Krzysztof Szubzda - śmiertelnie poważny satyryk (zdjęcia, wideo)

Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Doroszkiewicz
Krzysztof Szubzda - satyryk
Krzysztof Szubzda - satyryk Wojciech Wojtkielewicz
Krzysztof Szubzda szykuje się do promocji swojej najnowszej książki ”O życiu ze śmiertelnie poważnym humorem”. Czy twórca kabaretu, osoba, która bawi tłumy na imprezach masowych, może pisać poważnie? Spróbujmy się tego dowiedzieć.

Skąd wziął się pomysł na książkę?

Krzysztof Szubzda: Zwykle autorzy chodzą do wydawnictw, a one mówią nie, a w tym wypadku było odwrotnie. Pan Andrzej Kalinowski od trzech lat kręcił się koło mnie i mówił, że trzeba coś wydać. Co prawda miałem ambicję, żeby popełnić pierwszą w życiu fabułę. Pan Kalinowski powiedział, że na fabułę za wcześnie i że jestem winny społeczeństwu swoje śmieszne, wesołe, radosne spojrzenie na świat i zrobiliśmy zbiór felietonów. Trochę wydłużonych i może poważniejszych. Ale w szufladzie i w sercu noszę się z fabułą i myślę, że kiedyś to nastąpi.

Tytuł to rodzaj kabaretowej przekory?

Skoro w dzisiejszych czasach satyrykowi można trochę więcej powiedzieć, spojrzałbym na to pod roboczym tytułem: „A co, jeśli to prawda?”. Nawet to była jedna z propozycji tytułu, ale uznano ją za mało chwytliwą.

To prawda. No to kim tak naprawdę czuje się Krzysztof Szubzda?

Nie czuję się satyrykiem, ale mam poczucie, że dorobiłem się takiej etykietki. Nie wstydzę się tego, ma to swoje dobre strony. Czuję, że już nie chcę być takim żartownisiem, Stańczykiem, ale z drugiej strony nie wiem, kim chciałbym być i czy mogę funkcjonować tak zupełnie na poważnie. Ostatnio dostałem zamówienie od warszawskiego teatru, żeby spróbować napisać sztukę teatralną zupełnie na serio. I zrobiłem to w stu procentach na serio. I tak była traktowana, dopóki ktoś nie wyguglował, kim jest Krzysztof Szubzda. Jak to się stało, momentalnie w tej sztuce dostrzeżono elementy farsy. Żartuję, że jakbym się nawet podpisał pod jakimś mniej znanym dziełem Dostojewskiego, to mogłoby się okazać, że to jest niezłą satyra. Mówię, to trochę z bólem, ale wiem że tak działa świat.

Ale zaliczkę dali?

Nie dali, bo trochę sam się naprosiłem, żeby pisać… Uznałem, że jak dostanę takie potwierdzenie ze stolicy, że Szubzda jest poważny to będzie mi łatwiej. Ale nie narzekam, bo skoro mam etykietkę żartownisia, to nawet jak powiem słaby żart, jest uznawany za fajny, bo powiedział to Szubzda.

A żarty z nazwiska są dobre?

Ja nie żartuję.

To pytam poważnie - jeśli w Sokółce jest taka znana poetka Leonarda Szubzda, to ktoś może przez pomyłkę stwierdzić, że też pisze satyryczne wiersze?

Nie wiem czy aż tak działa moje nazwisko. Myślę, że pani Leonarda dawno, dawno temu dorobiła się swojego statusu, ale czasem ludzie mnie pytają czy to nie rodzina.

To przerażające, bo ludzie zamiast wiedzy realnej mają taką… internetową.

I w dodatku narzuconą. Jeżeli komuś się powie - Szubzda jest śmieszny, to nikt tego nie weryfikuje. Na szczęście rośnie nowe pokolenie, które nie pamięta mnie z czasów kabaretu.

Ale sobie właśnie wygugla!

No właśnie. I pomyśli, że do końca nie można ufać temu panu. Doszedłem do wniosku, że jeśli kiedyś napiszę poważną książkę, to chyba będę musiał się ratować pseudonimem.

Satyryk to poważniejsze słowo niż kabareciarz?

Pan Kalinowski uznał, że kabareciarz brzmi tak płocho. Kabareciarz- kobieciarz - tak to skojarzył. Satyryk to trochę poważniej.

Jak się prowadzi setki imprez, to może najlepsze byłoby takie słowo angielskie entertainer - zabawiacz?

Fajne, ale staramy się unikać tych angielskich słów, a zabawiacz po polsku brzmi słabo. Nie miałbym natomiast nic przeciw, żeby wrzucić mnie do worka z Johnem Oliverem. To facet, który prowadzi satyryczny program na HBO. Korzystając, że jest takim wariatem, niepoważny, to właśnie mówi więcej. Niektórzy już w Anglii zaczynają twierdzić, że prawdziwe dziennikarstwo jest u niego, bo klasyczni dziennikarze już coraz mniej mogą powiedzieć.

To pewnie przez tak zwaną poprawność polityczną?

Tak, a satyryka ta poprawność nie obowiązuje.

Książka jest trochę zbiorem felietonów. To najtrudniejszy i najbardziej ulotny gatunek - szybko traci aktualność.

Niektóre z nich krążyły tylko w internecie i nie każdy mógł do nich dotrzeć. A skoro wydanie zaproponował pan Andrzej Kalinowski, znany w świecie wydawców, to postanowiłem skorzystać z okazji.

W tych felietonach Krzysztof Szubzda sporo się obnaża, dużo pokazuje ze swojego prywatnego życia.

Nie chciałem, żeby były pisane na takim mega wygłupie, tylko żeby było w nich trochę lekkiej powagi. Te obnażenia pokazują, że nie na śmiechu się tu wszystko kończy, żeby w czytelniku dzwoniło pytanie, a co jeśli ten satyryk, wariat, Stańczyk, nie żartuje?

O to to. Na przykład taki cytat: „Dziś zastanawiam się dwa razy, zanim cokolwiek kupię, bo wiem, że w trakcie następnej przeprowadzki, trzeba to będzie przenieść” - to paradoksalnie świetny pomysł na życie „zero waste”.

To przyszło mi do głowy we wrześniu 2018 roku, kiedy się przeprowadzałem. To przykład żartu odczytany jeden do jednego, może być potraktowany jako wygłup, a jeżeli ktoś będzie chciał poszukać poważniejszego dna, to się w nim dopatrzy.

A kabareciarza to całe „zero waste” nie bawi, że wszystko trzeba wykorzystać, niczego nie wyrzucać, nie marnować. Przecież wtedy nam ten produkt krajowy nie będzie rósł?

Oczywiście, że kabareciarz ma pokusę obśmiewania wszystkiego, by być cynicznym. Można to zrobić dla żartu albo jakiejś słuszniejszej sprawy. Nie chcę brzmieć moralizatorsko, że w tych tekstach uczę, wyjaśniam, podpowiadam jak żyć - absolutnie nie. Moją cichą ambicją jest, by przynajmniej promil czytelników tej książki w łagodny satyryczny sposób dotarł do poważniejszego i bardziej intrygującego przesłania. W przypadku tego żartu zadał pytanie o nasz niepohamowany konsumpcjonizm, który powoduje, że przy przeprowadzce trzeba wyrzucić tony książek do kontenera co jest normalne, ale jest i lekko dołującym przeżyciem, kiedy się słucha jak dudnią Żeromski i Konopnicka, bo skupują tylko Sienkiewicza.

Czy ciągle jeszcze śmieszą Polaków żarty z nadużywania alkoholu?

Bez dwóch zdań.

Czy jest jakiś sposób, żeby odmówić picia, nie obrazić proponującego tak by obydwaj wyszli z honorem?

To tekst bardzo mocno oparty na moich doświadczeniach konferansjerskich. Każde środowisko łączy ta chęć do wypicia. Kiedyś porwałem się na taki ambitny, antypolski plan, żeby przeżyć tydzień jako abstynent, to natknąłem się na bardzo dużo problemów. Kiedyś dostałem zamówienie, żeby powiedzieć stand up na Białorusi, jedyny w swoim życiu. I właśnie miał być przetłumaczony ten o odmawianiu picia. Białoruscy tłumacze mieli bardzo poważny problem z przetłumaczeniem słowa „abstynencja”. Uznali, że w języku białoruskim to bardzo słabo brzmi, kojarzy się z końcem, ze śmiercią, jako life style, pomysł na życie w ogóle się nie tłumaczy! To było bardzo wymowne.

To jest jakiś sposób, żeby tego picia odmówić? Niech czytelnik ma z tej rozmowy coś praktycznego.

Chyba tylko metoda „zdartej płyty”. Jeśli ktoś potrafi powiedzieć 30, 40, 50, 60 razy nie, to pewnie mu się to kiedyś uda. Ja aż tak skutecznie nie działam i przy którymś razie ulegam, ale w ogóle mam problemy z asertywnością.

Co jest większym wyzwaniem - odmawianie picia czy prowadzenie konkursów piękności, szczególnie dla zdrowego mężczyzny?

Och, w tym wypadku ulega się zupełnie innym słabościom, czasem jedno łączy się z drugim. Zabawnie jest obserwować je od zaplecza.

Są propozycje dla prowadzącego?

Z najciekawszą spotkałem się w naszej podbiałostockiej wsi, które słyną z gościnności. Kiedyś przyjechałem na występ tuż po nagraniu telewizyjnego porannego programu. Wstałem o czwartej rano, a wiedziałem że będzie dużo alkoholu, więc trzeba się przygotować. Zapytałem organizatorów, czy mógłbym gdzieś przez dwie godziny gdzieś się przespać. Myślałem, że wyrażam się jasno. Ale oni zrozumieli to inaczej i niebawem pojawiła się pani Marta „do przesłuchania, bo nieźle śpiewa”. Na konkursach mi się to nie przydarzyło, ale widziałem jak wielu innych ulegało podobnym słabościom.

Nie mogę uwierzyć - opisuje Pan wybory miss zakładów mięsnych?

Wiem, że trudno w to uwierzyć, i że najlepiej bym to udowodnił, gdybym powiedział, które to zakłady mięsne, ale rzeczywiście coś takiego z 15 lat temu na Podlasiu się wydarzyło. Mam świadka w postaci Jacka Janowicza, który razem ze mną prowadził tę imprezę.

To ciągle życie przerasta kabaret?

Ciągle tak jest. Kiedy kabareciarze opowiadają mi, o czym media donoszą, to bardzo często jest taki komentarz: „My pięć lat temu o czymś takim mówiliśmy na „Ryjku”, czy na „Pace” (nazwy festiwali kabaretowych - przyp. red.).

Jak tak ludzie napatrzą się na tego dowcipnego konferansjera, to później nie zawracają głowy, że chcieliby pogadać, usłyszeć coś zabawnego?

Myślę, że ludzie widzą we mnie tego entertainera i nie interesuje ich moja prywatność. Kiedyś spędziłem noc, nie ukrywam że przy alkoholu, z bardzo znanym kabareciarzem i zobaczyłem, że on już w ogóle nie funkcjonuje prywatnie. Jest już tylko postacią, grepsuje. Też próbowałem się do niego dokopać, ale pozostał w sferze takich żartów. Może to jest zdrowe? Często ludzie lepiej ode mnie wiedzą, kim jestem.

Ale tłumaczenie felietonowe takiej bankietowej gadki, czyli small talk to według Krzysztofa Szubzdy…

„Pier...enie o Szopenie”. Mam alergię na small talk, a niestety często muszę w tym brać udział. Na szczęście bardzo często na bankietach bywam w towarzystwie Magdy Gołaszewskiej. Ona mnie w cudowny sposób od tych obowiązków small talkowych odciąża, ale bywa czasem tak, że pójdzie po sałatkę i zostaję bezradny wobec kogoś, kto podchodzi i pyta: a co tam, jak tam? Jak się na to pytanie odpowiada - znajdą państwo w książce.

I to jeden z lepszych powodów, żeby ją przeczytać i przemyśleć. Te wszystkie teksty pokazują, że w Polsce nic nie jest normalne - naprawdę w szpitalu dziecięcym trzeba spać na podłodze?

Skoro rozmawiamy szczerze, to nie przydarzyło się mnie, ale opowiedział mi kolega z Poznania. Możemy odetchnąć z ulgą, że w Białymstoku jest lepiej. Jego żona też nocowała przy dziecku na podłodze, ale to wyglądało pięknie i wzruszająco, kiedy matka leży na podłodze. Kiedy leży ojciec, to uruchamia się cała feeria skojarzeń, co robił pół godziny temu i co go zwaliło na podłogę. Szczegóły w książce.

Jak to było z audiodeskrypcją. W CV to tak pięknie wygląda, a w felietonie zupełnie inaczej?

My ludzie, w ogóle mamy taką tendencje, ze wszystkie piękne rzeczy umiemy fantastycznie zepsuć. Audiodeskrypcję bardzo fajnie wspominam. Przypomnijmy, to taka narracja, która pomaga osobom niewidomym oglądać filmy. Z 12 lat temu zrobiłem pierwszą audiodeskrypcję kinową, później były seriale, na przykład „Ranczo”. W felietonie opowiadam, jak działa współczesny świat. Że jest się tym, który coś rozpoczyna, a zasługę za rozkręcanie tego przypisuje się komuś innemu. Charakterystyczne są słowa takiej pani z Londynu, która na kursie audiodeskrypcji powiedziała mi prorocze słowa: teraz pojedziesz do Polski, zrobisz tą pierwszą audiodeskrypcję, będziesz głosem wołającego na puszczy, wszyscy się będą zachwycać, ale kiedy tylko ta sprawa zamieni się w biznes, od razu wylecisz z interesu, a przyjdą inni i chwycą tę sprawę w swoje ręce. I ta przepowiednia się spełniła. W najlepszy sposób o tym opowiada mój felieton - zachęcam do przeczytania.

W książce jest też o rozwodzie. Żona miała dość faceta, co całe życie opowiada dowcipy?

Nie jestem łatwym partnerem do bycia razem z wielu powodów. Na przykład - utrzymuję się z wolnego zawodu. Nigdy w życiu nie pracowałem na stałe.

To może za często był pan w domu?

To też, ale za to był finansowo nieprzewidywalny. Gdyby ktoś mnie teraz zapytał, ile zarobię w listopadzie, to z mojego kalendarza wynika, że nic!

A może żona nie chciała być żoną grabarza?

Kiedyś też pełniłem taką rolę. Pracowanie w takim zawodzie jak mój jest jak rodeo. Każdego dnia trzeba się utrzymywać na koniu i każdego miesiąca walczyć od nowa, żeby się utrzymać z gębą nad wodą. Nie każdy takie ciśnienie wytrzymuje, rozumiem, że moja była nie wytrzymała.

Są tematy z jakich się nie żartuje?

Chyba Abelard Giza, taki słynny standuper, powiedział, że w Polsce nie żartuje się z następujących rzeczy: ze Smoleńska, z dzieci, z mniejszości seksualnych, z pedofilii i z czegoś jeszcze. Jak tylko to przeczytałem, wpadłem na pomysł, żeby napisać o tym program. Dwa razy przedstawiłem go w Białostockim Ośrodku Kultury i chyba się przekonałem, że z tych rzeczy się nie żartuje (śmiech). Lubię takie wyzwania, żeby z wdziękiem zażartować z takich tematów.

„Uczyń z pracy swoją pasję, wtedy nigdy nie będziesz musiał chodzić do pracy”?

Staram się iść w tym kierunku. Może nie udaje mi się dużo zarabiać, ale udaje mi się uczynić ze swojej pracy pasję. Dziś nie byłem w pracy, jutro też nie zamierzam, a popisałem już sobie „Urywki z rozrywki” na czwartek, coś napisałem do nowej fabuły, zrobiłem to co lubię i jeszcze przyszedłem na wywiad, co też lubię.

Od jakiegoś czasu jest też scenariusz „Czarnej damy”

W styczniu tego roku po raz pierwszy powiedziałem: za dużo mam do pisania. Pisałem wtedy tę książkę, szlifowałem scenariusz „Czarnej damy”, dostałem zamówienie od młodych sympatycznych youtuberów z Białegostoku, którzy postanowili nakręcić serial „Przyjaciele po białostocku” i napisałem im cały sezon. Napisałem też scenariusz do musicalu, który niebawem będzie pokazany w operze jako oprawa pewnego wydarzenia. Poczułem się przytłoczony tą ilością pisania i wszystko już mi się mieszało w głowie.

„Przyjaciele po białostocku” - to ma być taki format, jak amerykański hit „Przyjaciele”?

W dodatku youtuber Adam Z. zapłacił od razu całość, bo YouTube to teraz media przyszłości, które nie bawią się w zaliczki. Wiem, że jest na tyle skuteczny w pokoleniu 14-15-latków, że kiedy obwieścił w mediach społecznościowych o moim scenariuszu do jego serialu, to w ósmej klasie podstawówki, w której uczy się moja córka, o tym już wiedzieli, a dziennikarze do tej pory nie wiedzieli. Pewnie film pojawi się tylko na YouTube.

A co z musicalem?

To będzie musical i historyczny, i współczesny, i z odwołaniami do najróżniejszych rzeczy. Jak dobrze pójdzie, to zmieszczą się w nim i Cira, i… Karolina Cicha. I połączenie Ciry z Laskowskim było tu najmniejszym wyzwaniem.

Radio, TV, czego nie wiemy o karierze Krzysztofa Szubzdy?

Nie unikam wspominania, że pracowałem w domu pogrzebowym, a zaraz po studiach wyjechałem na Cypr i myślałem, że będę pracował w branży turystycznej i przez pół roku rzeczywiście tam pracowałem, ale postanowiłem jednak wrócić do Polski. Zabawiłem się też w amerykańskiego emigranta. Przez pół roku pracowałem w Connecticut, w zakładach produkujących części do samolotów, ale wycofałem się stamtąd. Przecież jak się na mnie patrzy, to widać, ze nie jestem typem od produkcji części, Amerykanie dali mi za dużo szans (śmiech).

Ale żaden samolot nie spadł w tym czasie?

Właśnie dlatego wycofałem się z tej pracy. Robiłem też części do helikopterów Sikorsky. Kiedy zniszczyłem pierwszą część, to nie był dla nich sygnał, żeby mnie zwolnić z pracy. Kiedy po pół roku zniszczyłem jedną maszynę, zatrzymałem linię produkcyjną i przyjechali panowie z teczkami z napisami „ściśle tajne” i dalej powiedzieli, że mnie nie wyrzucą z tej pracy, powiedziałem - skończmy tę farsę. Ale to ja musiałem powiedzieć, bo Amerykanie mówią: Próbuj dalej, będzie dobrze, nie poddawaj się.

To może być takie przesłanie na koniec naszej rozmowy - próbuj pisać książki, nie poddawaj się.

O tak. Próbuj cały czas, nawet jeśli ci nie wychodzi, jak mi w Stanach, to…

To może wyjdzie w Polsce?

(śmiech) To może wyjdzie w Polsce. W Polsce pewnie w Uchwytach, to by mnie za samą twarz wyrzucili, a w Ameryce musiałem bardzo mocno udowodnić, że się nie nadaję.

Krzysztof Szubzda spotka się z czytelnikami w operze, w sali prób, w niedzielę, 14 kwietnia, punktualnie o godz. 12. Będzie promował swoją książkę ”O życiu ze śmiertelnie poważnym humorem”

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

kup najtaniej

Telefunken

Telefunken 40FG6010

829,00 zł

kup najtaniej

Hisense

Hisense 55A7GQ

2 599,99 zł

kup najtaniej

Panasonic

Panasonic Corp. TX65LX650E

3 587,19 zł

kup najtaniej

Sony

Sony XR-48A90K

6 649,00 zł

kup najtaniej

Hisense

Hisense 65A7GQ

3 699,99 zł

kup najtaniej

JVC

JVC LT-50VAQ6100

1 807,94 zł
Materiały promocyjne partnera

Z Gwiazdami - Marcin Możdżonek - zajawka

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na poranny.pl Kurier Poranny
Dodaj ogłoszenie