"Kwartet dla czterech aktorów" Marka Tyszkiewicza, czyli partytura na całe życie [KONKURS]

Krzysztof Puławski, tłumacz literatury z Instytutu Neofilologii UwB
„Kwartet dla czterech aktorów” w Operze i Filharmonii Podlaskiej ma zmienną obsadę. Grają w nim  m.in. (na zdjęciu od lewej) Miłosz Pietruski, Marcin Gaweł, Maciej Nerkowski oraz Bartłomiej Łochnicki
„Kwartet dla czterech aktorów” w Operze i Filharmonii Podlaskiej ma zmienną obsadę. Grają w nim m.in. (na zdjęciu od lewej) Miłosz Pietruski, Marcin Gaweł, Maciej Nerkowski oraz Bartłomiej Łochnicki Michał Heller / OiFP
Wystawiony przez OiFP i wyreżyserowany przez Marka Tyszkiewicza „Kwartet dla czterech aktorów” to dramat pod wieloma względami niezwykły. I gdyby nie wcześniejsza „Łysa śpiewaczka”, a także utwory francuskich surrealistów i rosyjskich OBERIU-tów, można by go uznać za wręcz rewolucyjny.

Bogusław Schaeffer niszczy w tym tekście to wszystko, do czego przyzwyczaił nas ukształtowany na Scribie mieszczański teatr. Można powiedzieć, że w ogóle niszczy nasze przyzwyczajenia... Zamiast dobrze skrojonej sztuki, mamy więc serię bezsensownych działań, a następnie próby rozmów, które choć czasami mają jakieś wewnętrzne sensy, to do niczego nie prowadzą.

Widz dostaje więc cząstki, kawałki rzeczywistości, które sam musi sobie poskładać. Schaeffer każe nam narzucać własne sensy całej sztuce (zapewne w podwójnym sensie tego słowa) i zastanawiać się, czy mamy do czynienia z czterema muzykami, którzy próbują stworzyć jakieś dzieło, czy może po prostu z czterema osobami, które próbują się jakoś dogadać, a może w ogóle z historią ludzkości, która od bezsensownych działań przechodzi do jeszcze bardziej bezsensownych dialogów. Tutaj nawet to, co ma wewnętrzne pozory spójności, rozbija się o ostateczną całkowitą arbitralność, a to co wysokie, miesza się z chamstwem i trywialnością. Jest to oczywiście świadomy zabieg. Dzięki temu tekst odbija wieloznaczność rzeczywistości, jej amorficzność, której my tylko narzucamy sensy, zapominając, że często to nie my mówimy słowa, ale słowa nas mówią.

Poza tekstem rozpadają się też wszelkie działania. Nawet te, które są okupione olbrzymim wspólnym wysiłkiem, przynoszą absurdalne efekty, o czym świadczy wspólne wykonanie pieśni o rękach. Pamiętajmy jednak, że ręce to symbol pracy i przyjaźni (o czym niegdyś przypominały PRL-owskie plakaty), ważne więc, by przynajmniej jedna z tych rąk nie śmierdziała… Właśnie w ten, może nieco okrężny sposób Schaeffer dekonstruuje rzeczywistość.

Trzeba jednak powiedzieć, że właśnie do tego przyzwyczaił nas teatr w ciągu ostatnich 20 lat, nawet w Białymstoku. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie takie spektakle jak grane przez Teatr Malabar „Ćwiczenia stylistyczne” czy „Tarantulę” z Akademii Teatralnej i wystawione niedawno w Teatrze Dramatycznym „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”. Wyraźnie jednak widać różnice. „Kwartet…”, tak jak „Łysa śpiewaczka” Eugčne Ionesco, jest tragedią języka i to język jest głównym bohaterem sztuki. Język oficjalny ściera się w nim z językiem potocznym, to, co finezyjne, z dosadnością. Mamy tu werbigerację, jak również potrzebę częstochowskiego rymowania, która ujawnia się przy różnych okazjach. I oczywiście jest to niezwykle zabawne, co pozwala łatwiej pogodzić się ze wspomnianą dekon-strukcją języka oraz rzeczywistości, z jaką mamy do czynienia w tym spektaklu. Tak, to prawda, że nie potrafimy się spotkać, wspólnie działać, porozumieć, że ciągle powtarzamy te same gesty, zdania, słowa, że mówimy nielogicznie, nieskładnie, bezładnie, ale… jakie to śmieszne!

Właśnie humor jest mocną cechą tego dramatu. Nie tylko ten werbalny, ale też sytuacyjny, dzięki czemu aktorzy mają nie tylko dużo do powiedzenia, ale też do pokazania. Muszą udowodnić, że trzeba naprawdę sporo się nagadać, żeby nic nie powiedzieć i naprawdę dużo nachodzić, żeby nigdzie nie dojść. A ramy tych wszystkich działań wyznacza numer cyrkowy, bo to właśnie cyrk był naczelną sztuką dawnych państw wschodniego bloku.

Czas spytać, jak Schaeffer wypadł w Operze i Filharmonii Podlaskiej? Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do wystawienia właśnie tej sztuki. Nawet kameralna scena opery wskazywała, że mamy do czynienia z czymś wysokim. I z tym większą przyjemnością schodziliśmy do tego, co bardziej przyziemne i podstawowe. Pomagał nam w tym reżyser, który nie tylko doskonale zrozumiał sztukę w jej pierwotnej, PRL-owskiej wersji, ale też potrafił ją w atrakcyjny sposób pokazać współczesnej widowni. Dotyczy to zwłaszcza ruchu scenicznego z jego całkowitą płynnością i naturalnością, ale też dialogów, które rozbrzmiewały tak samo zadzierżyście i dwuznacznie jak dawniej. W dodatku przy minimalnej scenografii, ograniczającej się do czterech krzeseł i ekranu, który anonsował początek i koniec spektaklu.

Doskonale sprawdzili się też aktorzy w podstawowym czteroosobowym składzie. I jeśli można tu kogoś wyróżnić, to przede wszystkim Marcina Gawła i to ze względu na to, jak parodiował Andrzeja Grabowskiego – subtelnie, ale z wyraźnym wskazaniem na tego aktora.

Było to jednak jedyne nawiązanie do tego, co ze sztuką robił Jan Peszek z braćmi Grabowskimi. W operze zabrakło czasu na dowolność i reinterpretację Schaeffera. „Kwartet…” stał się na białostockiej scenie satyrą na dawny oficjalny język wraz z jego nie do końca zrozumiałymi obecnie meandrami. Dowiadujemy się na przykład o nieznanych obecnemu młodemu pokoleniu dewizach, które są „wizą do d…” i obawiam się, że cały ten dowcip tonie gdzieś pod warstwą patyny.

I właśnie nawiązania do współczesności zabrakło chyba najbardziej w tym spektaklu. Jest on niewątpliwie bardzo dopracowany formalnie, zwłaszcza jeśli idzie o ruch sceniczny (brawa dla reżysera), a także sposób podania niełatwego tekstu, ale też wydaje się tkwić korzeniami w poprzedniej epoce. Przecież tekst Schaeffera ma charakter otwarty! Jednak w spektaklu w OiFP jedynym współczesnym akcentem wydawał się „zapach kebaba” i uwagi na temat samej opery.

A przecież główną siłą tej sztuki wydaje się to, że rozbija oficjalny język i w ogóle sposób patrzenia na życie, jako rodzaj czekającej nas wszystkich, świetlanej utopii. Kiedyś był to język PRL-u, a także artystowski język dyskusji o sztuce. Obecnie mógłby to być coraz bardziej brutalizujący się język polityki: język „zdradzieckich mord” i białego, które wcale nie jest białe, tak jak czarne nie jest czarnym, a także oksymoronicznej „totalnej opozycji”, która chyba coraz mniej nas śmieszy, bo właśnie nie trafia w takie miejsca, gdzie można by się z niej śmiać… Ale także język internetu: fejsbuka czy wszechobecnego hejtu.

W białostockiej inscenizacji pozostał on językiem dawnych czasów, który wciąż może bawić, a także skłaniać do przemyśleń, ale brak w nim tego waloru świeżości, który charakteryzował niegdyś tekst Schaeffera. Z jednej strony, wydaje się, że szkoda tego, co można by uzyskać właśnie poprzez improwizacje i odwołania do naszego obecnego życia. Z drugiej, dramat Schaeffera w interpretacji Marka Tyszkiewicza rysuje się jako rodzaj tekstu ponadczasowego, który zawsze będzie bawił i dotykał ważnych kwestii, niezależnie od czasów i ich języka. Pozostanie więc partyturą na całe życie. I być może już teraz możemy sobie zacząć wyobrażać, jak doskonali Marcin Gaweł, Bartłomiej Łochnicki, Maciej Nerkowski i Miłosz Pietruski, a także Tomasz Bacajewski i Daniel Lasecki zagrają tę sztukę za 30 lat.

Spektakl na małej scenie OifP wystawiany jest w piątek, 8 grudnia o godz. 10.00 oraz w sobotę i niedzielę, 9-10 grudnia o godz. 18.00. Dla naszych Internatów mamy dwuosobowe zaproszenia na sobotni spektakl. Otrzymają je osoby, które najciekawiej uzasadnią dlaczego chcą obejrzeć tę sztukę. Na odpowiedzi czekamy w czwartek, 7 grudnia pod adresem akopec@poranny.pl. W treści maila należy podać imię, nazwisko i nr kontaktowy. Nagrodzimy najciekawsze argumentacje.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3