MAGNES. Andrzej Kłak: Nikt nie liczy się z naszym zdaniem

Redakcja
Andrzej Kłak w Białymstoku gościnnie występuje w spektaklu wyreżyserowanym przez Jacka Jabrzyka „Trans-Atlantyk”, który wystawiany jest na scenie Teatru Dramatycznego
Andrzej Kłak w Białymstoku gościnnie występuje w spektaklu wyreżyserowanym przez Jacka Jabrzyka „Trans-Atlantyk”, który wystawiany jest na scenie Teatru Dramatycznego Wojciech Wojtkielewicz
Zwolniono go z pracy, gdy grał przedstawienie dla dzieci, m.in. dla swojej córeczki. Wypowiedzenie miał odebrać przy toalecie. Andrzej Kłak opowiada o trudnej sytuacji w Teatrze Polskim we Wrocławiu

W Białymstoku w czasie premiery „Trans-Atlantyku” wyszedł Pan do widowni z zaklejonymi taśmą ustami. Aktor Piotr Szekowski odczytał apel protestujących aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu, w którym Pan pracuje. Co Pan czuł w tym momencie?
Andrzej Kłak: To było zaskakujące. We Wrocławiu wychodząc do braw z zaklejonymi ustami czujemy moc, tym bardziej, że dostajemy też ogromne wsparcie publiczności. W Białymstoku byłem jednak osamotniony. Naprawdę zrobiło mi się ogromnie smutno. Dotarło do mniej, w jak bardzo żenującej jesteśmy sytuacji i co nam zafundował urząd marszałkowski we Wrocławiu i nowy dyrektor Cezary Morawski. Dla mnie to sytuacja bardzo przykra emocjonalnie. I bardzo obciążająca. Dziękując aktorom z Białegostoku poczułem duży zastrzyk energetyczny. Wsparcie płynie z całej Polski. Koledzy aktorzy i koleżanki aktorki nie mają nic przeciwko temu, a nawet sami proponują, by odczytać ze sceny ten apel.
Czego wyrazem jest zaklejanie ust? We Wrocławiu praktykujecie to od kilku miesięcy.
Na ten gest decydują się aktorzy, który protestują przeciwko decyzji urzędników o powołaniu na stanowisko dyrektora Cezarego Morawskiego. Protest zaczęliśmy 1 września, wtedy oficjalnie weszliśmy w spór zbiorowy. Ten gest to wyraz tego jak nas, aktorów potraktowano – odebrano nam możliwość jakiegokolwiek głosu. Nikt kompletnie nie liczył się z tym, co zdecydowana większość – ok. 90 procent zespołu aktorskiego – miało do powiedzenia. Poczuliśmy się kompletnie zignorowani i postanowiliśmy właśnie w ten sposób wyrażać swoją dezaprobatę.
Tuż przed świętami jednak sytuacja się zmieniła.
W ubiegłym tygodniu wręczono mi wypowiedzenie. Pan Morawski postanowił przyjść w trakcie spektaklu „Dzieci z Bullerbyn”, na korytarzu, przy toalecie wręczyć mi, Marcie Ziębie i Annie Ilczuk wypowiedzenia. Ania jest moją partnerką, w teatrze była prywatnie z naszą 2,5-letnią córką ponieważ po spektaklu mieliśmy razem kupić choinkę. Dyrektor zablokował wyjście Ani, a pan kierownik administracyjny Tadeusz Tworek wręcz posunął się do fizycznego zatrzymania Anny, która trzymała dziecko na rękach. Odbyła się awantura, w której używałem, owszem, niecenzuralnych słów pod adresem Morawskiego, ale nie byłem w stanie zareagować inaczej. Siłowe wręczanie wypowiedzeń aktorom, którzy nie byli w stanie dokończyć spektaklu w sposób w jaki powinni, na korytarzu przy toalecie jest zwyczajnie chamskie. Małe, słabe, żenujące. Musieliśmy uzmysłowić Morawskiemu, że to powinno się odbyć w gabinecie. Tym bardziej na dwa dni przed Wigilią. Nieludzkie. Po południu odebraliśmy wypowiedzenia w gabinecie. Kim trzeba być, żeby sobie na takie rzeczy pozwalać? Jakim człowiekiem?

O tym, że Cezary Morawski zamierza Pana zwolnić, dowiedział się Pan pracując w Białymstoku nad spektaklem „Trans-Atlantyk”. Czy ta przykra wiadomość w jakiś sposób odbiła się na pracy?
Dowiedziałem się o tym na dzień przed premierą. To oczywiście boli. Jednak gdy mam zadanie do wykonania i ode mnie w jakimś stopniu zależy funkcjonowanie innych aktorów na scenie, to trzeba się odciąć od trudnych myśli, trzeba się wyłączyć. To wszystko dotarło do mnie tak naprawdę tuż po zakończonym spektaklu, gdy przypomniałem sobie o tej taśmie. Atmosfera pracy we Wrocławiu jest fatalna. Dyrektor przez media informuje nas o zwolnieniach „za nielojalność”, nie wpuszcza nas na konferencję. To nie jest twórcza atmosfera. Szczególnie w sytuacji, gdy mam zagrać radosne przedstawienie dla małych widzów. Robię to z pełnym profesjonalizmem, także po to by znaleźć w sobie jakąś pozytywną energię i motywację, ale generalnie to mocno obciążające.

Jakich argumentów dyrektor używa mówiąc o zwolnieniach?
Załatwia to przez media i wysyłając pisma do związków zawodowych. Tak naprawdę nigdy nie próbował podjąć bezpośredniej rozmowy o sytuacji w teatrze. Na pierwszym spotkaniu dla całej załogi powiedział tylko, że nie podobają mu się działania części zespołu. Niektórych aktorów zaprosił na rozmowy indywidualne. Na pytanie czy chcą pracować w tym teatrze wszyscy odpowiadali twierdząco. Mówił, że to go cieszy i nie zamierza nikogo zwolnić. W międzyczasie jednak zmienił zdanie.
Przy zwolnieniach podaje całą listę zarzutów. W moim przypadku to np. list otwarty, który we wrześniu opublikowałem na portalu e-teatr. Prostowałem w nim jego słowa. Pan Morawski mówił o tym, że protestuje tylko grupka aktorów, a faktycznie wtedy to było 75 procent zespołu aktorskiego, do tego także inni pracownicy. Uznał, że podżegam publiczność do buntu. Paradoksalnie można uznać, że zwolnił mnie za kontakt z publicznością. Problemem dla pana Morawskiego jest nawet udostępnianie na Facebooku artykułów, które poruszają sprawy naszego teatru. Jego zdaniem to działanie na szkodzę instytucji i dyrektora.

Można to uznać za ograniczanie wolności słowa.
Dlatego właśnie zaklejamy sobie usta. Każdemu pracownikowi przysługuje prawo niezgody z dyrektorem i krytykowania decyzji. Nigdy nic brzydkiego o panu Morawskim nie powiedziałem. Mam natomiast prawo mówić o tym, że jesteśmy z nim w sporze zbiorowym, który nota bene ewidentnie lekceważy.

Sytuacji we Wrocławiu przygląda się cała Polska. Przeciwko czemu protestujecie?
Decyzja urzędników o powołaniu pana Morawskiego na stanowisko dyrektora była największym błędem. Reżyserzy, którzy świadczyli o poziomie tego teatru odwołali swoje prace. Krystian Lupa wycofał się z przygotowania „Procesu”. Ewelina Marciniak, która miała zakontraktowany projekt jeszcze z poprzednią dyrekcją, powiedziała, że rezygnuje. Wiele osób wzięło udział w internetowej akcji „Od dzisiaj nie reżyseruję w Teatrze Polskim we Wrocławiu”. Przez ten konflikt aktorzy sami odchodzą. Innych próbuje zwolnić. W takim przypadku utrzymanie jakiegoś poziomu jest niemożliwe. To tak, jakby operator wózka widłowego został szefem Microsoftu, wyrzucił wszystkich programistów i powiedział, że od teraz firma produkuje liczydła i maszyny do pisania i z uporem maniaka powtarza, że to są komputery. Cezary Morawski szczyci się tym, że zaprasza na naszą scenę gościnne występy amatorskiego teatru z Tarnowa. Pomijam fakt, że jest to teatr narodowo-katolicki. Najistotniejsze jest to, że to teatr nieprofesjonalny. To zupełnie sprzeczne z profilem naszego teatru.

Dlaczego uważa Pan że powołanie Morawskiego na to stanowisko było błędem?
Jeśli ktoś chce zostać dyrektorem konkretnego teatru, to ma świadomość jaki jest jego charakter, jaką ma renomę, famę i zespół aktorski. Naturalnym wydawało mi się, że najpierw trzeba poznać tych ludzi i specyfikę tego miejsca. Pan Morawski jest człowiekiem znikąd. Świat trochę o nim zapomniał, kojarzył jedynie z serialu i afery finansowej w ZASP-ie (sąd uznał, że jest winny narażenia związku na ponad 9 mln zł strat – przyp. red.). Nie do końca jest jasna jego kariera w Akademii Teatralnej w Warszawie. Morawski od początku wiedział, że zespół go nie chce, wiedział, że spotka się z jawnym oporem. Mimo to postanowił zostać tym dyrektorem. On nie ma pojęcia o tego typu teatrze, bo go nigdy nie uprawiał.

Wspiera Was duża część środowiska teatralnego, ale też publiczność, która tłumnie przychodzi na spektakle.
Zbuntowała się od samego początku. Nasi widzowie są bardzo aktywni, założyli nawet specjalne stowarzyszenie, organizują dyskusje. Afera służy frekwencji. Na spektakle uznane za kultowe przychodzi mnóstwo osób. Obawiają, że nie zdążą ich już zobaczyć.

Nie ma Pan wrażenia, że to co się dzieje w pańskim teatrze jest odbiciem tego co dzieje się w całej Polsce? Wszystkich problemów i ogromnych podziałów w naszym społeczeństwie?
Oczywiście, że tak. Wiem, że nasze środowisko to tylko jakiś ułamek i obiektywnie rzecz biorąc dla większości społeczeństwa to nie jest aż tak istotne. Trzeba jednak pamiętać, że to kultura buduje tożsamość każdego narodu. Myślę, że dyrektor Morawski postanowił działać podobnie jak dyrektor Polskiego Radia, czyli zwalnia niewygodnych pracowników. Kiedy dowiedział się, że konferencję prasową przyszli także aktorzy, automatycznie przeniósł ją do swojego gabinetu. Wpuścił tylko dziennikarzy. Podobnie przecież zachowali się posłowie PiS, którzy przenieśli obrady do sali kolumnowej. Chciałbym powiedzieć, że jest to początek końca, że rządzący nie będą mieli odwagi dalej się posunąć. Obawiam się jednak, że sytuacja może się jeszcze zaostrzyć. Charakter posła Kaczyńskiego, który zachowuje się jak maniak i furiat, wskazuje na to, że będzie szedł w zaparte. Obyśmy tylko nie doczekali się żadnych powtórek z historii.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie