Katarzyny Meloch: Wyszłam z szafy, jestem wolna

    Katarzyny Meloch: Wyszłam z szafy, jestem wolna

    Joanna Kuciel jkuciel@poranny.pl tel. 085 748 95 48

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Katarzyna Meloch jest redaktorką III tomu wspomnień "Dzieci Holocaustu mówią”. To jedna z trzech żyjących osób, które przetrwały białostockie

    Katarzyna Meloch jest redaktorką III tomu wspomnień "Dzieci Holocaustu mówią”. To jedna z trzech żyjących osób, które przetrwały białostockie getto. Z żydowskiego domu dziecka przy Częstochowskiej trafiła do Warszawy. Prawdopodobnie jest jedyną z białostockiego domu dziecka, która przeżyła. ©Fot. Anatol Chomicz

    Irena Dąbrowska w 1968 roku, czyli w najgorszym po wojnie czasie dla Żydów, znowu stała się Katarzyną Meloch.
    Katarzyna Meloch jest redaktorką III tomu wspomnień "Dzieci Holocaustu mówią”. To jedna z trzech żyjących osób, które przetrwały białostockie

    Katarzyna Meloch jest redaktorką III tomu wspomnień "Dzieci Holocaustu mówią”. To jedna z trzech żyjących osób, które przetrwały białostockie getto. Z żydowskiego domu dziecka przy Częstochowskiej trafiła do Warszawy. Prawdopodobnie jest jedyną z białostockiego domu dziecka, która przeżyła. ©Fot. Anatol Chomicz

    O swoich dramatycznych przeżyciach z Holocaustu mówi bez cienia afektacji, z łagodnych uśmiechem. - One nie były bardziej dramatyczne od przeżyć innych dzieci żydowskich - zastrzega. I opowiada o dwóch gettach, przez które przeszła, i o tym, jak w wieku 9 lat została sierotą.

    Fascynacje małej dziewczynki

    Katarzyna Meloch na spotkanie z białostoczanami założyła kapelusz, ładne korale, duże srebrne pierścionki.
    Przyjechała z Warszawy do Białegostoku pociągiem. Pogodna, serdeczna. Wydaje się, że jej energia jest niespożyta. - Często zapominam, że jestem starszą panią i pozwalam sobie na więcej, niż powinnam - mówi.

    Jest 76-letnim dzieckiem Holocaustu. Pół roku spędziła w białostockim getcie w domu dziecka przy ul. Częstochowskiej. Wcześniej przez prawie dwa lata mieszkała z rodzicami na ówczesnej ulicy Spacerowej na Bojarach, która po rosyjsku nazywała się Fiskulturnaja. Nie ma już tego domu.

    - Przyjechaliśmy do Białegostoku w 1939 roku, jak wielu, którzy uciekali z Warszawy. Oczami dziecka zapamiętałam Białystok bardziej jako wieś niż miasto. Małe domki z ogródkami. I rosyjski na ulicach. To trochę dziwne, bo choć było tu dużo Rosjan, to jednak miasto było polskie, ale ja pamiętam rosyjski, którego tu się nauczyłam.

    Z tego okresu - przed aresztowaniem mamy - zapamiętała też swoją fascynację sąsiadem z Bojar, sowieckim "komandorem". - To chyba zrozumiałe, że mundur musiał działać na małą dziewczynkę - śmieje się.

    Mama Wanda z domu Goldman była filologiem klasycznym, ojciec Maksymilian - historykiem, pracował w archiwach.

    - W Warszawie mieli problemy z pracą, bo oboje zostali skazani za działalność polityczną. Byli lewicujący. Wybór komunizmu oczywiście nie był słuszny, ale ja też rozumiem, że świat był wtedy taki, że trzeba było być przeciw. Ja z mojej perspektywy stu lat wiem, że świata się nie zmieni. Ale moi rodzice wierzyli, że można to zrobić - opowiada Katarzyna Meloch.

    Wtedy, w 1941 roku, jako 9-letnia dziewczynka nie miała pojęcia o działalności rodziców. Co więcej, nie wiedziała, że są Żydami.

    - O tym się w ogóle w domu nie mówiło. Byliśmy rodziną zasymilowaną, w żaden sposób nie kultywowało się religii.

    Tego roku latem Katarzyna została wysłana na kolonie do Augustowa. I wtedy do Białegostoku wkroczyli Niemcy, a Żydzi masowo uciekali na Wschód. Ale rodzice Katarzyny nie mogli, bo czekali na dziecko.

    - Nasz powrót z kolonii był znacznie utrudniony, szliśmy piechotą przez lasy, ale ja nie myślałam o tym, że jest wojna, tylko o tym, że opowiem te swoje niesamowite przygody "komandirowi". Tylko że nie zastałam już ani "komandira", ani ojca, którego, jak mówiła mama, wcielono do radzieckiego wojska. Nie dowiedziałam się nigdy, co się z nim stało.

    Katarzyna nie pamięta, po ilu dniach przyszli po mamę. - Ale to jednak musiało być po pewnym czasie, bo zapamiętałam, że mama, która nie była kobietą domową, przed aresztowaniem gotowała obiady czytała książki. Pewnie przeczuwała, co się stanie. Powtarzała mi adres: Elektoralna 12. Warszawa.

    Gdy Niemcy przyszli po mamę, Katarzyna dowiedziała się, że jest Żydówką.
    Nie wie, co stało się z mamą. Podejrzewa, że zastrzelili ją tego samego dnia.

    Dlaczego było mi dobrze

    Po kilku dniach prawdopodobnie właścicielka domu zaprowadziła Katarzynę do domu dziecka na Częstochowską. To już był teren getta. Ten czas pamięta bardzo słabo, to była tam zaledwie kilka miesięcy. Przypomina sobie tylko jedną koleżankę Chanę, której nigdy potem nie spotkała. Sieroty z białostockiego getta trafiły do Teresina w Czechach, a potem do Auschwitz.

    Dzięki temu, że mama wbiła jej do głowy "Elektoralną 12", napisała list do wujka, a ten zabrał ją do Warszawy. Niestety, też do getta, które we wspomnieniach Katarzyny było dużo bardziej niebezpieczne od białostockiego. Stąd wyszła na aryjską stronę i dzięki przyjaciołom rodziców trafiła do Turkowic za Zamojszczyznę, do sanktuarium sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi, które ratowały żydowskie dzieci.

    - I tam się czułam bardzo dobrze. Całkiem podobne uczucia ma Adam Rotfeld (wybitny dyplomata, były minister MSZ - przyp. red.). On spędził część wojny u zakonników grekokatolickich i wspomina to jak dobry czas, choć pochodził z bardzo bogatego domu. Dla mnie czas spędzony u zakonnic też był bardzo szczęśliwy i kiedy się zastanawiam, dlaczego, to dochodzę do wniosku, że tam żyło się zgodnie z rytmem natury. I to chyba jest zawsze dla człowieka dobre. Ponadto życie duchowe miało widać pozytywny wpływ na dzieci. Sadzę, że u każdego z nas, przechowanego w zakonach, pozostała już na zawsze ta skłonność do życia wewnętrznego.
    Katarzyna Meloch do dziś odwiedza siostry w Turkowicach, jak i inni, którzy dzięki nim przeżyli. - One nas traktują trochę jak swoje dzieci. Choć część z nich mogłaby być moimi córkami - mówi.

    Najbliższa jest jej siostra Irena. - Ma już sto dwa lata, cały czas o nią drżę.
    Była niezłomna w swojej odwadze. Umiała zjednać sympatię tamtejszych Niemców. Jeden z nich jej powiedział: "Gdybym tak pani nie lubił, już by pani nie było i tych Żydówek". Czyli wiedział.

    Ratowały mnie zimne kobiety

    Kiedy Katarzyna Meloch się zastanawia, dlaczego możliwe było ocalenie dzieci, dochodzi do wniosku, że jednak zasadniczą rolę spełniali najbliżsi. - Moja mama celowo uczyła mnie adresu. Ludwik Brylant w swojej relacji opowiada, jak ojciec trzykrotnie kazał mu uciekać z getta, aż do skutku. I rzeczywiście się udało. Ale, aby przeżyć, trzeba było też mieć więzi z Polakami. Moi rodzice mieli wielu polskich przyjaciół i ja dzięki nim przeżyłam. Bardzo ważną rolę odgrywały osobiste relacje, przyjaźnie. Przed wojną mieszkaliśmy w warszawskiej kamienicy należącej do Żyda. Po wojnie dowiedziałam się, że uratował go dozorca, Polak. I pomyślałam: Jakim on musiał być przyzwoitym kamienicznikiem, skoro dozorca narażał swoje życie, żeby go uratować. Bo wszystko wygląda inaczej niż w książkach, naprawdę nie należy ulegać stereotypom.

    Katarzyna Meloch twierdzi, że wszystkie kobiety - a było ich w tym łańcuchu ludzi dobrych serc całkiem sporo - były zimne.

    - Tak, ponieważ one były opanowane i dzięki temu umiały pomagać. Wydaje się, że najbardziej pomocni są wrażliwcy, a to nieprawda. Jeśli ktoś za bardzo jest rozdygotany, to się do tego nie nadaje. Pamiętam, że po wyjściu z getta znajoma moich rodziców, taterniczka, prowadziła mnie po aryjskiej stronie całkiem opanowana. Pytałam potem, czy się nie bała, powiedziała: Wszystko wtedy było zakazane. Dlaczego miałam się bać akurat tego?

    Nie tyle w szafie, co pod

    Od wyjścia z getta nazywała się Irena Dąbrowska. Po wojnie trafiła do bardzo dobrej szkoły na Saską Kępę i nikomu nie powiedziała o swoim pochodzeniu. Ale na studiach - polonistyce na Uniwersytecie Warszawskim - zaczęła publikować jako Katarzyna Meloch. Tyle że na razie był to jej pseudonim. - Można więc powiedzieć, że nie tyle siedziałam w szafie, co pod szafą.

    Całkowicie ujawniła się w czasie antysemickiej nagonki 1968. Postanowiła - jakby w odpowiedzi na zalew nienawiści - zniszczyć Irenę Dąbrowską, drąc na kawałeczki metrykę urodzenia. - Ale w dokumentach nadal mam bałagan. Część wystawiana na Dąbrowską, część na Meloch.

    Mówi, że bardzo jej żal tych, którzy funkcjonują całe życie na dokumentach z okupacji. - Wiemy, że siedzących w szafie jest całkiem sporo. To jest na pewno dla nich niedobre. O tych z szafy mówi się, że umierają na serce. To jest też niebezpieczne, dlatego, że czasem to się niechcący wydaje, przypadkiem - tłumaczy.
    Co do przypadku, to Katarzyna Meloch nie wierzy w jego istnienie. - Profesor Michał Głowiński twierdzi, że uratował go przypadek. A ja w to nie wierzę - mówi. Być może to wpływ pobytu u sióstr w Turkowicach?

    Katarzyna Meloch jest członkiem Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu, do którego należy około 700 osób. Najmłodsi mają 62 lata. - Ta grupa ma swoje wspomnienia zmitologizowane, bo o swoim ocaleniu wiedzą z opowieści innych. Część z nas jednak dobrze pamięta i naszym obowiązkiem jest zachować trzeźwy umysł jak najdłużej, aby to wszystko opisać - twierdzi redaktorka III tomu "Dzieci Holocaustu mówią", zbioru relacji, wśród których znajdziemy między innymi opowieść jej i Adama Rotfelda. A także Ludwika Brylanta, który uratował się za trzecim razem dzięki determinacji swego ojca.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo