MAGNES Julitta Anna Sleńdzińska - niedoceniony dobroczyńca Białegostoku

Izabela Suchocka (Galeria im. Sleńdzińskich)Zaktualizowano 
„Portret córki” autorstwa Ludomira Sleńdzińskiego z 1942 roku. To ostatni zakup do kolekcji białostockiej galerii. Dzieło firmuje Rok Julitty Sleńdzińskiej. z archiwum Galerii im. Sleńdzińskich
Pojawiła się w Białymstoku niespodziewanie, u schyłku roku 1988. Była osobą samotną, z dalszą rodziną miała sporadyczne kontakty. Zdecydowała się więc przyjąć zaproszenie swojego kolegi z czasów wileńskich, a zarazem równolatka - Witolda Czarneckiego. Boże Narodzenie upłynęło w miłej atmosferze, którą chciałoby się kontynuować. Stąd plany, pomysły, rady - co zrobić z pokaźną rodzinną kolekcją znakomitych dzieł?

Julitta Anna Sleńdzińska była bowiem spadkobierczynią potężnej kolekcji, dorobku czterech artystycznych pokoleń malarzy zakorzenionych w Wilnie co najmniej od drugiej połowy XVIII wieku. Wówczas to Marcin Sleńdziński pełnił zaszczytną rolę burmistrza miasta. Był właścicielem trzech kamienic, w tym jednej przy ul. Wielkiej. W jego domu miał zatrzymać się Adam Mickiewicz po opuszczeniu więzienia. Od jego syna Aleksandra rozpoczyna się artystyczna dynastia. Talent „płynie w żyłach” z kolei jego syna Wincentego i wnuka Ludomira. Talent wszechstronny, bo oprócz plastycznego, również muzyczny i literacki - w przypadku Wincentego.

Sleńdzińscy to polska, szlachecka rodzina z majątkiem w Koczanach na Kowień-szczyźnie. Do przyjaciół domu należeli Stanisław Moniuszko i Józef Ignacy Kraszewski. Aleksander studiował malarstwo na Uniwersytecie Wileńskim u Jana Rustema. Wincenty pojechał na studia do Moskwy. Ludomir kończył prestiżową Akademię Sztuk Pięknych w Petersburgu. Wincenty był powstańcem styczniowym, zapłacił za to sporą cenę - 20 lat wygnania spędził w małych miejscowościach na południu Ukrainy, a na koniec w Charkowie. Z rodziną miał kontakt jedynie listowny. Gdy grywał na skrzypcach w trio muzycznym, nawet nie przypuszczał, że jego wnuczka stanie na profesjonalnych scenach świata. Oczywiście tych dostępnych muzykom „zza żelaznej kurtyny”.

Utalentowana jedynaczkaTo Julitta rozwinęła profesjonalnie muzyczną pasję w rodzinie. Taka była wola ojca, choć ciągnęło ją bardziej do plastyki. Miała talent i najlepszych w Wilnie nauczycieli z prof. Stanisławem Szpinalskim na czele. W wieku 17 lat zagrała swój pełny recital w sali Filharmonii Wileńskiej. A był to koncert biletowany, który doczekał się recenzji prasowych. Naukę pobierała w domu od prywatnych nauczycieli oraz cioci Heleny, nauczycielki gimnazjum warszawskiego.

Chodziła na spacery po Wilnie z ciocią i ukochanym psem Filomeną, kudłatym kundelkiem. A na Kaziuki odwiedzała słynne wileńskie targowisko ze ściskającym sercem spoglądając na marcepanowe cudeńka, których jednak nigdy jej nie kupiono, bacząc by nie rozpuszczać jedynaczki.

Tak, wymagania były wielkie. Całymi godzinami ćwiczyła gamy i pasaże na fortepianie, później francuski, pływanie, rower. W tym chciała być dobra, wszak od lat rywalizowała ze swoim kolegą (chrześniakiem taty) i rówieśnikiem, Tusiem Woźnickim. Ale to była zdrowa rywalizacja. Tuś uważał, że jest bardzo ładna, zgrabna i inteligentna, ale nie można jej niczym imponować, bo staje się oziębła. Wspaniałe są pamiętniki Tusia - Tadeusza, opisujące wojnę z perspektywy nastu lat. Musiał szybko wydorośleć zmagając się ze śmiertelną wówczas gruźlicą, dzielnie podtrzymując na duchu matkę - malarkę Marię Woźnicką, która była załamana nie tylko chorobą syna, ale również aresztowaniem i zniknięciem męża Stanisława. Tuś zmarł w wieku niespełna 15 lat, w 1941 roku. Julitta z rodzicami odprowadziła go na cmentarz, a kilka lat później, w marcu 1945, z okien pociągu żegnała ukochane Wilno. Tam zostało jej dzieciństwo, ukochane zaułki i uliczki.

Z Krakowa na konkurs chopinowskiWielkanoc 1945 roku spędziła u dobrych znajomych rodziny w Lublinie, rodzice pojechali na rekonesans do Krakowa, gdzie musieli na nowo urządzić swoje życie. Ludomir Sleńdziński otrzymał propozycję pracy od dawnego znajomego, prof. Adolfa Szyszko-Bohusza. Przyjął ją po namyśle. Kraków oferował lepsze możliwości kształcenia muzycznego córki niż Toruń, gdzie pojechał niemal cały Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, którym kierował jako dziekan. Być może pocieszał go również fakt, że będzie bliżej ukochanych Tatr, miejsc corocznych wypoczynków letnich.

Załatwienie formalności, potrzebnych papierów i świadectw, zajęło niemal rok. Julitta podjęła studia w 1946 roku w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie w klasie prof. Henryka Sztompki, ucznia Paderewskiego. Fakt że pianista ten był zamiłowanym chopinistą, zaważył z pewnością na tym, że Julitta wzięła udział w przesłuchaniach konkursowych wyłaniających polską ekipę na pierwszy powojenny konkurs chopinowski w 1949 roku. Trafiła do wybranej dziesiątki i rozpoczęły się półtoraroczne przygotowania pod okiem najlepszych polskich specjalistów. To był wspaniały czas, choć okupiony wieloma wyrzeczeniami. Nieomal nie odrywała rąk od klawiatury. Co trzy miesiące musiała prezentować swoje postępy przed wymagającą komisją.

Lato przed konkursem spędziła w Łagowie. Dawny zamek joannitów, uroczo ulokowany wśród lasów, jezior i łąk cały został zawładnięty przez pianistow, pedagogów oraz filharmoników poznańskich. Młodzi muzycy pozbawieni wszelkich trosk mieli zająć się po prostu ćwiczeniem. Do ich dyspozycji była kadra nauczycielska, orkiestra, z którą odbywali próby, nawet radio zaoferowało pomoc, robiąc nagrania, które ułatwiały przeprowadzanie korekt. Z oddalonego o 140 km Poznania zwieziono 26 fortepianów koncertowych. Każdy uczestnik kursu i każdy pedagog miał w swoim pokoju instrument. Ostatnie tygodnie przed konkursem uczestnicy spędzili w salonach mody wybierając garderobę wieczorową oraz na występy w ciągu dnia. Nie stawiano żadnych ograniczeń finansowych. Odzież ta służyła jeszcze przez wiele „chudych”, powojennych lat.

Sam konkurs był niezwykle trudny. Uczestnicy zakwaterowani w warszawskich hotelach mieli do dyspozycji fortepiany i niczym ptaszki w klatkach czekali na pojawienie się męża zaufania. Tylko on znał numer z losowania przypisujący kolejność występów. Każdego dnia mógł pojawić się z informacją: jutro pani występuje. Julitta, jak się później okazało, wylosowała numer ostatni (61), czekała więc najdłużej. Przed występem przyplątało się przeziębienie i nadwyrężenie nadgarstka. 5 października 1949 - to nie był jej dzień, nie przeszła do finału. Otrzymała wraz z dwoma innymi uczestnikami dyplom i premię dla najlepszych, niezakwalifikowanych uczestników II etapu. Jednak wspomnienie tych przygotowań i występu na zawsze pozostanie w jej pamięci jako coś ważnego i cennego, a zarazem trudnego.

Pierwszy koncert w Białymstoku
W tym samym roku po raz pierwszy odwiedziła Białystok. Na jesienny recital chopinowski przyjechała z ciocią Heleną. Miejscowa prasa napisała: „Utalentowana ta pianistka potrafiła wykazać dużą wrażliwość zarówno na piękno brzmienia, jak też i na piękno utworu. Muzyka Chopina w jej interpretacji miała dużo romantycznej poezji i ciepła. Wykonane w II-giej części koncertu Scherzo b-moll publiczność nagrodziła burzliwymi oklaskami”.

Julitta Sleńdzińska studia kontynuowała w Warszawie u prof. Jerzego Żurawlewa, inicjatora konkursów chopinowskich. Ukończone z wyróżnieniem otworzyły jej drogę do kariery naukowej. Pozostała na uczelni. Ukończyła aspiranturę muzyczną u prof. Szpinalskiego. Niemal całe swoje zawodowe życie pracowała jako pedagog w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie. Jako wykładowca fortepianu była dwukrotnie na kontraktach w Belgii, m.in. w Królewskim Konserwatorium Muzycznym w Brukseli. Niestety, jej małżeństwo nie wytrzymało tej próby.

Powrót do korzeni
I właśnie tam za granicą, kiedy mniej koncertowała, powróciła do marzenia z młodości. Zaczęła malować, początkowo wodnymi farbami, później również techniką olejną. Próbki jej poczynań można obejrzeć na wystawach. Ale to było marginalne zajęcie, choć zaowocowało ekspozycją w Galerii Zamkowej w Warszawie. Julitta nieprzerwanie koncertowała w kraju i poza nim. Nagrywała audycje radiowe i telewizyjne. Była bardzo aktywna zawodowo. Poszukiwała mniej znanych utworów, które opracowywała, a nawet sama komponowała. Niestety, zapisy tych etiud się nie zachowały.

Grywała niemal wszystko, ale najbliższe jej sercu były utwory starych mistrzów polskich, włoskich i czeskich z XVI i XVII wieku oraz tych współczesnych: Bartoka, Prokofiewa, Strawińskiego, Szymanowskiego.

W połowie lat 60. ubiegłego wieku odkryła klawesyn. Najprawdopodobniej zainteresowanie muzyką dawną doprowadziło ją do tego, niemal zapomnianego wówczas, instrumentu. Pasja była na tyle silna, że zdarzyło się jej nie dotrzeć na egzamin. Poszukiwała po całej Warszawie kontaktu z przebywającą wówczas w Polsce francuską klawesynistką Aimée Van de Wiele. Po dwóch latach starań w Ministerstwie Kultury, udało jej się wyjechać do Włoch, do prof. Ruggero Gerlina - ucznia Wandy Landowskiej, która jest uznawana za wskrzesicielkę klawesynu. Niemało trudności musiała pokonać, aby w Stanach Zjednoczonych zakupić klawesyn za zarobione w Belgii dewizy. To kopia francusko-flamandzkiego instrumentu z połowy XVIII wieku.

Spełnić życzenie ojca
Z klawesynem była związana przez niemal 20 lat. Gdy przyjechała z całą kolekcją do Białegostoku w 1988 roku, już nie koncertowała. Stan zdrowia jej na to nie pozwalał. A przy tym cała zaprzątnięta była realizacją prośby ojca, aby nie rozproszyć kolekcji. Była absolutnie świadoma, że jest to część polskiego dziedzictwa narodowego. Jej ojciec był wszak obok Ferdynanda Ruszczyca najwybitniejszym przedstawicielem wileńskiego środowiska artystycznego w dwudziestoleciu międzywojennym. Po wielu trudnościach i dramatycznym pogorszeniu zdrowia, umierała w 1992 roku ze świadomością, że rada miasta Białegostoku powołała instytucję, o którą tak walczyła - Galerię im. Sleńdzińskich.

Po 25 latach działalności - w 2017 roku, w którym mija także 90. rocznica urodzin donatorki - instytucja obchodzi Rok Julitty Sleńdzińskiej. Każdego miesiąca, w niedzielę, punktualnie w południe, przy ul. Waryńskiego będzie rozbrzmiewał klawesyn Julitty.

Koncertowe obchody Roku Julitty Sleńdzińskiej
Z okazji Roku Julitty Sleńdzińskiej przygotowano cykl comiesięcznych koncertów, na których wystąpi czołówka polskich klawesynistów. Będą się odbywały w niedzielne południa w siedzibie przy ul. Waryńskiego 24 a.

„Julitta Sleńdzińska in memoriam”:
12 lutego, godz. 12: „Dialogi na instrumenty klawiszowe.” Koncert na klawesyn i fortepian. Duet Siostry Gajeckie: Aleksandra Gajecka-Antosiewicz i Hanna Balcerzak

12 marca, godz. 12:
„Muzyka klawesynowa XVII i XVIII wieku: Folia, Chaconna, Fandango”. Recital klawesynowy - Elżbieta Stefańska

9 kwietnia, godz. 12:
„Fryderyk Julitty. Ulubione utwory F. Chopina”. Recital fortepianowy - mistrz i uczeń: prof. Robert Marat i Cezary Karwowski

7 maja , godz. 12:
„Barok po niemiecku - Georg Friedrich Händel”. Recital klawesynowy - Lilianna Stawarz

11 czerwca , godz. 12:
„Klawesynowe silva rerum”. Recital klawesynowy - Urszula Bartkiewicz

30 lipca , godz. 12:
„Imieniny Julitty”. Ilustrowany recital na klawesyn i skrzypce: Anna Krzysztofik-Buczyńska, Amadeusz Buczyński & familia

17 września , godz. 12:
„Ortodoksja i fantazja, czyli klawiatura jako wehikuł czasu”. Koncert mówiony - Marcin Zgliński

15 października , godz. 12:
„Le Clavecin Moderne - współczesna polska muzyka klawesynowa”. Recital klawesynowy - Alina Ratkowska

19 listopada , godz. 12:
„Jesienna podróż po barokowej Europie”. Recital klawesynowy - Ewa Mrowca

10 grudnia , godz. 12:
„Dedykuję Julitcie”. Recital klawesynowy Władysława Kłosiewicza, najwybitniejszego ucznia z klasy prof. Julitty Sleńdzińskiej

Festiwal Muzyki Dawnej
30 lipca - 6 sierpnia
Inauguracja festiwalu: koncert plenerowy łączący muzykę dawną ze współczesną muzyką elektroniczną. Wykonawcy m.in.: Anna Urszula Kucharska - klawesyn, Przemek Ostaszewski (Osmo Nadir) - efekty audiowizualne, instrumenty elektroniczne.

Ponadto

A działania w przestrzeni miejskiej i wirtualnej

Galeria z okazji tych obchodów przygotowała widoczne już w przestrzeni miejskiej logo, plakaty, folder koncertowy. Na Facebooku jest także fanpage poświęcony Julittcie sleńdzińskiej.Konkurs Plastyczny „Mój Pamiętnik” zostanie poświęcony Julitcie, podobnie jak specjalna lekcja muzealna „Lita o sztukę pyta” z kartą edukacyjną.

polecane: Flesz: Pszczoły wymierają. Czy grozi nam głód?

Wideo

Materiał oryginalny: MAGNES Julitta Anna Sleńdzińska - niedoceniony dobroczyńca Białegostoku - Kurier Poranny

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3