwa lata wcześniej chorowałam na boreliozę, ugryzł mnie kleszcz.

Pasują do siebie

Pojechali do Warszawy, do Centrum Zdrowia Dziecka. Pierwsze badania, czy pasują z Łukaszem genami. Tak, pasują, można robić dalsze badania.

- A tych badań to było i było. Od tomografii po dentystę. Prześwietlili mnie i przebadali na wskroś - żartuje Ewa. - I wszystko musiałam robić na własny koszt. Krew, mocz - po kilka razy trzeba było powtarzać. Tylko dzwoniłam do Warszawy i informowałam panią doktor. A ona mówiła, to dobre, to też. I jak już było po wszystkim, umówiła mnie na konsylium lekarskie do Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus, to tam pobierają nerki. Zebrało się pięciu czy sześciu lekarzy, każdy pytał o co innego. W buzię mi zaglądali, żylaki sprawdzali, czy nie mam. No, wszystko. Wreszcie orzekli, że mogę być dawcą. Pytają: Cieszy się pani? A ja łzy w oczach. No pewnie.

- Od momentu diagnozy do przeszczepu minął rok i cztery miesiące. Tyle to trwało. I powiem pani, jaki był najgorszy moment. Nie sama operacja, nie czekanie. Ale dzień, kiedy już wszystko było ustalone. Jest 4 marca 2004. Syn leży w Centrum Zdrowia Dziecka, ja w Dzieciątku Jezus. Rano ma być operacja. A tu przychodzi w nocy lekarz, budzi mnie: Proszę pani, nie będzie przeszczepu. Boże, coś się stało z synem, zachorował? A on, że wykryli bakterię na bloku operacyjnym. I przeszczep wykluczony, może dojść do infekcji, muszą wyremontować oddział. Ja w ryk. Tak się spłakałam, że wszystko zaczęło mnie boleć. No i co? Do domu.

- Czekała pani na telefon?

- A nie, ja sama wydzwaniałam co parę dni do pani doktor - zaprzecza Ewa.

- Bała się pani o syna?

- Jeszcze jak. Każdego dnia. Żeby mu się nie pogorszyło, żeby nie daj Boże jaka infekcja. No i żeby się do mnie co nie przyczepiło. Badania powtarzają przed samą operacją. W ostatniej chwili mogą cofnąć z bloku. Nie takie proste, przeżyć to wszystko - kręci głową Ewa.

- Ach, i jeszcze jeden ciężki moment był, tuż przed samym zabiegiem. Przychodzę do Łukasza, on cały czas był dializowany w białostockim DSK, a doktor mówi, że wyniki moczu są złe. Zrobili badania drugi raz i właśnie czekają, co wykażą. Matko Boska, wszystko umówione, nie dopuść. Poszłam sama po wyniki. Dzięki Bogu, posiew był dobry.

25 maja 2004 roku. Pamiętny dzień. Wyjazd do Warszawy.

- Ale jakoś dziwnie, byłam dobrej myśli, wierzyłam, że będzie dobrze - wspomina Ewa. - Czułam to. Pielęgniarka dała mi na noc tabletkę uspokajającą, żebym spała.
Rano, o szóstej, zabrali mnie na blok, lekarze się przedstawili, powiedzieli, co będą robić.

Tylko tyle pamiętam, że o 12, jak mi po operacji rury wyciągali, to bardzo bolało.

Przeszczep

Synowi mieli wszczepiać jej nerkę o 15, ale tego już nie była świadoma. Mąż był przy nim. Operacja przebiegła bardzo dobrze. Nerka od razu na stole operacyjnym podjęła pracę. Łukaszowi nawet nie dawano krwi.

- Po czterech dniach zrobili mi USG i wróciłam do domu, ale długo jeszcze mnie bolało, byłam przecież rozcięta na pół, nie mogłam chodzić. Łukasz szybko doszedł do siebie. Wyszedł ze szpitala po tygodniu.

- No i cóż - Ewa się uśmiecha. - Od tamtej pory jest dobrze. Łukasz skończył gimnazjum, teraz się uczy w liceum. Dobrze mu idzie. Jedyna pozostałość choroby to brak włosów. Wyszły w czasie dializ. Lekarze tłumaczą, że to skutek przeżyć i wyniszczenia organizmu. Miałam nadzieję, że po przeszczepie organizm się zregeneruje i włosy odrosną. Może z czasem. A jeśli nie, trudno. Mogło być gorzej, na serce się przerzucić. Prawda, Łukasz? - Ewa uśmiecha się do syna i całuje go w policzek. - Razem wygraliśmy tę walkę - mówi.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
p.

To bardzo piękne! Jest Pani wspaniałą Matką!

Dodaj ogłoszenie