Lotnisko Krywlany. An-2, czyli Andromeda latała nad...

    Lotnisko Krywlany. An-2, czyli Andromeda latała nad Białymstokiem

    Alicja Zielińska azielinska@poranny.pl tel. 85 748 95 45

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Andromeda latała 37 lat

    Andromeda latała 37 lat ©Archiwum

    Ten samolot AN-2 przeszedł do historii Aeroklubu Białostockiego. Po raz pierwszy wzbił się w niebo w lipcu 1973 roku. Nazwę Andromeda wymyślił mu uczeń szkoły budowlanej. I Andromeda latała 37 lat, aż do 2010 roku.
    Andromeda latała 37 lat

    Andromeda latała 37 lat ©Archiwum

    W latach 70 i 80 Aeroklub Białostocki był w szczytowym okresie rozwoju. Od wiosny do późnej jesieni, od świtu do zmroku lotnisko na Krywlanach tętniło życiem. Startowały i lądowały samoloty, skakali skoczkowie spadochronowi, próbowali swoich sił młodzi modelarze a doświadczeni szlifowali swoją formę na zawody. Przylatywały tu też samoloty z Polski i zagranicy. Dziś dalsza część wspomnień Jana Jagodzika, wieloletniego kierownika Aeroklubu Białostockiego.

    Jedna z barwnych opowieści dotyczy samolotu AN-2, znanego przez ponad 30 lat jako Andromeda.

    - Był początek lat 70. - opowiada Jan Jagodzik.. - Władze wojewódzkie przydzieliły nam dwa miliony złotych na zakup samolotu AN-2. Miał on polepszyć komunikację z powiatami: Grajewo, Ełk i Suwałki, leżącymi na północy ówczesnego województwa białostockiego. A ja jako kierownik Aeroklubu dostałem zadanie kupić samolot. Nogi się pode mną ugięły, gdy usłyszałem o tej decyzji. W tamtych czasach, w początkach lat siedemdziesiątych, to było porywanie się z motyką na księżyc. Dzwonię do kolegów w Warszawie, a oni wprost: "Jasiu, czyś ty zwariował, jak ty kupisz samolot"?

    - Ratujcie - proszę, bo będzie kompromitacja. "Jest szansa", ktoś powiedział, ale trzeba jechać osobiście do dyrektora WSK Mielec.

    Co miałem robić, oczywiście pojechałem do Mielca. Dyrektor poprosił mistrza i powiedział: wykonacie jeden samolot więcej w czynie społecznym dla tego lotnika, wskazał na mnie. Ten skinął głową, że oczywiście. Jednak musieliśmy czekać dwa lata. Wreszcie samolot przyleciał do Białegostoku. Gazeta Białostocka ogłosiła konkurs na nazwę. Spośród wielu propozycji, jakie napłynęły wybrano imię Andromeda, od mitycznej królowej przemienionej po śmierci przez bogów w gwiazdozbiór nieba północnego. Wymyślił je Piotr Mingielewicz, uczeń II klasy Zasadniczej Szkoły Budowlanej.

    8 lipca 1973 roku - jak czytamy w Gazecie Białostockiej - odbyła się uroczystość nadania nazwy. Matką chrzestną była Irena Szyrkowiec, najlepsza absolwentka Wydziału Lądowego Wyższej Szkoły Inżynierskiej (Politechniki). A napis narysował Mikołaj Skurat. Padły słowa tradycyjnej formułki: lataj wysoko i daleko, rozsławiaj Białostocczyznę, nadaję ci imię Andromeda. Akt symbolicznych chrzcin uświetniła butelka szampana rzucona o śmigło. Po krótkiej chwili za sterami Andromedy zasiadł szef Aeroklubu pilot Jan Jagodzik, który zaprosił na honorowy przelot.

    Jak się okazało samolot kosztował więcej, bo 2,6 mln zł, ubezpieczenie 80 tys. zł. Szkolono na nim pilotów (jako że maszyna miała podwójne urządzenia sterowania), skoczków spadochronowych, wożono nim też wycieczki za stosunkowo niewielką opłatą. Andromeda więc zarabiała dla Aeroklubu. Latała do 2010 roku. Potem została sprzedana. Oczywiście że przechodziła modernizację, zmieniano silnik, ale nazwa wciąż była ta sama.

    Potem jeszcze - jak odnotowano w sprawozdaniach - zakupiono samolot Wilga, dwa szybowce Cobra, szybowiec Jantar, motoszybowiec Ogar, traktor do transportu szybowców na start, samochód Żuk. A także radiostacje samolotowe i szybowcowe, 10 spadochronów ratowniczych, urządzenie do zdalnego sterowania modelu latającego.

    W latach 80. Aeroklub Białostocki posiadał w sumie 32 szybowce i 15 samolotów oraz około 100 spadochronów ratowniczych szkolnych i wyczynowych.

    - Kiedy lataliśmy bardzo intensywnie, to latem dziennie wykonywaliśmy od 200 do 240 startów i lądowań samolotów i szybowców. Kierownik lotów musiał mieć głowę na sprężynie. 20 kursantów - każdy wykonywał maksymalnie sześć lotów dziennie. Cały czas był ruch - podkreśla Jan Jagodzik. - Mieszkańcy z okolicy nieraz narzekali na hałas, ale kiedy następowała przerwa, to bywało, że dzwonili z pytaniem, co się stało, że nikt na Krywlanach nie lata - dodaje z uśmiechem.

    - To nie było puste pole, jak niektórzy potem określali. Kapitanowie w LOT, piloci w wojsku stawiali swoje pierwsze kroki właśnie w Aeroklubie Białostockim. Miałem ogromną satysfakcję, kiedy w Dęblinie salutowali mi oficerowie. Ja ich nie poznawałem, a oni podchodzili do mnie i mówili, że szkolili się na Krywlanach.

    Latanie jest wielką pasją. Żeby to zrozumieć trzeba wsiąść w samolot. Odrywasz się od ziemi i masz poczucie zupełnej wolności. Samolot niesie ciebie w przestworza, a jeszcze bardziej szybowiec, on śpiewa swoim gwizdem, rozmawia z tobą. Ja do dziś pamiętam swój pierwszy lot - mówi z sentymentem Jan Jagodzik. - Widzę kształt chmur nade mną, szarość ziemi, od której się oderwałem. I pamiętam tę wielką radość, że mogę lecieć. To wspaniałe uczucie.


    Czytaj e-wydanie »
    Zaplanuj wolny czas - koncerty, kluby, kino, wystawy, sport

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (9)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (9) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo