Jego ojcem chrzestnym był sam prezydent Ignacy Mościcki!

    Jego ojcem chrzestnym był sam prezydent Ignacy Mościcki!

    Aneta Boruch

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Szczęście do wyjątkowych opiekunów i protektorów nie opuściło go i pod rządami nowej władzy.

    Szczęście do wyjątkowych opiekunów i protektorów nie opuściło go i pod rządami nowej władzy. ©Fot. Bogusław F. Skok

    Najpierw ochrzcił go Ignacy Mościcki. A potem o mały włos nie zostałby chrześniakiem... Bolesława Bieruta.
    Szczęście do wyjątkowych opiekunów i protektorów nie opuściło go i pod rządami nowej władzy.

    Szczęście do wyjątkowych opiekunów i protektorów nie opuściło go i pod rządami nowej władzy. ©Fot. Bogusław F. Skok

    Miałem na tyle szczęścia, że mnie Mościcki osobiście podawał do chrztu - opowiada Ignacy Bolesław Jagaczewski, białostoczanin. - Bo niejednokrotnie bywało tak, że reprezentował go starosta czy pracownik kancelarii.

    Ignacy z dekretem

    Urodził się w październiku 1936 roku w Przysowach w gminie Przasnysz, jako siódmy syn Józefa i Marianny. Chłopska rodzina była liczna, żyli biednie. Przed świętami miejscowy organista chodził z opłatkami.
    I mama mówi do niego, że trzeba dziecko ochrzcić. A ten do niej: Nie, tak zwyczajnie nie wolno. Bo jak to siódmy syn, to jego będzie Mościcki podawał do chrztu. Bo jest taki dekret prezydenta. Prezydent Ignacy Mościcki zobowiązał się, że każdy siódmy chłopak w rodzinie zostanie wpisany jako jego chrześniak.

    Mama wątpiła, no bo jak to, taka prosta, chłopska rodzina, a tu prezydent...? Ale organista się tym zajął, skierował pismo do Kancelarii Prezydenta. Trochę to trwało, tak, że w końcu dzisiejszy Ignacy Bolesław w dniu chrztu miał już półtora roku.

    - I mogłem pójść pieszo - śmieje się Jagaczewski.

    No i szukali Mościckiemu odpowiedniej chrzestnej. W końcu została nią żona organisty, a późniejsza uniwersytecka profesor - Janina Jankowska.

    A dlaczego Ignacy? Bo warunkiem ochrzczenia takiego chłopca było albo nadanie mu imienia ojca rodzonego, albo ojca chrzestnego. No i wszyscy przez kurtuazję dawali Ignacy.

    Czerwona książeczka na dowód

    Chrzest odbył się 25 lipca 1937 roku, o godzinie 13, w Chorzelach. Udzielił go ksiądz Andrzej Krysiak. Skąd Ignacy Jagaczewski to wszystko wie? Z opowieści rodzinnych.

    Co taki wyjątkowy chrześniak miał? Przede wszystkim przy chrzcie dostawał książeczkę oszczędnościową od prezydenta, a na niej wkład 50 zł. Wtedy to było pół nauczycielskiej pensji.

    Książeczka jest spora, okładki ma z czerwonego płótna. W środku dedykacja od prezydenta: "Rzeczpospolita wita Cię, nowy obywatelu, i życzy Ci, abyś całe swe życie miał opromienione słońcem szczęścia i powodzenia. Pamiętaj, że przyszłość Twoja zależy od Twojej pracy, sumienności i przezorności, a blaskiem życia Twego będzie świadomość spełnienia obowiązków względem rodziny i Państwa".
    Na trzeciej stronie - zdjęcie chrzestnego i fundatora.

    Ta książeczka to dowód, że rzeczywiście jest się chrześniakiem Mościckiego.
    Poza tym podopieczny prezydenta mógł bezpłatnie uczyć się w kraju i za granicą, nawet na studiach wyższych. Dostawał też stypendium, bezpłatne przejazdy i opiekę zdrowotną.

    Co Ignacemu Jagaczewskiemu ta książeczka dała? Tak naprawdę to nic.
    Wybuchła wojna, a do siódmego roku życia ani grosza nie można było z niej podjąć. Ale za okupacji ta czerwona książeczka nieraz rodzinę Jagaczewskich uratowała. To, że Ignacy jest chrześniakiem Mościckiego, było głośne. Dlatego Niemcy, jak przychodzili, to żądali, żeby ją pokazywać. Oglądali, mówili "gut, gut" i nierzadko zostawiali ich w spokoju. Ale nie zawsze, bo brat pana Ignacego trafił do Auschwitz.

    A w PRL nikt się do tego nie przyznawał, bo nie dostałby pracy i tylko byłby prześladowany. Jagaczewski, broń Boże, nigdy o niej nie mówił.

    Honorarium od Bieruta

    Szczęście do wyjątkowych opiekunów i protektorów nie opuściło go i pod rządami nowej władzy.

    Po wyzwoleniu omal nie został... chrześniakiem Bieruta. Za jego czasów Ignacym Jagaczewskim zainteresował się UB. Przyszli do Jagaczewskich. Ignacy pamięta to do dziś.

    - I mówią do matki: Ponieważ pani syn jest chrześniakiem Mościckiego, a ma na drugie imię Bolesław, to jak pani zapisze się do partii, to dziecko zabierzemy do szkół, a pani będzie dostawała honorarium - wspomina. - Żeby nie było tego honorarium, to jeszcze może matka by się zgodziła. Ale tak to matka im odparła: Co, dziecko komunistom mam sprzedać? Nie! I dali spokój.

    Jagaczewski sam mozolnie zdobywał kolejne szczeble wykształcenia. Podstawówkę skończył w Chorzelach. Później, ponieważ w domu była bieda, poszedł do zawodówki na Śląsku. Dostał nakaz pracy i musiał odpracować tam dwa lata.

    Potem cały czas pracując, chodził jednocześnie w Warszawie do liceum im. Reytana przy Rakowieckiej. Potem pracował w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych.

    Jak trafił do Białegostoku?
    - Przyprowadziła mnie tu spódniczka - śmieje się Jagaczewski.

    W Białymstoku pracował w Okręgowym Przedsiębiorstwie Rozpowszechniania Filmów: był kierownikiem transportu. Potem zatrudnił się w filharmonii jako kierownik techniczny. Pracował też w hotelu Cristal jako behapowiec.

    Rodzina przedwojennych Ignacych

    Ignacy Bolesław Jagaczewski nie uważa się za szczególnego wybrańca losu. Wcale się chrzestnym nie chwali. No bo po co, na co? To historia, to było i nie wróci.
    Ale należy do Krajowego Stowarzyszenia Chrześniaków Prezydenta II RP Ignacego Mościckiego, które powstało w latach 90. Jeździ na wszystkie coroczne zjazdy.
    - I jak ktoś na nim krzyknie: Ignacy!, to się wszyscy oglądamy - śmieje się.

    Ilu ich jeszcze jest? Trudno ustalić. Bo są rozrzuceni po całej Europie. Na jedno ze spotkań zaproszony był chrześniak z Ukrainy. Ale okazało się, że nie ma ani butów, ani ubrania. Nasz konsulat kupił mu garnitur, ale już o butach i koszuli zapomnieli. - I ten chrześniak przyjechał we flanelowej koszuli i butach, które o pomstę do nieba wołały - wspomina Jagaczewski.

    Koledzy odebrali go z dworca, zapewnili pobyt. Dali mu 500 zł, żeby mógł podczas spotkania kupić sobie jakąś oranżadę czy coś. Przez trzy dni nie wydał ani grosza.

    - Przy rozstaniu zamieniliśmy mu to na dolary, daliśmy paczkę na drogę - opowiada Jagaczewski. - A on zaczął płakać. Pytamy go: Czego płaczesz? A on: Bo nie uwierzą mi, że tak Polacy mnie przyjęli.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo