Juraszki. Żeby tylko zdrowie mieć

Marian Olechnowicz molechnowicz@poranny.pl tel. 085 715 45 45
We wsi żyje się wygodnie i blisko stąd do Białegostoku. Oby tylko zdrowia nie zabrakło - mówią Drylowie.
We wsi żyje się wygodnie i blisko stąd do Białegostoku. Oby tylko zdrowia nie zabrakło - mówią Drylowie. Fot. Marian Olechnowicz
W 1946 roku żyła w tej wsi prawie setka ludzi. Teraz mieszka może z siedemdziesiąt osób. I ciągle wyjeżdżają. Ale też powstają nowe domy, bo stąd do Białegostoku blisko...

W dawnych wiekach Juraszki należały do dóbr turośniańskich. Gospodarstwa zawsze były nieduże. Zaledwie kilkuhektarowe, w dodatku jeszcze cząstkowe.

Ziemi mało, sklepu nie było

Na przykład Dryle swoje trzy hektary mieli w sześciu kawałkach. Cała wieś miała sześć cząstek, w dodatku podzielonych na dziesięciny. Jedna dziesięcina wynosiła prawie tyle, co hektar.

I tak, Mieżyńscy mieli cząstek gruntów w czterech dziesięcinach. Niewiele więc tego było, po odjęciu kawałka lasu i nieużytków. Ludzie pracowali w folwarku pańskim lub na ziemi księżowskiej. Do najbardziej zasiedziałych rodzin należeli kiedyś i nadal należą: Dryle, Jurczaki, Mieżyńscy, Mielechy i Kowalczuki.

Kowal był jeden, a mieszkał za wsią. Młyn motorowy miał Bronisław Mieżyński, który był też ślusarzem w fabryce w Starosielcach. Natomiast wiatrak należał do Jana Mieżyńskiego. Trzeci o tym nazwisku - Paweł znał się na kowalstwie. Jego roboty jest cała balustrada wokół białostockiego kościoła świętego Rocha.

W robieniu pieców dobrze sobie radzili Jurczak i Dryl. A Michał Jurczak potrafił zagrać na skrzypcach i nie trzeba było spraszać grajków z obcych wsi. Z kolei Annę Dryl i Józefa Mielecha zapraszano na wszystkie pogrzeby, bo umieli odpowiednio pomodlić się i nabożnie zaśpiewać.

Sklepu i szkoły w Juraszkach nigdy nie było. Bo to stąd przecież niecałe dwa kilometry do gminnej Turośni.

Jesień na wsi

Cała wieś żyła z uprawy marchwi. Za wsią były doły, gdzie tę marchew kopcowano. Tam w czasie wojny niemieccy żandarmi z Turośni zabijali Żydów. Brali potem ludzi ze wsi i kazali pobitych w dołach na marchew zasypywać.

Sieli też radyskę, czyli białą rzodkiewkę, którą nazywali miesiączką. Bo po miesiącu była już spróchniała i niesmaczna. Wozili ją na Sienny Rynek albo Bojary w Białymstoku. Po wojnie to handlarze sami do Juraszek przyjeżdżali.

Jesienne wieczory na wsi były długie. Światło Juraszki dostały dopiero w 1958 roku. Grały w domach toczki. Na wsi kobiety wcześniej musiały wstawać. Bo to trzeba było w piecu rozpalić i dzieci do szkoły wyprawić. Przez dzień też było co robić. A to ser, a to masło.

Taki ser trzema umieć dobrze zrobić, aby nie przekwasić. Mleko musi być odgrzane, żeby serwatkę puściło. Najlepiej postawić na ciepłej płycie pieca. Nie może też długo kisnąć, bo ser będzie za kwaśny. I nie powinien za długo ociekać, bo suchy jest niedobry. Do robienia masła to i nawet dzieci nieraz zaganiano. Zimą niektóre gospodynie do masła soku z marchwi dodawały.

Do obowiązków gospodyni należał tez obiad. Jesienią gotowały kapuśniak, krupnik, zacierkę na mleku, kluski i kartofle. Mięso było tylko na niedzielę. Nie trzeba było zaglądać do garnków, bo wszędzie gotowano to samo i tak samo. Gospodarza robotą było napoić konie i krowy, sieczki urżnąć, drzewa pod piec nanieść. Wieczorami schodziły się sąsiadki, aby mijający dzień obgadać. Niosły ze sobą kółka do przędzenia, żeby na darmo nie siedzieć.

A mężczyźni? Też schodzili się po domach. Jeden drugiemu opowiadał co tam na Siennym Rynku widział, jakie ceny są i co warto sprzedać. I rżnęli w karty, najczęściej w "woza" albo w "durnia". Pierwszy we wsi telewizor miał Kowalczuk, który pracował w pegeerze.

Wojna w Juraszkach

Choć Juraszki są małe, to wojna o nich nie zapomniała. W 1944 roku przyszli Sowieci. W domu Mieżyńskich zamieszkał sędzia, który wydawał wyroki. Przywieźli kiedyś ruskiego bojca, który w jednej wsi ukradł konia, a w drugiej chciał sprzedać. Pod bagnetami go trzymali.

- Znasz rozkaz Rokossowskiego? - spytał surowo sędzia. - Nie wolno kraść.
Kazał go wyprowadzić do lasu i zastrzelić. Leży więc Mieżyński gdzieś w lesie pod Lubiejkami, między pobitymi przez Niemców Żydami. Bo wcześniej byli we wsi Niemcy. Ci zabrali na roboty do Reichu Józefa Dryla, Antoniego Mieżyńskiego, jego siostrę Jadwigę i Reginę Jurczak.

Za wsią, tam gdzie były doły na marchew żandarmi z Turośni zabijali Żydów. Nie wiadomo, ilu ich tam leży. Ale kiedy stanął front pod Surażem, w tym lesie czerwonoarmiści mieli polowy lazaret. Znosili tam rannych. Może też i zmarłych tam zakopali.

Niemcy, wycofując się z Juraszek wysadzili mostek na strudze. Jedna mina została w ziemi. Naszedł na nią Bronisław Mieżyński i poszarpała mu nogę. Wzięli go do siebie sowieccy chirurdzy. Najpierw operowali w Białymstoku, a potem zawieźli aż do Saratowa. I przeżył, choć bez nogi.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

l
lapiak

Jest zima, a ludzie na zdjęciu w krótkich rękawkach. Wygląda na to, że redaktor nie odwiedza tych wiosek, a tylko dopasowuje zdjęcia. W ubiegłym tygodniu przy tekście o Krzyżewie było identycznie. Trochę nie wypada. Nie można lekceważyć nas - czytelników.

Dodaj ogłoszenie