Jan Jakub Należyty: Trzeba być akwizytorem własnego talentu

Redakcja
Jan Jakub Należyty: Za śmieszne rzeczy zarabiam poważne pieniądze. A pewnie gdybym pisał poważne rzeczy, zarabiałbym śmieszne pieniądze.
Jan Jakub Należyty: Za śmieszne rzeczy zarabiam poważne pieniądze. A pewnie gdybym pisał poważne rzeczy, zarabiałbym śmieszne pieniądze.
Mamy do czynienia z pewną oczywistą arogancją wobec ludzi sztuki, których się wkłada do jednej szuflady z proszkiem do prania czy artykułem spożywczym - mówi Jan Jakub Należyty w rozmowie z Marylą Pawlak-Żalikowską.

 Z pewną taką nieśmiałością umawiałam się z Artystą, bo chcę z Nim porozmawiać nie o sztuce, nie o miłości czy kobietach, a o pieniądzach. Ale cóż – czasów doczekaliśmy takich, że z mlekiem matki mamy wysysać zmysł przedsiębiorczości i wiedzę o ekonomii dnia powszedniego. Jak w tych czasach czuje się Artysta zmuszony dbać nie tylko o natchnienia, ale i o dochody? Jan Jakub Należyty: – Dobrze się czuję, bo uważam, że dożyliśmy czasów ciekawych, choć niełatwych, bo dziś artysta stał się produktem. Czy to firmy fonograficznej, czy stacji komercyjnej, która ten produkt obrabia, wmawia ludziom wyjątkowość „swojego produktu”, który a to zatańczy, a to zaśpiewa. Zadaje się produktowi setki pytań na zupełnie idiotyczne tematy, byle produkt był interesujący dla tzw. szerokiej widowni.

Czyli mamy do czynienia z pewną oczywistą arogancją wobec ludzi sztuki, których się wkłada do jednej szuflady z proszkiem do prania czy artykułem spożywczym. Jednym słowem – doczekaliśmy odhumanizowania sztuki.

Zależy też oczywiście, co się robi. Osoba taka jak ja – pisząca i występująca jednocześnie – ma lepiej. Mogę kreować swoją rzeczywistość. Mogę wymyślać historie i zarabiać na nich, jeśli są dobrze napisane i zagrane. Jestem człowiekiem niezależnym i mogę decydować, czy chcę być produktem firmy X czy nie. Nie interesuje mnie rozpoznawalność mojej osoby – moją wartością jest rozpoznawalność mojego nazwiska. I w jakiejś mierze jest ono rozpoznawalne. Choćby przez to, że jest dosyć charakterystyczne.

Czasami pytano mnie nawet, czy to nie jest pseudonim A ja naprawdę nazywam się Należyty.

Łatwo się dorobić będąc dziś artystą? – Niewielu jest w Polsce artystów, którzy godzą Sztukę przez duże „S“ z dużymi dochodami. To są ci, którzy zapracowali sobie latami na swój sukces.

Jest też bardzo wiele osób, które z dnia na dzień stały się rozpoznawalne, bo np. występują w serialu X. Za tą rozpoznawalnością idą kontrakty estradowe, prowadzenie imprez. Za duże pieniądze.

Ale jak mówi Michał Bajor, jest różnica między sławą, a byciem znanym. Są ludzie sławni i są ludzi znani. Często znani tylko z tego, że są znani. Na sławę trzeba sobie było zapracować. A teraz bardzo łatwo z dnia na dzień zapracować na popularność.

Czyli – jak mówiłem – stajemy się produktami mediów. Ale są zacne wyjątki. Janusz Głowacki, znakomity dramaturg i pisarz, wystawiany na całym świecie, umie się znaleźć w rzeczywistości, będąc jednocześnie i celebrytą, i autorytetem. Ale do tego trzeba być człowiekiem i znanym, i inteligentnym. Co nie zawsze idzie w parze. Niektórym aktorom to inteligencja dziś przeszkadza w wykonywaniu tego zawodu. I na pewno nie wolno w nim przekroczyć tej granicy, poza którą aktor przestaje być znany z fantastycznych ról, a staje się znany z reklamy jakiegoś banku.

No chyba, że taką właśnie decyzję podejmie się świadomie i z wyboru. Niczym Marek Kondrat. – I tu właśnie wracamy do inteligencji… Dziś trzeba być w pewnym sensie akwizytorem własnego talentu. Kiedy teraz o wszystkim decydują producenci, trzeba umieć podpisać taką umowę, która nas nie krzywdzi. Skończyły się czasy, że bez czytania podpisywało się dokument i szło się śpiewać i grać.

Czy Pan siebie oddał w czyjeś ręce, czy radzi sobie sam z fakturami, paragrafami? – Umiem radzić. Ale umiem też korzystać z pomocy ludzi, którzy się na tym znają. Nie wykluczam sytuacji, że za czas jakiś w każdej dziedzinie mojej pracy zawodowej będzie mnie reprezentowała jedna osoba. Teraz nie ma takiej potrzeby.

Jestem człowiekiem żyjącym w świecie wyobraźni, ale potrafię go też zmaterializować i przekuć swoje potrzeby na konkretny wymiar finansowy.

A trzeba to umieć, bo wiadomo, że ludzie usiłują… co jest też normalne… kupić coś najtaniej, w tym pracę artysty, a sprzedać jak najdrożej. A jednocześnie są agenci, bez których ta branża nie istnieje. Artyści psioczą na nich. Oni na artystów…

Ale jedni bez drugich nie istnieją. – Dokładnie. Są nierozłączni. Jak płomień i zapalniczka, czy co tam jeszcze. Ja całe lata współpracuję z Agencją Koncertowo-Promocyjną Syndykat Artystyczny i bardzo to sobie chwalę. Razem z Leszkiem Kwiatkowskim wyprodukowaliśmy np. przedstawienie „Andropauza – męska rzecz”.

Wiem doskonale, że biznes rozrywkowy, a konkretnie jego teatr może być źródłem zupełnie niezłych dochodów. Stąd moje z wolna realizujące się plany założenia własnego teatru w Krakowie. Niewykluczone, że od jesieni zaczniemy. Ale to za wcześnie, żeby opowiadać szerzej. Poczekajmy aż rzecz nabierze kolorów.

Kiedyś wyrazem pogardy było określenie, że ktoś gra czy śpiewa do kotleta. Teraz równie pejoratywne bywa rzucenie: O sprzedał się dla komerchy.

– Ale co my rozumiemy przez pojęcie komercji? Niektórzy dyrektorzy niektórych teatrów nie chcą wystawiać komedii, bo ich zdaniem to rzecz komercyjna, czyli zła. Odbijam wtedy piłeczkę i pytam: Czy dobry teatr to ten, na przedstawienia którego nie przychodzą ludzie? Lub jest ich mało? Czy gdy na komedii mamy pełne sale, to jest to „komercja” czy działalność artystyczna? Czy niszowość jest wyznacznikiem sztuki wyższej?

A może ktoś, kto gardzi tak definiowaną „komercją” czyli szeroką widownią, po prostu zazdrości. Nie umie się spełnić i tej swojej niszy przydaje szczególnego znaczenia?

Wielokrotnie dyskutowało się – czym było disco polo...

W Białymstoku – czym jest disco polo. – Zjawiskiem złym? Według mnie nie. Nie mam nic przeciwko niemu, tylko ja akurat w tej dziedzinie się nie sprawdzam. Ma ono może niewielką wartość artystyczną, ale daje radość tłumom. A ja nie mam nic przeciwko radości tłumów. Wolę, żeby tłum się cieszył niż szedł na barykady. Chyba, że w słusznej sprawie.

Z całego serca popieram. – Jestem człowiekiem szczęśliwym i spełnionym zawodowo, bo to co piszę, daje ludziom radość. A przede wszystkim piszę komedie, czyli rzeczy śmieszne oglądane przez te lata przez dziesiątki tysięcy widzów.

„Andropauza” ma rekordową liczbę przedstawień, a w internecie czasem czytałem, że to tani humor. Nie. To może nie jest sztuka, która zmieni świat, ale na pewno bez słowa wulgaryzmu daje ludziom radość. Mimo że jest o sprawach smutnych – przemijaniu, starości, beznadziei niespełnionych marzeń. To na pewno nie jest tani humor. Raczej źródło nadziei, że ze względu na pamięć przeszłości nawet na starość możemy zacząć żyć normalnie.

I za te śmieszne rzeczy zarabiam poważne pieniądze. A pewnie gdybym pisał poważne rzeczy, zarabiałbym śmieszne pieniądze.

To oczywiście uproszczenie. – Oczywiście, ale trochę tak to jest. Z tym, że ja podpisuję się pod każdym swoim przedstawieniem. Nie każdemu musi się to podobać, ale wszystko napisałem w zgodzie z samym sobą i nigdy nie zejdę poniżej wyznaczonego sobie poziomu.

Proszę mi wierzyć, że czas, w którym żyjemy nie jest czasem dla miernot. Za realnego socjalizmu prawie każdy mógł być artystą. Teraz rynek weryfikuje nasze zdolności.

Zawody artystyczne polegają na bezczelności. Ktoś, kto np. śpiewa i wychodzi na scenę, zabiera przecież ludziom czas i jeszcze każe sobie za to płacić. Ja przygotowuję przedstawienie i też, wystawiając je, zabieram widzom czas. Moimi umiejętnościami muszę udowodnić, że ten czas zabieram im słusznie.

Tak czy siak, żyjemy w czasach dla ludzi z wyobraźnią, marzycieli, ale przede wszystkim dla tych, którzy chcą i potrafią realizować te swoje marzenia.

Czy dorobił się Pan na tej swojej sprzedaży marzeń dajmy na to wypasionego domu, kilku samochodów lub stadniny koni? – Ani koni. Ani domu wypasionego. Mam wypasiony samochód. Jeden.

I jest pan zadowolony? – Tak. I jestem pewien, że będzie tylko lepiej. o taką pointę mi chodziło.

Dziękuję za rozmowę.

Jan Jakub Należyty:

To krakowski autor i aktor, piosenkarz i konferansjer, kabareciarz i felietonista, scenarzysta i reżyser. Specjalizuje się w piosence francuskiej J. Brela, CH. Aznavoura, G. Becauda, Garou. Białemustokowi jest szczególnie bliski. Na deskach Teatru Dramatycznego wystawiał recital „Gigi L’Amoroso”, a jego sztuka „Trzy razy łóżko” wygrała w finale I Ogólnopolskiego Konkursu Małych Form Dramaturgicznych 1-2-3 (spośród 125 innych tekstów). 5 marca br. w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku miała miejsce premiera kolejnej jego sztuka „Baby Blues”. W najbliższym czasie będzie ją można zobaczyć 5 i 6 kwietnia.
 

Kredyt hipoteczny, to coraz większe ryzyko. UOKiK ostrzega.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie