Kultura jako produkt, czyli o klikaniu, cacaniu i pieniądzach

Jerzy Szerszunowicz [email protected]
3 września 2004. Pomazana długopisem  przez Andrzeja Federowicza, białostockiego posła Ligi Polskich Rodzin, ekspozycja w galerii Arsenał.
3 września 2004. Pomazana długopisem przez Andrzeja Federowicza, białostockiego posła Ligi Polskich Rodzin, ekspozycja w galerii Arsenał. Archiwum
Białystok stał się częścią "globalnej wioski", a całą kulturę, nie tylko białostocką, ale i polską przeobraziły w sposób istotny dwa czynniki: upowszechnienie się internetu i fundusze unijne. I to one spowodowały rewolucję zarówno wśród zachowań konsumentów, twórców, czy tzw. kreatorów kultury.

Kultura także wpadła w sieciowy wir. Nie miała wyjścia, od lat miliony konsumentów żyją w świecie kultury bez pogłębionych analiz - w kulturze "lajków" i "hejtów". Stwierdzenie niegdyś ironiczne, dzisiaj jest prawdą fundamentalną. Lajki lub ich brak decydują o wartości dzieła, o zainteresowaniu mediów, a nawet o funduszach na realizację projektów kulturalnych.

Na portalach społecznościowych wynosi się na panteon, strąca w niebyt, prowadzi kampanie promocyjne i nagonki, sprzedaje, kupuje, wyznaje miłość, tworzy i niszczy. Niewiele tu miejsca na namysł, rozwagę, merytoryczne argumenty. Wypowiedzi dłuższe niż kilka zdań "zaśmiecają" konwersację - językowe i wizualne śmieci robią zawrotne kariery. Wiele z nich etykietuje się mianem sztuki. "Szczerość", a właściwie zanik wszelkich zasad intymności, jest normą. Teksty klasyków sąsiadują z ujawnieniami treści żołądka (co właśnie zjadłem, bądź czym akurat wymiotuję).

Palenie metryk i głupa

By zaistnieć w tym nowym środowisku, kultura musiała się do niego dostosować. Jej twórcy, na równi ze sprzedawcami patelni i ekshibicjonistami różnej maści, stanęli do śmiertelnego boju o uwagę gawiedzi. Śmiertelnego, a w każdym razie bardzo nierównego, bo tylko nieliczne wytwory kultury są w stanie sprostać w wirtualnym ringu kociętom, szczeniętom, żółwikom, niemowlakom, cudom natury i urody, sportom ekstremalnym i ekstremom ludzkiej głupoty pod hasłem "sprytny pomysł na…".

Opisywanie tych konwulsyjnych zabiegów twórców, popularyzatorów i sprzedawców kultury to temat na powieść rzekę. Przykładów jest zapewne miliony, ale zasada ciągle ta sama: tak zapakować gorzkie lekarstwo (kultura), by smakowało jak cukierek i zwabiło chore na nudę dziecko (również to z czwartym krzyżykiem na karku). Choć bardzo się staramy, skuteczność tych zabiegów bywa niewielka. Bo konsumenci przestali wstydzić się swoich prawdziwych potrzeb i gustów. W efekcie "Ona tańczy dla mnie", a właściwie dla nich, czyli studentów na Juwenaliach. Można ironizować i się wykrzywiać, ale rozsądniej byłoby szybko nauczyć się zarzucać bioderkiem w rytm skocznej melodyjki. Jak poucza klasyk "trzeba z młodymi naprzód iść". Trzeba być młodym, bo w sieci starzy są z góry przegrani. W kulturze, i to nie tylko lajkowo-hejtowej, też. Ludzie kultury, zawsze odrobinę narcystyczni, zrozumieli to w lot. W efekcie jesteśmy świadkami dość powszechnego zjawiska "palenia metryk" (a przy okazji bywa, że i głupa ). Nikt na nic nie jest za stary. Młodość, witalność i stosowny image jest niemal przymusem. Animator kultury w marynarce to żena (dawniej: żenada).

Było o trendach ogólnych. Czas pochylić się nad lokalnym podwórkiem. Programowo unikam operowania nazwiskami, tytułami, nazwami imprez; nie zamierzam ferować ocen. Zależy mi na tym, by zwrócić uwagę na pewne zjawiska w lokalnej kulturze, a ominąć szerokim łukiem piekiełko porównań, pochwał i przygan. Wiadomo, że każdy dostawca "produktów" kultury stara się najbardziej, jest kreatywny nieograniczenie, jego działa są prekursorskie, a wyniki oszałamiające. Nie ma sensu raz jeszcze udowadniać wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia. Cenzurki wystawi historia. Bez trudu, bo spisane będą czyny i rozmowy, a właściwie lajki, hejty i czaty. A więc, co się w naszej miejskiej kulturze zmieniło, a co na wschodzie pozostało bez zmian? Poniżej kilka prób odpowiedzi - z założenia niepełnych, stronniczych i nie roszczących sobie prawa do nieomylności. Ja po prostu "nie ogarniam".

Kto ogarnia?

Nie wiem. Nie znam. Za to mam podejrzenie, że najbardziej nie ogarniają ci, którzy z ogarniania, czyli porządkowania, analizowania i oceniania rzeczywistości kulturalnej żyją. Treść recenzji zbyt często jest "donosem": piszący donosi czytelnikowi, że coś zobaczył i że poruszyło go to lub nie. Streszczenie wypadków i związanych z nimi własnych (lub zasłyszanych) wrażeń zastępuje opartą na faktach, lecz z zasady gatunku subiektywną ocenę. Bywa też, że trudno odróżnić recenzję od tekstu promocyjnego. Najczęściej zaś mamy do czynienia z nowym gatunkiem - cacaniem.

Według internetowego (a jakże!) słownika PWN "cacy" to pieszczotliwy synonim słów "ładny, dobry". Jeszcze w czasach, gdy pracowałem w "Kurierze Porannym" karierę zaczęło robić pojęcie patriotyzmu lokalnego. Po okresie smuty, gdy wstydziliśmy się śledzia na języku i nie afiszowaliśmy się za mocno z informacjami o miejscu urodzenia czy zamieszkania, przyszedł czas na pokolenie "dumnych z Białegostoku". Godna wszelkich pochwał idea leczenia lokalnych kompleksów szybko zyskała grono wyznawców.

Skutkiem ubocznym tej rewolucji tożsamościowej był właśnie cacyzm. Skoro jesteśmy dumni z własnego gniazda, to nie możemy do niego… Wiadomo. Krytyka jest niepoprawna kulturalnie. Recenzent, który rzuciłby się z motyką na któreś ze słońc lokalnej kultury, uznany zostanie za szkodnika i gasiciela kaganka, a dobity posądzeniem o brak kompetencji. I słusznie: nie mamy dziesięciu teatrów, tylko… Na wszelki wypadek zmilczę, bo podając konkretną liczbę niechybnie kogoś obrażę. Podobnie nie mamy pięciu galerii sztuki współczesnej, dwóch oper i dwudziestu muzeów. A skoro nie mamy, to kopanie w którejkolwiek z wymienionych placówek, byłoby bestialstwem porównywalnym do polowania na zwierzęta z Czerwonej Księgi Gatunków Zagrożonych…

Zmarły niedawno Andrzej Jakimiec pouczał mnie swego czasu, że nawet w beznadziejnym przedstawieniu można znaleźć dobre momenty i od nich zacząć recenzję. Zgoda. Pod warunkiem, że się na tym nie poprzestanie. Bo wtedy… Wiadomo: wszystko jest ładne, dobre, a ludzie życzliwi i uśmiechnięci. Wzrasta liczba lajkowań i udostępnień, przybywa "przyjaciół". Czego więcej chcieć? Tylko czasem, gdy raz na kwartał (uwaga! cacyzm) trafi się jakiś kawałek dziennikarskiego "mięsa", to wzruszam się szczerze. Wspominam z łezką w oku te soczyste obelgi, jakimi przed laty poprzedzano i kończono moje nazwisko w niejednych kuluarach.

Money, money money…

…must be funny. I jest. Najbardziej zabawne jest to, że niegdysiejsze boje o wartości, zastąpiły batalie o kasę. Jeżeli ktoś dzwoni (ćwierka czy posty zamieszcza) na kulturalną trwogę to - niezależnie od wzniosłej argumentacji - źródłem lamentu jest kasa. Dokładnie brak kasy, jej pozbawienie lub pominięcie przy podziale. Rzecz jasna zawsze nieuzasadnione, niesłuszne, krzywdzące etc. W każdym razie takie wrażenie można odnieść na podstawie doniesień medialnych. W sumie nic dziwnego: statystyczny odbiorca, za przykładem Adama Nowaka z "Raz Dwa Trzy" ma w nosie "że kelner coś przeżył". Co innego, gdy nakradł, sprzeniewierzył, pozbawiono go napiwku lub stołka. To już się nadaje na "kulturalnego" newsa.

Ta zmiana ma wiele dobrych następstw. Choćby takie, że w białostockich galeriach i innych przybytkach sztuki można w zasadzie pokazywać to, co się chce i jak się chce. Bez obawy, że jakaś samozwańcza komisja od "obrazy uczuć" wkroczy na salony sztuki zbrojna w długopis i zacznie siec po dziełach. Przedstawienia nie wypadają już z repertuarów teatrów ze względu na treść. Teraz katem sztuki nie jest cenzor, lecz brak "fanu". I dobrze, bo wolność i sztuka to dobrana para. Źle, bo trudno jest w Białymstoku znaleźć grono i okoliczności, w których można byłoby porozmawiać o wystawie, książce, filmie, spektaklu. Porozmawiać o jakości "produktu", a nie o tym, ile kosztował i kto przy tym zarobił.

Nowi operatorzy sektora kultury

Skoro mowa o kasie, to przede wszystkim o unijnej. To w dużej mierze dzięki niej na białostockim ryneczku kultury pojawili się (lub niebawem pojawią się) nowi operatorzy, czyli nowe instytucje. Mowa o Centrum im. Ludwika Zamenhofa, Operze i Filharmonii Podlaskiej Europejskim Centrum Sztuki, Muzeum Pamięci Sybiru i Galerii Arsenał z siedzibą w dawnej Elektrowni (szyld pozostanie, ale skala będzie nieporównywalna z dotychczasową). Największe emocje budzi Opera. Niestety, znów głównie za sprawą kasy i związanych z nią skandali, a nie jakości oferty.

Jak już zaznaczyłem, nie zamierzam się zajmować sensacjami i ocenianiem samych instytucji. Ważniejszy od doraźnych połajanek, tudzież ochów i achów jest fakt, że po latach posuchy jakiekolwiek nowe instytucje kultury w ogóle powstały. Nikt nie kwestionuje faktu, że wznosząc nowe osiedla, trzeba w okolicy zbudować też szkołę, przedszkole, jakieś sklepy, a obowiązkowo drogi dojazdowe i parkingi. Potrzeba dodania do tego zestawu domu kultury po 1989 roku przestała być oczywistą oczywistością. Przed kilkoma laty, gdy radni miejscy zastanawiali się nad powołaniem Centrum im. Ludwika Zamenhofa, jeden z uczestników spotkania postawił dramatyczne pytanie: "Jeżeli dzisiaj pozwolimy na Centrum Zamenhofa, to za rok czy dwa znów ktoś zechce utworzyć kolejną instytucję kultury. I co wtedy?...". Kultura, przynajmniej ta spoza kręgu festynów na świeżym powietrzu, traktowana jest jako kosztowna fanaberia. Czasem przydaje się jako narzędzie "uświetniania". Przekonanie, że może i powinna być chlebem powszednim, częścią życia każdego człowieka, nie jest powszechne zarówno wśród odbiorców, jak i twórców.

Muszki jętki i dojne krowy

Pisząc o nowych podmiotach tworzących miejską kulturę, osobny akapit należy poświęcić NGO, czyli organizacjom pozarządowym (tzw. trzeci sektor). Stowarzyszenia i fundacje kulturalne, raczkujące w początkach lat 90. XX w., obecnie stały się poważnym graczem na kulturalnym boisku. Statystyczny obywatel o istnieniu kulturalnych NGO dowiaduje się zazwyczaj wtedy, gdy dochodzi do jakiegoś konfliktu czy akcji mającej na celu wywarcie presji na lokalnych "organach". Te ostatnie to Urząd Miejski i Urząd Marszałkowski - dysponenci funduszy, o które w ramach różnych programów grantowych ubiegają się NGO. Najczęściej bój idzie o to, żeby fundusze wykrawane z urzędowych budżetów były większe.

Jednak szum w mediach i walka o środki na działalność to rzeczy drugorzędne wobec merytorycznego wkładu NGO w rozwój białostockiej kultury. Lokalne organizacje pozarządowe konkurują o pieniądze z NGO i instytucjami kultury z całego kraju. Konkurencja wymusza kreatywność. Dodatkową motywacją bywa i to, że od zdobycia grantu zależy nie tylko realizacja projektu, ale i sytuacja osobista wnioskodawcy (nie każdy trzeciosektorowy animator kultury ma dodatkowe źródła dochodów). To zupełnie inny rodzaj motywacji, niż u pracownika instytucji. Różnic pomiędzy "grantojedami" (jak pieszczotliwie z rosyjska nazywa się pozarzadówkę) i instytucjami jest znacznie więcej. Czasami ich wzajemne kontakty przypominają spotkanie obcych cywilizacji. Lista obustronnych zarzutów i animozji jest długa, choć oficjalnie skrzętnie skrywana. Dla instytucji stereotypowo postrzegany NGO to taka mucha jętka jednodniówka: realizuje projekt i umiera, a właściwie hibernuje się do czasu otrzymania kolejnego grantu. Oczywiście w masie muszek nie brakuje organizacji istniejących od wielu lat, realizujących cykliczne projekty, które trwale wpisują się w ofertę kulturalną miasta. Jednak stereotyp jest jaki jest. Z kolei dla NGO instytucja to rodzaj dojnej krowy - przeżuwacza, któremu samorząd co roku zapewnia pełny żłób (dotacja podmiotowa), który jest (jak to krowa) niezbyt rączy, mało zwrotny, pozbawiony pasji i kreatywności. Być może z takich stereotypów bierze się krytyczna i często roszczeniowa postawa NGO wobec instytucji. Instytucje odpłacają wytykaniem działaniom NGO nietrwałości, niekonsekwencji i "projektozy" (projekt powstaje nie po to, żeby zrobić coś sensownego, tylko żeby dostać grant).
Wbrew pozorom te wzajemne tarcia i wyścigi o "lepszość" nie są niszczące - przeciwnie, to czynnik kulturotwórczy. Konkurencja zmusza do aktywności, do podnoszenia kwalifikacji, do stawiania na kreatywność. Obie strony uczą się od siebie, co w efekcie podnosi ogólny poziom produkcji kulturalnej miasta.

Gdzie są młodzi zdolni?

Wyjechali do Warszawy (ewentualnie innych aglomeracji). Taka odpowiedź padała przez ostatnie 25 lat i niewiele straciła na aktualności. Jeżeli nawet na terenie miasta działają młodzi, zauważalni w skali ogólnopolskiej twórcy, to jest to obecność czasowa. Bardzo nieliczne i zazwyczaj odnoszące się do pewnych nisz w kulturze są przypadki twórców stale związanych z Białymstokiem, a odnoszących sukcesy w kraju.

Z zatrzymywaniem młodych-zdolnych jest trochę tak, jak przez lata z reprezentacją Polski w piłce kopanej. Młodzików miewaliśmy niezłych, za to "dorosłą" reprezentację taką, jak każdy widział. Jednak po mnożonych po wielekroć "siedmiu latach chudych", wygraliśmy z Niemcami. Wypada mieć nadzieję na podobny przełom w lokalnej kulturze. Tym bardziej, że "produkcja" młodych zdolnych trwa w różnych, nie zawsze docenianych miejscach. Potem ich losy toczą się według znanego schematu: wyjeżdżają, robią kariery, niektórzy nawet próbują wrócić, ale - jak w futbolu - nie udaje się stworzyć reprezentacji. Może taki to już los wschodnich metropolii naszego pięknego kraju: geniusze się tu rodzą, a potem znikają w "sinej dali". Jeżeli już wracają, to po to, by dokonać swoich dni w spokoju i na łonie ciągle jeszcze nie zatrutej natury.

Szansą na zmianę było ESK 2016. "O mały włos" nie zostaliśmy Europejską Stolicą Kultury - przynajmniej w sferze marzeń i ambicji. Czy ESK rzeczywiście było szansą dla Białegostoku? Opadliśmy w pierwszym etapie. Przetrawienie tego doświadczenia mogło nas wiele nauczyć, wpłynąć na urealnienie polityki kulturalnej miasta. Jednak zamiast refleksji skupiliśmy się na dowodzeniu - i to głosami skądinąd inteligentnych i wykształconych osób - jak bezsensowny był nasz start i jak marny projekt. Komentarz zbyteczny.

We have a dream…

W desperackim rzucie na taśmę, czyli zgłoszeniu kandydatury Białegostoku do ESK 2016, można dostrzec próbę przepędzenia innego jeszcze fatum kultury lokalnej. Na imię mu Mega Event. A dokładnie brak owego giganta. Marzy nam się impreza rangi ogólnopolskiej, najlepiej europejskiej, albo i światowej. Festiwal przez duże "F". Festiwal czego? To już nie jest takie istotne. Bo czegóż to stolicą Białystok jeszcze nie był? Po wielu przymiarkach do Mega - choćby tych filmowych czy muzycznych - pozostało głównie rozczarowanie. Aktualnie jesteśmy chyba stolicą tańca lub może teatru lalkowego. Proszę nie łapać mnie za słowa, mogę mieć nieaktualne dane. Sytuacja zmienia się dynamicznie, a prace nad Mega są wciąż od nowa podejmowane. Co kilka lat na horyzoncie pojawia się impreza, która ma szansę osiągnąć gabaryty z marzeń. Bodaj najlepszym na dzisiaj kandydatem jest Up To Date. Poprzedni pretendenci kończyli różnie: jedni nie opuszczali nawet bloków startowych, inni tracili ciąg w trakcie biegu (brak kasy, brak wiary), najliczniejsi obrośli w tłuszcz i w tym dobrostanie skapcanieli. Poszukiwanie przyczyn i winowajców nie ma większego sensu - są zazwyczaj znani, a przyczyny za każdym razem te same. Potrafimy marzyć, ale uparcie nie chcemy zrozumieć, że spełnianie marzeń to ciężka harówka. I działanie zespołowe.

Pewien wódz Indian, albo inny mądry człowiek mawiał: jedno plemię jest jak jeden suchy patyk, który złamie nawet dziecko - wiązki suchych patyków nie złamie największy mocarz. Kulturalne plemiona Białegostoku powinny się zjednoczyć. Sieć towarzyska powinna się przekształcić w sieć kompetencyjną. Powinniśmy przestać lajkować się i hejtować na portalach i w realu, a zamiast tego odważyć oceniać i poddawać ocenie. Tylko w ten sposób da się przezwyciężyć podstawową dysfunkcję lokalnej kultury, którą trafnie wyraża porzekadło "każdy sobie rzepkę skrobie". Łatwo powiedzieć. Ale jednak, wbrew wszystkiemu, pokonaliśmy Niemców, więc…

25 lat Kuriera Porannego

9 stycznia 1990 roku ukazał się pierwszy numer naszej gazety. Zerowy wyszedł tuż przed Bożym Narodzeniem, jeszcze w roku 1989 , w którym zaczęła się transformacja ustrojowa w Polsce. Wspólnie z Czytelnikami uczestniczyliśmy w życiu gospodarczym, kulturalnym, politycznym miasta i regionu, przechodząc jako gazeta również różne przemiany. To była długa i ciekawa droga. Dzisiejszy tekst jest kolejnym z cyklu, w którym zapraszamy Państwa do wspomnień. Pierwszy, o zmianach w gospodarce w regionie, ukazał się 19 grudnia.

A 9 stycznia 2015 roku w jubileuszowym wydaniu "Kuriera Porannego" przypomnimy naszą redakcyjną 25 letnią historię.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie