Jan Poleszczuk: Stałem się inteligentem w pierwszym pokoleniu

Marta Gawina
Marta Gawina
Prof. Jan Poleszczuk, dyrektor Instytutu Socjologii i Kognitywistyki, kierownik Zakładu Metodologii Badań Społecznych i Statystyki. Studia socjologiczne ukończył w 1982 roku na Uniwersytecie Warszawskim, na którym również uzyskał habilitację w 2005 roku. Doktorat obronił w Polskiej Akademii Nauk w 1988 roku (Socjologa humanistyczna a teoria kultury).
Prof. Jan Poleszczuk, dyrektor Instytutu Socjologii i Kognitywistyki, kierownik Zakładu Metodologii Badań Społecznych i Statystyki. Studia socjologiczne ukończył w 1982 roku na Uniwersytecie Warszawskim, na którym również uzyskał habilitację w 2005 roku. Doktorat obronił w Polskiej Akademii Nauk w 1988 roku (Socjologa humanistyczna a teoria kultury). Wojciech Wojtkielewicz
Pierwsze miesiące w Białymstoku poświęciłem na poznawanie miasta, tych jego miejsc, których nie znałem wcześniej - mówi prof. Jan Poleszczuk. - Musiałem się nauczyć korzystania z systemu opłat parkingowych. Kosztowało mnie to kilka mandatów za parkowanie zanim wykształciłem w sobie nawyk przezornego zaopatrywania się w kartki. Przyznaję, że czasem przesadzam jak neofita kłócąc się z tymi, co źle mówią o naszym mieście i regionie. Bo za łatwo dajemy sobie narzucać stereotypowe narracje - jak gdzieś pobiją obcokrajowca, to jest to tylko chuligański wybryk, jak w Białymstoku namalują swastykę na płocie, to jest to świadectwo głębokiej choroby społecznej, jakiejś „nieprzepracowanej” czarnej pamięci białej siły, która wymaga działań terapeutycznych, zawstydzenia.

Kurier Poranny: Kiedy los związał Pana właśnie z naszym regionem?

Prof. Jan Poleszczuk: Z przypadku, gdy los decyduje gdzie i kiedy się rodzimy. Z wyboru, gdy świadomie podejmujemy wędrówkę w poszukiwaniu miejsca do życia. Urodziłem się w Białowieży i choć rodzice wcześnie wyjechali do Warszawy, to praktycznie później przez całe życie nie traciłem z nią kontaktu. Miałem w niej babcię (pozostała mi po niej stara chata) oraz mrowie krewnych i powinowatych. Żył w niej również mój dobry anioł, który uratował mi życie, gdy topiłem się w rzece. Lata 50. to czas wielkiej wędrówki, z Białowieży część rodziny wyjechała do Białegostoku, inni do Warszawy, na Ziemie Odzyskane, ktoś - jeszcze przed wojną - ruszył w świat. Rozproszyliśmy się. Nie było Internetu i telefonów, podróże były kosztowne i męczące, a sztuka epistolarna nie była szczególnie pielęgnowana wśród ludzi biednych, we wcześniejszych pokoleniach - niepiśmiennych. Zdjęć niewiele się robiło, raczej przy większych okazjach (śluby i pogrzeby). Pamiątek jest niewiele. Pozostaje głównie żywa pamięć. A ona podlega różnym zniekształceniom - mitologizacji, nostalgii za tym, co minęło, znika z niej to, czego pamiętać nie chcemy. Rodzice wyemigrowali do Warszawy i całe moje życie (szkoły, praca, kariera) tam się toczyło, ale Podlasie, Białowieża i Białystok, w którym zamieszkała moja druga babcia, pozostały miejscami, do których zawsze mogłem pojechać, gdy przytrafiały mi się gorsze chwile w życiu.

W końcu jednak porzucił Pan dla Podlasia Warszawę. Żałuje Pan czasem tego wyboru?

To nie było porzucenie wynikające z rozczarowania. Ta migracja lat 50. to była również wędrówka, którą socjologowie nazywają „awansem społecznym”. Stałem się „inteligentem w pierwszym pokoleniu”, a jest to szczególny sort ludzi. Muszą się uczyć nowych wzorów kultury, stylów życia, postaw, których nie kształtowało ich środowisko rodzinne; swój „kapitał kulturowy” wypracowali sobie sami. I patrzą trochę z zazdrością na tych, którzy umiejętność jedzenia nożem i widelcem mają „w genach”. Zachowują dystans wobec tych wszystkich rytuałów określających przynależność do środowisk inteligenckich, trochę śmiesznych, trochę irytujących, gdy wyraża się w nich poczucie wyższości. Wreszcie nie jest im obcy lęk przed popełnieniem gafy zdradzającej pochodzenie ze wsi, z biedy, z innej grupy etnicznej czy religijnej. Są mniej pewni swej nowej tożsamości, pozycji społecznej. Jest w ich świadomości mieszanina uczuć: dumy z własnych osiągnięć i niepewności wartości tego, co osiągnęli. Oczywiście jedni pozbywają się kłopotów z tożsamością zapominając na śmierć skąd przyszli, inni - kpiąc z „inteligenckiej” pretensjonalności . Warszawa lat 50. i 60. to miasto imigrantów. Tworzyła się klasa średnia, nowe mieszczaństwo, inteligencja. Ponieważ przybyłem do Warszawy z dość niezwykłego miejsca, z którym nie utraciłem więzi, nie do końca wrosłem w tę nową społeczność. A niezwykłość Białowieży wynikała stąd, że był to niezwykły konglomerat społeczny. Park narodowy, przemysł leśny, turystyka, różnorodność kulturowa między Kościołem a Cerkwią, różnorodność etniczna (z dużą społecznością żydowską przed wojną), architektura typowa: trochę murowana, trochę drewniana, ni to małe miasto, ni to duża wieś. Stąd emigranci z Białowieży zasilali w Białymstoku i Warszawie warstwy średnie - nauczycieli, urzędników, woskowych, działaczy politycznych... I to było ważne, że wszyscy słyszeli o Białowieży: wiem, żubry, byłem na wycieczce szkolnej lub zakładowej. Duma rozpierała serce. I z Warszawą rozstałem się nie odczuwając wielkiej straty. Mam wrażenie, że byłem w niej tylko przejazdem.

Czym Pana zaskoczyło nasze miasto w pierwszych miesiącach pobytu? A teraz jeszcze czymś zaskakuje?

Pierwsze miesiące poświęciłem na poznawanie miasta, tych jego miejsc, których nie znałem wcześniej, infrastruktury, z której nie musiałem korzystać (usługi, lekarze, urzędy, księgarnie, komunikacja miejska). Musiałem się nauczyć korzystania z systemu opłat parkingowych (kosztowało mnie to kilka mandatów za parkowanie zanim wykształciłem w sobie nawyk przezornego zaopatrywania się w kartki). Miałem sporo czasu wolnego, więc chodziłem często na koncerty do filharmonii, teatru Węgierki, na spektakle Wierszalina, wystawy. Tyle „kultury wysokiej” nie wchłonąłem w Warszawie! To, co mnie zaskoczyło to „świąteczność” (elegancja strojów dam, dystyngowana postawa panów przychodzących na spektakle). W kontaktach w sferze usług mogłem dostrzec pozostałości tradycji - nie spieszy się, zrobi się, ale również rewerencję okazywaną profesorowi. W Warszawie nie zwracałem na to uwagi i czasem trochę byłem... onieśmielony. Ale przyzwyczaiłem się. A dziś miasto i region ciągle zaskakuje mnie dynamiką rozwoju : galerie, drogi, renowacje, porządkowanie przestrzeni wokół opery podlaskiej.

A jacy są białostoczanie, Podlasianie?

Siłą rzeczy moje doświadczenia głównie ograniczają się do kontaktów w środowisku uczelni, a w nim - jeśli mówimy o kadrze naukowej - sporo jest osób, które przyjechały z innych regionów, nie mieszkają w Białymstoku albo - jak ja - powróciły po latach na stare śmieci. Jest sporo młodych, zdolnych ludzi, nie musimy mieć kompleksów. Więcej wiedzy o Podlasianach mam z kontaktów ze studentami socjologii - mieszkańcami Białegostoku lub przybyszami z regionu (z małych miast, wsi). To są również imigranci. Szukają na uczelni wiedzy praktycznej, są mniej ekspansywni, aroganccy, uczą się ile mogą. Część z nich zakorzeni się w mieście stając się „inteligencją w pierwszym pokoleniu”. Odrębną kategorią są osoby spoza środowiska akademickiego (działacze kultury, działacze polityczni), dla których realizujemy wiele badań socjologicznych dotyczących na przykład uczestnictwa w kulturze, tolerancji, postaw politycznych, postrzegania korupcji, aspiracji, tożsamości. Podlasianie w dalszym ciągu charakteryzują się większym natężeniem postaw konserwatywnych (rodzina, religia, patriotyzm, identyfikacja narodowa), ale nie jest to zjawisko jednoznacznie negatywne, świadczące o zacofaniu, przeciwnie może mieć wiele pozytywnych konsekwencji dla integracji społecznej. Kiedyś poprosił mnie dziennikarz o komentarz do faktu, że na Podlasiu jest relatywnie mniej rozwodów niż w Polsce. Czy nie jesteśmy nowocześni? - pytał zatroskany. Nie - odparłem - świadczy to, że podejmujemy tak ważne decyzje życiowe z większą rozwagą, że dotrzymujemy zobowiązań i ogólnie, że odnosimy się do siebie życzliwiej. My jesteśmy nowocześni. Chyba go nie przekonałem. Zachowując się z rewerencją do tego, co mówi profesor nie polemizował, ale komentarza nie opublikował.

Czuje się Pan w tym regionie jak u siebie, czy raczej ciągle jako gość?

Nie czuję się jak gość hotelowy, którego nie obchodzą problemy pracowników hotelu, ich zaś - problemy życiowe gościa. A wszystko odbywa się w ramach neutralnego kontraktu. Być u siebie, to znaczy być z innymi w relacjach opierających się na zaufaniu i zobowiązaniach, relacjach których nie rozwiązuje się przez zmianę adresu. Takie relacje tworzą się w miejscu pracy, szczególnie gdy pełni się jakieś funkcje, w rodzinie, w działalności na rzecz miasta i regionu, identyfikacji. Czasem przesadzam jak neofita kłócąc się tymi, co źle mówią o naszym mieście i regionie. Za łatwo dajemy sobie narzucać stereotypowe narracje - jak gdzieś podbiją obcokrajowca, to jest to tylko chuligański wybryk, jak w Białymstoku namalują swastykę na płocie, to jest to świadectwo głębokiej choroby społecznej, jakiejś „nieprzepracowanej” czarnej pamięci białej siły, która wymaga działań terapeutycznych, zawstydzenia.

Różne badania pokazują, że Białystok to jedno z najlepszych miast do życia. To jakie są największe plusy naszego miasta?

Białystok jest młodym miastem społecznie i infrastrukturalnie. Kłopoty dużych miast-metropolii wynikają z przegęszczenia lub rozległości (problemy komunikacyjne). Białystok jest miastem średniej wielkości, dużo w nim przestrzeni miejskiej go zagospodarowania, jego mapa jest do ogarnięcia przez mieszkańca. Nie ma w nim getta wykluczonych i dzielnicy luksusu, kontrasty nie są duże, pozwalają na zachowania identyfikacji i integracji. Oczywiście mieszkańcy dostrzegać mogą bardziej subtelne różnice.

A są minusy?

Warszawa jest za blisko! Ale nic się na to nie poradzi. Trzeba dbać o to, aby młodzi ludzie z Białegostoku lub imigranci z regionu widzieli w naszym mieście miejsce na dobre życie. Może minusem jest brak małego lotniska, które pozwalałoby na większą mobilność. Można szybko LOT-em z Warszawy dolecieć na konferencję naukową w Paryżu, ale już wyprawa do Gdańska lub Lublina zajmuje kilkanaście godzin.

Jakie są Pana ulubione miejsca w Białymstoku?

Dworzec PKP. To miejsce, z którego wyjeżdża się w świat z nadzieją i wraca się z ulgą do domu. Ale myślę, że to jest raczej sentyment do klimatu z lat wczesnej młodości, atmosfery w zadymionym bufecie, gwarnej poczekalni, mitręgi stania w kolejce do kasy. To pierwsze doświadczenia podróżowania, poczucie młodzieńczej wolności na miarę tamtych czasów. Stąd ten dziwaczny sentyment. Dziś mogę kupić bilet w Internecie i przyjść na kilka minut przed odjazdem pociągu. Dworzec znika w wirtualnym świecie. Pozostaje mi w realu klimat dworca PKS. Ale to chyba też się niedługo zmieni. Nie mam jakichś szczególnych miejsc w Białymstoku, z którymi wiązałbym jakieś osobiste sentymenty. Moje wędrówki po mieście dziś wyznacza sieć sklepów (księgarni i tanich barów), aptek, warsztatów naprawczych, instytucji kultury. A przede wszystkim miejsce pracy, plac Uniwersytecki i piękne okolice Rynku Kościuszki. Prawdę mówiąc białostoczaninem jestem od czterech lat połowicznie. Przeniosłem się na wieś. Nie ma problemu z dojazdem (w Warszawie regułą jest strata dwóch godzin dziennie na dojazdy, a jak się trafi korek to można utknąć na pięć). Mam przyjaciela ze studiów, który przeniósł się z Warszawy i mieszka niedaleko. Mam Internet i jestem w ciągłym kontakcie ze światem. Świat się skurczył i wydaje mi się, że jestem w jego środku. Tu na Podlasiu jest moje miejsce i nie mam zamiaru się z niego ruszać.

Co by Pan zmienił w naszym mieście?

Może niech zmianami miasta zajmą się młodzi na miarę swoich potrzeb i marzeń. Niech tylko nie robią tego za szybko, abym się w nim nie zagubił.

Za chwilę Wielkanoc. Ponoć co region to tradycja. A jaka tradycja dominuje w Pana domu? Podlaska?

Święta to okazja do spotkania się w kręgu rodzinnym, na które na ma czasu w ciągu codziennej krzątaniny. Oczywiście wypełnia się tradycyjne rytuały związane z chrześcijańskim charakterem świąt w naszej kulturze (święconka) oraz ze starymi pogańskimi praktykami symbolicznego budzenia się przyrody do życia (śmigus-dyngus). Panie się odstawiają odświętnie. Dzieciaki się cieszą - mamy w rodzinie wujaszka, za którym przepadają (uwielbiają gdy je straszy, że je pożre). Unikamy dyskusji o polityce, aby się atmosfera nie skisiła. Jest okazja, by coś zjeść niecodziennego i wypić, może nie coś wyjątkowego, ale trochę więcej niż statystyczna norma. Podlaska tradycja w wersji „kosmopolitycznej”.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

"Galerie, drogi, renowacje" to stagnacja, a nie rozwoj.

Dodaj ogłoszenie