Magistrackie posadki

    Magistrackie posadki

    Andrzej Lechowski

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Leon Barucki dogląda uroczystości 11 Listopada. Około 1930 roku.

    Leon Barucki dogląda uroczystości 11 Listopada. Około 1930 roku. ©Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.

    W Białymstoku mieliśmy etatowego latarnika i mistrza ceremonii miejskich.
    Leon Barucki dogląda uroczystości 11 Listopada. Około 1930 roku.

    Leon Barucki dogląda uroczystości 11 Listopada. Około 1930 roku. ©Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.

    Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy, przepadł bez wieści...". Państwo doskonale wiecie, kto napisał te słowa, prawda? Ale nie wiecie tego z pewnością, że i w Białymstoku mieliśmy w magistracie etatowego latarnika. No, może nie zależał od niego los statków, ale z pewnością dzięki jego pracy zmalała w mieście ilość rozkwaszonych nosów, obtłuczonych grzbietów, wyrwanych wraz z połą palta portfeli itp.

    Jednym z najpopularniejszych białostockich latarników miejskich był niejaki Żukowski.
    Zatrudniono go w 1883 r. Co wieczór przemierzał ulice miasta, wspinał się na słupy i zapalał karbidowe lampy. Pech chciał, że w lutym 1913 r. czy to słup był śliski, czy może myśl latarnika krążyła gdzieś daleko (vide wersja Sienkiewicza), zdarzyło się, że spadł biedak ze słupa, potłukł się dotkliwie i połamał sobie cztery żebra. Nie było mowy o tym, aby następnego dnia zapalił uliczne latarnie. Magistrat, nie troszcząc się o los Żukowskiego, najął nowego latarnika. O starego, znanego wszystkim, upomnieć się musiała tak zwana opinia publiczna.

    Widać, że latarnik białostocki to etacik z nazwy śmieszny, ale jakże był potrzebny i zaskarbiał sobie wdzięczność obywateli.

    Jakże inaczej traktowali wszyscy miejskiego inspektora do spraw wszy (tak, tak!)
    Działo się to już w 1916 r., pod okupacją niemiecką. Wydano specjalną instrukcję, na mocy której do łaźni Pawła Szumskiego przy ulicy św. Rocha prowadzono raz w tygodniu całą dziatwę szkolną (nauczycieli też). Rozbierano tam wszystkich do rosołu, ubrania "parowano na sucho", a delikwentów dezynfekowano i polewano wodą (instrukcja mówiła o ciepłej, ale kto by tam wszystkiego doczytał).
    Bywały też przypadki, że i para przepaliła niejedną koszulę, a co gorsza, gatki. No i jak tu wracać do szkoły? Na domiar złego po Białymstoku krążyły patrole sanitarne i wyłapywały "zawszone fizjognomje" i lu do Szumskiego. Nic dziwnego, że białostoczanie nie darzyli wszawego inspektora sympatią. Ale to przecież był okupant, to i magistrat był wrogo nastawiony do obywatela.

    Jak nastała niepodległość, to jedną z ciekawszych i zawsze na czasie, posadek był etat mistrza ceremonii miejskich. Przypadł on w udziale nauczycielowi Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta, Leonowi Baruckiemu. Ten energiczny, jakże charakterystycznie ubierający się jegomość ustawiał w należytym szyku defilady i manifestacje. Baczył, aby orkiestra należycie dęła i sztandary rozwinęły się kiedy trzeba. Słowem - 11 Listopada czy 3 Maja - bez różnicy - porządek musiał być!

    Białostoczanie przyzwyczaili się do fanaberii etatowych swojej władzy. Mało tego, w sposób twórczy rozwinęli tę myśl. Oto w maju 1931 r. niejaka Chores Kustin, mieszkająca na Nowym Świecie, wychodząc za sprawunkami z domu, uprzedziła służącą, aby ta nikogo nie wpuszczała do mieszkania. Ledwo za panią Chores zamknęły się drzwi, to pojawił się schludnie odziany mężczyzna z teczką pod pachą i oświadczył, że jest magistrackim kontrolerem od wilgoci. Musi więc zbadać wszystkie ściany w mieszkaniu i w ogóle rozejrzeć się po nim. Co było robić, magistrat to tak jak i dziś, rzecz święta.

    Efektem tych służbowych czynności było zniknięcie z szafy koszul i sukienki. Pani Kustin, już w trakcie policyjnego dochodzenia, wyceniła to wszystko na 60 zł, podejrzewając, że i służąca była na "etacie" magistratu (ta sukienka!?). W wyniku policyjnego śledztwa, okazało się, że naiwnych zrobionych "na magistrat" to i spora szafa się nazbierała.

    Cóż, drodzy Państwo. Latarnika u nas nie trzeba, inspektora od wszy też (chyba?) nie, przed wilgociobadaczami to niech Opatrzność broni, ale coś na mieście mówią, że w magistracie zatrudniać będą speców od...

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo