Maria Wilczek - Krupa - Kilar. Geniusz o dwóch twarzach

Jerzy Doroszkiewicz
Pierwsza pełna biografia niepokornego kompozytora
Pierwsza pełna biografia niepokornego kompozytora Wydawnictwo Znak
Jego muzykę znają kibice, maturzyści, kinomani i bywalcy sal koncertowych. Nie wszyscy znają legendy o tym niezwykłym człowieku.

Takiego właśnie kompozytora – człowieka z krwi i kości, przedstawia w swoje biografii Maria Wilczek-Krupa. Przygotowała rozprawę doktorską o muzyce filmowej Wojciecha Kilara i przeprowadziła z nim szereg rozmów, które złożyły się na biografię „Kilar. Geniusz o dwóch twarzach”.

Dziś tego słowa nadużywa nader ochoczo w stosunku do krawców czy kucharzy, ale jeśli 15-letni chłopak zapisuje nuty w sposób, który zachwyca wielkich nauczycieli kontrapunktu, ten przymiotnik musi być chyba uzasadniony. Życie Kilara naznaczyła II wojna światowa. Urodzony we Lwowie, widział na własne oczy sowieckie okrucieństwo, mógł się przekonać, jak hitlerowcy traktowali żydów, a jego rodzina – jak setki inteligenckich rodzin z wschodnich krańców Polski stała się ofiarami zsyłek. Jak sam się nieraz wypowiadał – komunizmu nienawidził do końca życia. Ale będą c licealistą o nazbyt swobodnym poczuciu humoru wolał zapisać się do Związku Młodzieży Polskiej ni z stać się ubecką ofiarą donosów z powodu młodzieżowych dowcipów politycznych. Szczęśliwie, to polityka i politycy zabiegali o niego częściej, niż on musiał się przed nimi korzyć. Może dlatego niemal do końca lat 70. XX wieku, komponując po kilka ścieżek dźwiękowych do filmów rocznie, odnosząc sukcesy na awangardowym festiwalu Warszawska Jesień, czy zanurzając się w góralskie nuty wraz z „Krzesanym” pomieszkiwał w dwupokojowym mieszkanku w katowickim bloku. Był na stypendium we Francji, widział Stany Zjednoczone, ale wybrał życie w komunistycznej Polsce. Dał jej zresztą sygnał „Dziennika Telewizyjnego”, który do 1989 roku grzmiał z telewizorów. Ze światem polityki związał się dopiero u schyłku życia, kiedy poparł Prawo i Sprawiedliwość, ale umiał odmówić napisania kantaty pochwalnej na cześć prezydenta Gruzji, kiedy zabiegała o to kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Kompozytor wspomina, że już w wieku czterech lat umiał czytać, a miłość do literatury z wysokiej półki – jak „Czarodziejskiej Góry” Tomasza Manna dzielił na uwielbienie prozy Jarosława Iwaszkiewicza czy horroru Stephena Kinga „Christine”, w którym w auto wstępuje zły duch. Zresztą miłość do motoryzacji i najnowszych modeli mercedesa to jedno z najtrwalszych, oprócz palenia papierosów, hobby artysty. Jak wielu – w młodości nadużywał mocno alkoholu, ale dzięki żonie, która pewnego razu, z dnia na dzień odmówiła wspólnego popijania, przez ponad 40 lat życia pozostał zaprzysięgłym abstynentem. Maria Wilczek-Krupa starannie i bez skłonności do sensacji opisuje i zakamarki duszy Kilara i zakamarki jego domu, w którym stałą się tworząc tę biografię, częstym gościem. Jego postać dyskretnie konfrontuje z osobami Krzysztofa Pendereckiego i Krzysztofa Komedy. Pierwszy bał się zaszufladkowania jako kompozytor filmowy i chociaż samemu Stanleyowi Kubrickowi pozwolił na wykorzystanie swojej muzyki w demonicznym „Lśnieniu”, później żałował, że nie skomponował do tak pamiętnego obrazu całej ścieżki dźwiękowej. Z kolei Komeda, zanim nieszczęśliwy wypadek skrócił mu życie, napisał soundtracki do ponad 50 filmów. Kilar od początku lat 60. Miał w Polsce niebywałe wzięcie. Jak pisze autorka – „bo nie wydziwiał, nie przywiązywał się do własnej muzyki, pisał szybko i nie grymasił, był uprzejmy i dotrzymywał terminów”. Dzięki jego talentowi połączonemu z siłą reżyserii Wajdy do dziś cieszy ucho muzyka z „Ziemi obiecanej”, maturzyści tańczą poloneza z „Pana Tadeusza”, a białostoccy kibice pewnie nawet nie wiedzą, że to Wojciech Kilar jest autorem nut do pieśni „W mieście Białystok”, czyli „Pieśni o małym rycerzu” z „Pana Wołodyjowskiego”. Światowi kinomani znają jego muzykę do „Draculi” Coppoli, filmów Polańskiego, na czele z „Pianistą”.

Autorka wydobyła z Kilara mnóstwo anegdot dotyczących powstawania poszczególnych kompozycji. Opisuje też urodziny artysty, które pod koniec życia spędzał zawsze na Jasnej Górze. Medytował w jednej z cel, oczywiście z nieodłącznym papierosem, modlił się, uczestniczył we mszy. Dyskretnie zajmował się też dobroczynnością, a jednocześnie wielbił dobre perfumy i eleganckie stroje. Był szarmancki, ale łatwo wpadał w złość i umiał nieźle przekląć. Budził emocje swoim życiem, ale jeszcze większe swoim kompozytorskim talentem. Tym w świecie popkultury i filharmonii. Barwna, sprawnie opowiedziana historia, która wydarzyła się naprawdę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie