Jedwabne: Pogrom. Zmusili nas hitlerowcy

    Jedwabne: Pogrom. Zmusili nas hitlerowcy

    Aneta Boruch

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Obelisk upamiętniający pogrom Żydów z Jedwabnego. Dokładna liczba ofiar nie jest znana.  Jan Tomasz Gross w książce "Sąsiedzi” oszacował ją

    Obelisk upamiętniający pogrom Żydów z Jedwabnego. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Jan Tomasz Gross w książce "Sąsiedzi” oszacował ją na 1600. Według ustaleń IPN zginęło wówczas 380 osób. ©Wojciech Oksztol

    Polaków zmusili do tej zbrodni hitlerowcy. Nie pytali nas o zdanie - zapewniają mieszkańcy Jedwabnego, którzy pamiętają wydarzenia z 10 lipca 1941 roku. Młodsi wolą patrzeć w przyszłość. - Chcemy żyć normalnie - mówią. Wszyscy mają żal, że przez dziesięć ostatnich lat spadło na nich wiele nieprawdziwych oskarżeń.
    Obelisk upamiętniający pogrom Żydów z Jedwabnego. Dokładna liczba ofiar nie jest znana.  Jan Tomasz Gross w książce "Sąsiedzi” oszacował ją

    Obelisk upamiętniający pogrom Żydów z Jedwabnego. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Jan Tomasz Gross w książce "Sąsiedzi” oszacował ją na 1600. Według ustaleń IPN zginęło wówczas 380 osób. ©Wojciech Oksztol

    Pojechałem do sanatorium Busko-Zdrój - opowiada Franciszek Karwowski. - Przy meldowaniu się pokazuję dokumenty, a tam wpis Jedwabne. Recepcjonistka spojrzała i jak nie krzyknie: I coście z tymi Żydami narobili? Wszyscy na mnie obrócili oczy, wyszedłem na jakiegoś łotra. Zesztywniałem. A ja przecież w 1941 roku miałem 12 lat.

    10 lipca minie 70 lat od mordu Żydów w Jedwabnem. A także 10 lat od uroczystości, podczas których prezydent RP Aleksander Kwaśniewski przeprosił za tę zbrodnię. Na tydzień przed tą datą nic w miasteczku nie świadczy o tym, by miał to być jakiś szczególny dzień.

    Nikt tego nie chciał

    Miejsce tragicznych wydarzeń znaleźć niełatwo - nie ma widocznego oznakowania. Tylko na jednym z zakrętów przyrdzewiała tabliczka wskazuje drogę. W polu, za ostatnimi zabudowaniami obrys stodoły, gdzie spalono Żydów, zaznaczony jest kamiennymi blokami, tworzącymi ogrodzenie. Pośrodku na obelisku wiszą drewniane, nadpalone drzwi. Przed nim stos kamyków, migocze samotny znicz. Wokół wybujałe szczawie, których nikt nie pomyślał skosić. Gdzieniegdzie wetknięte w ziemię na drewnianych palikach zafoliowane kartki z nazwiskami: Atlasewicz, Bursztyn, Bernstein. Na wszystkich ta sama data: 1941. Pusto, cicho.

    Taki ciemny słup dymu w górę poszedł z tego miejsca, że aż strach. Niemcy przez dwa dni nie pozwalali tam wejść. A potem zagonili Polaków, żeby pochowali tych, co zginęli, i posprzątali, bo śmierdziało - wspomina Franciszek Karwowski.

    Ciszą ten temat najchętniej kwitują też sami mieszkańcy. Dzisiejsze Jedwabne nie lubi rozmawiać o tamtym lipcu.

    - W tej sprawie się nie odzywam - odpowiada kobieta na ulicy. - Ciągle tylko przyjeżdżają, pytają gdzie to było, no to pokazuję pomnik. Ale poza tym mnie to nie interesuje.

    Kolejka w sklepie odwraca się plecami na słowa: 10 lipca 1941 roku.

    - A mało jeszcze wiadomości na ten temat? Przeszło, przeminęło, wszystko zostało powiedziane - denerwuje się sprzedawczyni. - Każdy wie, jak było. Nie chcemy do tego wracać, bo to niepotrzebne nam do niczego.

    - Kłamstwa w gazetach wypisują - zżyma się jeden z kupujących. - Dziennikarze chodzą tylko i sensacji szukają.

    Ale wydarzenia tamtego lata żyją w pamięci starszych. Janina Biedrzycka w 1941 roku była już 18-letnią dziewczyną. Dużo widziała. To w stodole jej ojca rozegrały się tamte tragiczne wydarzenia. Ojciec chory leżał w łóżku, bo z łagrów uciekł, gdy przyszedł Niemiec i kazał dać klucze do stodoły. Hitlerowcy wybrali ich stodołę, bo stała blisko kirkutu i zaraz za miastem, w polu.

    - Wszyscy chcą, żeby powiedzieć, że to Polacy winni byli - Janina Biedrzycka jest rozżalona, gdy o tym mówi. - A Polaków zmusili hitlerowcy. Co można było zrobić, jak Niemcy stodołę obstawili? Przecież była wojna. Strach, przerażenie, nie wiadomo co dalej. Tyle ludzi zginęło za przechowywanie Żydów. A teraz nic tylko oskarżają nas. To wielka krzywda. W tym, co się stało nie ma winy mieszkańców Jedwabnego - dodaje stanowczo. - Nikt nie chciał spalić Żydów. Może i kto poszedł odegrać się za to, że niektórzy Żydzi wskazywali Sowietom rodziny do wywózek na Syberię. Ale żeby kogoś zabić, to na pewno nie.

    Słup dymu szedł do nieba

    Franciszek Karwowski miał wtedy 12 lat. Mieszkał z rodziną w Janczewku obok Jedwabnego. Pamięta, jak ojciec wszedł do mieszkania i powiedział: dziś Niemcy mają zgładzić Żydów. - Dowiedział się od sąsiadów na drodze. Ojciec miał wagę do odebrania w Jedwabnem, u Kosackiego. Stwierdził, że musi po nią jechać, bo inaczej waga przepadnie - opowiada. - Zaprzągł konia do wozu, wziął starszego brata i pojechali. Odebrali wagę, wyjeżdżali z ulicy Łomżyńskiej, a tu Niemiec zatrzymał ojca na krzyżówkach i mówi, żeby został i pomagał zganiać Żydów na rynek. Ojciec mówi dobrze, ale za chwilę. Poszedł w krzaki, niby za potrzebą i tym sposobem stamtąd uciekł.

    Nie byłem przy tej stodole, ale z tego, co ludzie opowiadali, to taki ciemny słup dymu w górę poszedł z tamtego miejsca aż strach - Franciszek Karwowski jeszcze dziś się otrząsa. - Mówili, że to do nieba. Matula tak się przejęła, że nawet kolacji nie jadła. Przeżycie było okropne. Niemcy przez dwa dni nie pozwalali tam wejść. A potem zagonili Polaków, żeby pochowali, tych, co zginęli i posprzątali, bo śmierdziało.

    Franciszek Karwowski podkreśla, że bardzo wielu ze schwytanych Żydów wtedy uciekło. I Polacy im w tym pomagali, przepuszczali w czasie nagonki. W żadnym wypadku nie zgadza się z tym, że miejscowi pomagali w zagładzie Żydów. Choć przyznaje, że Polacy przed wojną za bardzo tu Żydów nie kochali. Jak wszędzie. Uprzedzenia jednak były po obu stronach. Wynikały z różnych sytuacji.

    - Nie było jednak najgorzej. Trochę bojkotowano te ich stragany, chętniej kupowano w polskich sklepach, bo Żydzi kręcili, aby zysk mieć większy. Do szkoły nosiliśmy wtedy ołówki. Taki ołówek u Polaka w sklepie kosztował 10 groszy, a u Żyda - pięć. Ale ołówek był krzywy, nadpęknięty i zaraz się rozlatywał.

    Jedwabne chce rozmowy

    O współczesnej zbiorowej pamięci o Jedwabnem dyskutowano niedawno w Białymstoku podczas seminarium, zorganizowanego przez IPN. Zdaniem Anny Pyżewskiej z białostockiego oddziału IPN przez ostatnie 10 lat Polakom już pokazano, że nie zawsze byli kryształowi w czasie wojny.

    - Oswoiliśmy trudną dla nas prawdę, ale ponieważ jest niewygodna, wolimy ją odepchnąć i zachować niedowierzanie. Rzeczy wstydliwe przyjmuje się z oporami - mówi Anna Pyżewska. Przypomina badanie opinii publicznej z 2009 roku, w którym 57 proc. respondentów, pytanych o Jedwabne odpowiedziało, że tego mordu dokonali Niemcy przy ewentualnym współudziale Polaków.

    Burmistrz Jedwabnego Krzysztof Moenke rozumie swoich mieszkańców bardzo dobrze. Sam zresztą jest stąd. Dla nich ostatnie dziesięć lat to był bardzo trudny czas. Namówić go na rozmowę też nie jest łatwo.

    - W 2001 roku na Jedwabne spadło tyle nieprawdziwych oskarżeń - tłumaczy. - A potem, mimo różnych obietnic, nie było z nami żadnego dialogu, żadnych spotkań. Nikt nie przyjechał. Sprawa jest nagłaśniana tylko w rocznicę, a potem znów zapada cisza.

    Burmistrz przyznaje, że nie chodzi na uroczystości pod pomnikiem ofiar. - Gdybym to zrobił, to nie czułbym się dobrze wewnętrznie - wyjaśnia. - Co ja bym potem swoim mieszkańcom powiedział? Ludzie chcą żyć teraźniejszością. Cieszyć się tym, że miasto wypiękniało i się rozwija.



    W przyszłość z historią

    W szkole nauczyciele rozmawiają z uczniami o tej bolesnej przeszłości.

    - Nie można nie mówić o problematyce Holocaustu, dlatego uczymy tego na lekcjach historii, języka polskiego, na godzinach wychowawczych. Uczymy również tolerancyjności dla innych nacji - zapewnia Ewa Frączek, dyrektorka Zespołu Szkół w Jedwabnem. Woli jednak mówić o historii Żydów w wymiarze ogólnym, niż o wydarzeniach w miasteczku przed 70 laty. Sprawa wzbudza zbyt wiele emocji.

    - To problem trudny dla Jedwabnego, bo dotyczy nas osobiście. Dlaczego mamy czuć balast tamtych wydarzeń? Przecież jesteśmy pokoleniem, które z tą zbrodnią nie miało nic wspólnego - dodaje dyrektorka.

    Burmistrz uważa, że nadszedł już czas pojednania. - Pora to wszystko załagodzić, porozmawiać z mieszkańcami, wysłuchać także ich racji. - Na pewno o historii nie zapomnimy, ale chcemy patrzeć w przyszłość - podkreśla.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (47)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (47) forum.poranny.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo