Konkurs Legenda o Mojej Małej Ojczyźnie. Najlepsze prace

Wojciech Wojtkielewicz
Kasia Milewska (od lewej), Aneta Halicka i Marta Zdancewicz.
Kasia Milewska (od lewej), Aneta Halicka i Marta Zdancewicz. Wojciech Wojtkielewicz
Udostępnij:
Publikujemy fragmenty prac laureatek konkursu na legendę o Mojej Małej Ojczyźnie zorganizowanego z okazji 500-lecia województwa podlaskiego.

Legenda o Mojej Małej Ojczyźnie

Moją małą ojczyzną jest malutka wieś Modzele położona w Gminie Grajewo. Obecnie mieszka tu szesnaście rodzin, z czego dziewięć to Modzelewscy.
Jest to szczególnie malownicza okolica, gdzie ludzie trudnią się rolnictwem. W krajobrazie dominują łąki, pola i lasy. Po wyjściu z domu bez trudu możemy spotkać dzikie zwierzęta, tj. zające, sarny i łosie. Wokół rozlega się śpiew ptaków.
Potomkowie Modzeli zapewniają, że nazwa wsi wzięła się od nazwiska. Mało kto wie, że tak naprawdę było wtedy zupełnie inaczej.
Dawno, dawno temu, kiedy rządził kolejny książę Kazimierz III ziemie u źródeł rzeki Klimasówki nadał braciom: Maciejowi, Grzegorzowi, Mikołajowi i Pawłowi. Ludzie powiadają, że ziemie te rozciągały się między Brzozowem i Grozimowem. Bracia dostali jeszcze dwie morgi łąk nad Łkiem.
Najstarszy z braci - Maciej wstawał pierwszy do pracy, budził swoich ludzi, zaprzęgał brązowe woły. Już od świtu trwała w polu robota. Jedni karczowali las i wyciągali drzewa. Inni zbierali kamienie Wio! - Maciej krzyknął na woły, chwycił za rączki pługa i odłożył pierwszą skibę na bok. Młodsi bracia stali dzielnie przy jego boku i pracowali w pocie czoła. Tak minął tydzień, po nim drugi i następne.
Najgorsze były wieczory. Strudzeni bracia byli tak obolali, że nie mogli zasnąć. Jednak najgorsze były odciski na ich dłoniach. Poobcierane i poodgniatane dłonie mocno krwawiły. Praca sprawiała coraz większy trud.
Kiedy strudzeni bracia siedzieli pod gruszą, usłyszeli krzyk biegnącego sługi:
- Mom dzele!
- Co on tam krzyczy? - zapytał zdziwiony Paweł.
- Może coś go ugryzło? - powiedział zaniepokojony Mikołaj.
- Nie, on coś niesie - zauważył Grzegorz.
Jaśko biegł w ich stronę i wymachiwał węzełkiem.
- Tam! Tam! - wołał pokazując na drogę. Kiedy już złapał oddech, wytłumaczył, że drogą szła dziewczyna i dała mu ziele na okłady. Powiedziała, że to wygoi ręce. Po pracy bracia posmarowali dłonie ziołową miksturą. Rankiem prawie wszystko się pogoiło i znów mogli wrócić do swoich zajęć.
Maciej postanowił odszukać tajemniczą niewiastę, która podarowała im lekarstwo. Przez wiele dni wędrował po okolicy, ale po dziewczynie nie było nawet śladu. Pewnego razu dowiedział się od przechodzących dzieci, że w lesie mieszka zielarka, która leczy ludzi i zwierzęta. Zaciekawiony udał się do leśnej chaty. Przed nim stanęła kobieta niezwykłej urody.
- Witaj śliczna białogłowo. Czy to od Ciebie dostałem lekarstwo na bolące dłonie? - zapytał zainteresowany.
- Obserwowałam waszą pracę i chciałam pomóc tak, jak potrafię - odpowiedziała zawstydzona.
Pięknie jej podziękował i zaprosił do swojego domu, by przedstawić ją rodzeństwu. Między młodymi szybko pojawiło się uczucie i najstarszy z braci ożenił się z piękną zielarką o imieniu Aniela.
Drugi brat Grzegorz lubił zajmować się zwierzętami. Często zaglądał do wołów i owiec. Podsuwał im smaczną karmę, poprawiał zagrody (...).

Katarzyna Milewska, Gimnazjum w Danówku
O małej Wroczeniance, co pokochała biebrzańską przyrodę

Było to roku pańskiego 1785. Pani Anastazja Wroczeńska, wdowa w sędziwym wieku, miała tylko jedynego syna - Józefa, a niedawno stała się teściową niejakiej Zofii. Chcąc zapewnić dobrą przyszłość synowi i jego żonie, postanowiła wybudować im pokaźną posiadłość. Wybrała piękne miejsce na bagnach biebrzańskich, otoczone łąkami i pobliskimi lasami, wokół których zieleni się trawa, a o każdej porze roku powietrze jest rześkie i niebo wygląda jak strumień krystalicznie czystej wody. Po dwóch latach w miejscu tym stał już dworek z piętrowym gankiem, a wewnątrz na belce pułapowej wyrznięty był rok i napis: "Boże! Ci ludzie, którzy tu bywają, czego nam życzą, niech to sami mają". Krajobrazy tego miejsca były bajeczne. Nieopodal dworku, za drogą z kamieni i łąką, płynęła bogata w ryby rzeka Biebrza, a za nią znajdował się las porośnięty wysmukłymi sosnami, potężnymi dębami i miododajnymi lipami, bogaty w różnorodne owoce i grzyby.
Zofia i Józef oczekiwali dziecka. Pani Anastazja bardzo się z owego faktu cieszyła. Niestety, od pewnego czasu chorowała więcej niż zwykle, starość dawała jej się we znaki. W dniu narodzin dziecka sędziwa nestorka rodu Wroczeńskich dokonała żywota. Józef postanowił nazwać córkę na cześć jego zmarłej matki, imieniem Anastazja.
Rodzina Wroczeńskich wiodła spokojne i szczęśliwe życie. Zofia codziennie zabierała pociechę na spacer wzdłuż Biebrzy. Dziewczynka przyzwyczaiła się do codziennych wypraw do tego stopnia, że nie wyobrażała sobie dnia bez chwili wytchnienia nad biebrzańskimi bagnami. Gdy Anastazja skończyła 7 lat Zofia postanowiła, że pozwoli jej na samotne spacery, bowiem sama nie zawsze miała na nie czas. Anastazja uwielbiała bawić się na dworze, podziwiać piękno i bujność otaczającej ją przyrody, przysłuchiwać się różnorodnym odgłosom zwierząt, a zwłaszcza ptaków...
Nastała wiosna. Ptaki przyleciały z ciepłych krajów, dając o sobie znać wesołym świergotaniem. Wokół zaczęło robić się zielono, a na drzewach rozkwitały różnokolorowe pąki kwiatów. Zwierzęta obudzone pierwszymi promieniami słońca wyszły ze swych kryjówek. Wszystko to sprawiło, że codzienny spacer stawał się jeszcze przyjemniejszy. Anastazja potrafiła spędzić nad rzeką cały dzień, lecz gdy tylko zaczynało się ściemniać, matka wychodziła na ganek i wołała ją słowami:
"Wracaj, Anastazjo, wracaj, W widokach się nie zatracaj. Bardzo późna już godzina, Ciemno robić się zaczyna."
Wtedy Anastazja przybiegała do domu bez słowa skargi. Tak było codziennie przez trzy lata… Piętnastego maja 1801 roku Anastazja, jak zawsze, bawiła się nad rzeką. Nagle zauważyła tokujące bataliony, wyglądały przepięknie, stroszyły czuby i wydawały bojowe odgłosy. Zauroczona ich widokiem nawet nie zauważyła, jak się oddala od rodzinnego domu…
Córka nie wracała dość długo, więc Zofia wyszła na ganek. Zawołała ją raz, drugi, trzeci, lecz Anastazji wciąż nie było. Przerażeni i zrozpaczeni rodzice długo szukali dziewczynki. Chodzili od domu do domu, pytając czy ktoś nie widzieli ich dziecka. Okoliczni mieszkańcy chętnie pośpieszyli z pomocą, gdyż wszyscy bardzo lubili Anastazję (...).

Aneta Halicka, Zespół Szkolno- Przedszkolny w Goniądzu
Legenda o Graużach Nowych

Dawno, dawno temu w miejscowości położonej na krańcu świata żyło szczęśliwe i zamożne plemię Czarnookich. Gleba była tu niesamowicie urodzajna, dzięki czemu ludziom niczego nie brakowało. Czarnoocy byli nadzwyczajnie pracowici, a dobroć w osadzie emanowała z każdej strony. Dokonania tych ludzi były znane na całym świecie. W każdej osadzie późnym wieczorem przy blasku ogniska opowiadano o niezwykłych czynach Czarnookich, lecz również o ich niespotykanej urodzie. Bowiem każdy, kto należał do tego plemienia, miał piękne, kruczoczarne włosy, a oczy tak ciemne, że można było ujrzeć w nich blask zachodzącego słońca. Każdy Czarnooki miał ciemną karnację. Mężczyźni słynęli z muskularnego ciała, a kobiety z anielsko pięknego głosu.
Tak więc plemię żyło długo i szczęśliwie, aż do momentu urodzin pewnej dziewczynki. Na początku nikt nie zwracał na nią uwagi. Rodzice kochali ją całym sercem. Po pewnym czasie zaczęły krążyć plotki. Najpierw były to tylko jakieś domysły. Każdy uważał, że ,,to’’ minie wraz z wiekiem. Niestety, obawy sprawdziły się. Dziewczynka, jak każdy z plemienia, miała piękne, długie włosy, lecz koloru dojrzałej pszenicy. Jej cera była śnieżnobiała, a oczka koloru zburzonego morza. Całkowicie różniła się od dzieci z plemienia: nie lubiła wieczornych spotkań, nie miała pięknego głosu. W każdej wolnej chwili zaszywała się w najdalszym zakątku i czytała książki, które potajemnie pożyczała od miejscowej wróżki. Jej odmienne zachowanie często było wyśmiewane przez innych. A z powodu wyjątkowej urody nazywano ją ironicznie ,,Grauzas’’, co w ich języku oznaczało piękno.
Więc Grauzas z każdym kolejnym rokiem czuła się coraz bardziej samotna. Do dziesiątego roku życia przed zgryźliwymi komentarzami bronili ją rodzice, którzy, niestety, zginęli podczas polowania. Grauzas została sama, a jej jedynym wiernym przyjacielem był mały piesek - Brutus. Dziewczynka była bardzo inteligentna. Znała wszystkie choroby. Z biegiem czasu nauczyła się również przyrządzać lekarstwa. Niestety, Czarnoocy nie doceniali jej umiejętności. Bali się rozmawiać i przebywać w towarzystwie Grauzas. Dziewczynka z biegiem czasu przyzwyczaiła się do takiego traktowania. W głębi duszy jednak czuła, że jest jej przeznaczone dokonać czegoś niezwykłego i tylko ta świadomość nie pozwalała opuścić plemienia.
Pewnego dnia powietrze było ,,ciężkie’’. Czarnoocy ukrywali się pod rozłożystymi drzewami, by choć przez poczuć przyjemne orzeźwienie. Grauzas cały dzień spędziła na studiowaniu zaklęć. Od rana dziewczynkę ogarniał lęk. Jej intuicja podpowiadała, by porozmawiać z wróżką, lecz kobieta, jak każdy mieszkaniec wsi, próbowała omijać Grauzas. Dziewczyna się nie poddawała. Udało jej się nawet wejść do chaty przywódcy. Niestety, została stamtąd wyrzucona i brutalnie pobita. Grauzas usiadła na trawie i zaczęła rzewnie płakać. Nie wiedziała, co robić. Parne powietrze i zmartwienia ją znużyły. Ułożyła się na trawie i zasnęła. Po kilku minutach się obudziła. Jej ciało pokrywał pot, a ręce drżały. Grauzas miała wizję. Widziała opustoszałą osadę oraz ludzkie czaszki na drzewach…
Intuicja dziewczynki nie zawiodła. Wieczorem nadeszła burza. Straszne błyskawice przeszywały niebo. Starsze kobiety lamentowały i błagały bogów o wybaczenie i litość. Grauzas usiadła w najciemniejszym kącie i jak w transie po cichutku powtarzała: ,,Najgorsze dopiero nadejdzie, najgorsze dopiero nadejdzie…’’ Nastał poranek. Powietrze było rześkie i przyjemne. Przywódca Czarnookich zarządził spotkanie, na którym miały zostać oszacowane straty.
- Ulewa zalała moją chatę! - krzyczał mężczyzna.
- Moje bydło się potopiło! - ubolewał drugi.
W oczach ludzi zauważalny był strach. Cóż teraz poczną? Cała osada została zalana. Nie mają gdzie spać ani co jeść. Grauzas miała mętlik w głowie. Obwiniała się. Mogła przecież uprzedzić ludzi. Dziewczynka szła z pochyloną nisko głową. Czuła się jak intruz (...).

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie