Jak cerkiew, to na wieki

    Jak cerkiew, to na wieki

    Małgorzata Sadłowska-Suprun

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Księdzu Jankowskiemu parafian może pozazdrościć niejeden proboszcz. I prawosławny, i katolicki. Bo wschodnie krańce Białostocczyzny biedne są i wyludnione, a tu raptem ludzie skrzyknęli się i cerkiew w Nowej Łuce wybudowali. Sami. Piękna, jak w bajce.
    - Jak w 1976 roku objąłem probostwo, to miałem 565 rodzin i 1800 dusz - opowiada ksiądz Leonidas Jankowski. - Pięć szkół, w tym trzy pięcioklasowe i dwie ośmioklasowe, razem sześćset dzieci. A dzisiaj? Nie mam żadnej szkoły i żadnych dzieci na religii, bo te, co tu jeszcze mieszkają, dowożone są do Narewki. I zostało mi tylko 260 rodzin i 800 osób. A z tych 260 rodzin, to albo tylko dziadek, albo babcia. Starzy, samotni. Małżonkowie pomarli, dzieci wyjechały... Co tu zresztą gadać... W Ochrymach są tylko dwie krowy na 40 rodzin, a w Lewkowie żadnej.
    Ale ksiądz ma i tak się czym chwalić. Parafia prawosławna w Lewkowie Starym to na pewno jedna z najstarszych - mówią już o niej stare zapiski z 1505 roku. I tak stara jest modrzewiowa cerkiew w Lewkowie, którą ufundował książe Masalski.
    Teraz parafia Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Lewkowie Starym obejmuje 13 okolicznych wsi. Ksiądz Jankowski pamięta czasy, gdy udzielał po 30 ślubów rocznie i chrzcił po kilkadziesiąt dzieci. A dziś?
    - Pierwszy ślub w tym roku będzie 7 października - mówi. - Dzieci chrzciłem troje. Jedno nasze, dwoje z Białegostoku. Dziadek zrobił chrzciny, no to tutaj przyjechali chrzcić. Więcej tu ludzi umiera, niż się rodzi i żeni.

    Nowa Łuka
    Ksiądz Jankowski pamięta też doskonale Łukę.
    - Piękna wieś nad Narwią, 140 rodzin - wspomina. - A potem przyszło nowe. Wszystkich wysiedlili, domy i gospodarstwa zalali wodą. Na moich oczach to wszystko wymierało.
    Tam, gdzie była Łuka, Budy i trzy inne wsie, powstał zalew Siemianówka. Rdzenni mieszkańcy rozproszyli się po okolicy - zamieszkali w blokach w Bondarach, Michałowie, w Białymstoku.
    Kilku gospodarzy nie chciało wyjeżdżać - otrzymali ziemię do uprawy tuż obok zalewu.
    - I tak w 1987 roku siedem rodzin założyło Nową Łukę - mówi ksiądz.
    Dziś ładnie tu i bogato. Gospodarstw rolnych dalej tylko siedem, ale za to domów - ponad setka. Wszystkie letniskowe. Lekarze, inżynierowie, dyrektorzy... 9-arową działkę kupują tu za 12-15 tysięcy złotych.
    Latem w Łuce gwarno jest i wesoło. Zimą pusto i trochę smutno.
    I jakby na przekór temu powstała tu właśnie cerkiew - dla tych siedmiu rodzin i przyjezdnych letników.
    - Jak były lata chude, to może i przyjdą tłuste - z nadzieją w głosie mówi ksiądz.
    Niedawno z wielką pompą odbyło się poświęcenie nowej cerkwi.
    - O, uroczystość była taka, że ho, ho! Ze 30 batiuszków przyjechało, sam metropolita Sawa też u nas był. I nasz wójt, i wicewojewoda - wspomina jeden ze starszych mieszkańców wsi, Mikołaj Stocki.

    Na pamiątkę wysiedlonych
    Nowa cerkiew - druga w parafii (po tej w Lewkowie Starym) - to pomysł księdza.
    - Postanowiłem przed laty, z tą starą gwardią ludzi, której część już dzisiaj nie żyje, wybudować pomnik ludzi wysiedlonych - mówi.
    Pomysł dojrzał, gdy ksiądz wiele miesięcy spędził w gipsie, po poważnym wypadku samochodowym. Przeżył, dziękował Bogu i postanowił zbudować pomnik-kaplicę.
    Pozwolenie miał już w 1996 roku. Najpierw stanął krzyż, poświęcone zostało miejsce. Potem nastąpiła długa przerwa. Budować? Nie budować? Skąd wziąć pieniądze?
    A jak już ruszyła budowa, to wyszła nie kaplica, a cerkiew.
    Do pracy ruszyli bowiem młodzi - synowie wysiedlonych przed laty, wykształceni, szybcy i wciąż związani z ziemią ojców.
    W czerwcu 1999 roku wmurowany został kamień węgielny, a dwa lata później odbyła się pierwsza święta liturgia i poświęcono krzyże na kopułach. W tym roku cerkiew została całkowicie wykończona. Ludzie wybrali patrona - proroka Eliasza.

    Wszystko czynem
    Ile cerkiew, tak szybko zbudowana, kosztowała? Ksiądz nie wie.
    Projekt z roku 1991 zakładał, że 350 starych milionów złotych. Sama cegła ze 180 milionów. Ale wtedy ikona kosztowała milion, a dziś - po wielkich zniżkach w szkole w Bielsku - tysiąc złotych. Wszystko co najmniej kilka razy podrożało, no i starą złotówkę zastąpiła nowa.
    - A ja w ręku nie miałem ani grosza. Ponad 90 procent to pieniądze i własna praca ludzi - mówi ksiądz.
    Takiego czynu społecznego od dawna w okolicy nie było.
    Pomagali wszyscy - parafianie i letnicy - prawosławni i katolicy. Dawali na tacę po 5, 10 i 50 zł, a potem przychodzili pomagać. Nosili cegły, mieszali zaprawę, kopali, murowali, sprzątali.
    Na kartce, ręcznie zapisanej, ksiądz Jankowski ma ponad 50 wymienionych sponsorów. Ten dał cegły, ten cement, kto inny stal na zbrojenie i drewno. Jedna z firm dostarczała napoje, inna chleb, bułki i rogale robotnikom. Ktoś za darmo wykonał instalację elektryczną, ktoś inny kupił żyrandole i kinkiety.
    Wielkie firmy, znane w całym regionie i małe, rodzinne biznesy. Wiele osób prywatnych. Ponad połowa chce pozostać anonimowa. Jak białostocki biznesmen, produkujący meble.
    - To on był motorem napędowym - mówi ksiądz.
    Biznesmen, korzystając ze swoich znajomości, załatwił wiele rzeczy. I sam zapłacił za pokrycie dachu, położenie posadzki, otynkowanie wewnątrz i zewnątrz.... Jego brat ze Szwecji przywiózł blachę do pokrycia dachu.
    - Majstrowie materiał przywozili, potem robili, a on płacił.
    Sponsor nie chce w ogóle o tym mówić.
    - Po co? To sprawa religijna - ucina krótko rozmowę.

    Składali się i budowali
    Miejscowi, ci którzy w Nowej Łuce mieszkają, też nie są zbyt rozmowni. Tak, jakby wybudowanie cerkwi za własne pieniądze i dzięki własnej pracy było czymś zwyczajnym...
    Na przykład rodzina Stockich. Syn Jarosław, który w nadleśnictwie na co dzień pracuje, najpierw teren pod cerkiew przygotował, potem drzewo załatwiał, cegły nosił, fundamenty pomagał robić. A na koniec wszyscy Stoccy dzwony za 8 tysięcy ufundowali (a jeździli po nie aż za Kraków) i ikonę do ikonostasu z Bielska przywieźli.
    Budowy na co dzień pilnował Wiaczesław Korolczuk - społeczny szef komitetu budowy. Żona Maria była skarbnikiem.
    - Jak tylko jakieś pieniądze ktoś wpłacał, od razu szły na zakup potrzebnych materiałów - mówi.
    - Szukaliśmy wśród znajomych tych, co mogli coś dać, aby wspomóc budowę - dodaje Wiaczesław. Na co dzień rolnik na 20 hektarach, a po pracy stolarz z zamiłowania, przygotował cały ołtarz z drewna.
    Ikonostas z Bielska Podlaskiego - ponad 32 tysiące złotych po wielu zniżkach! - ufundowali w całości ludzie. Składali się, jechali do Bielska, wybierali po jednej ikonie i przywozili.
    Na co dzień cerkiew jest zamknięta. W niedziele odbywa się jedno nabożeństwo. Czasem jest 20, czasem więcej wiernych.
    - Cerkiew, jak się już postawi, to na wieki. Na pewno będą ludzie do niej chodzić - Wiaczesław Korolczuk jest tego pewien.
    A ksiądz Jankowski o swoich parafianach mówi: - To po prostu dobrzy ludzie. I przywiązani do tej ziemi.
    Cerkiew - pomnik wysiedlonych, marzenie swojego życia już wybudował. Teraz nieśmiało marzy o kolejnym przedsięwzięciu - obok cerkwi jest jeszcze sporo wolnego miejsca. Można by tak wybudować dom. Nie, nie plebanię, tylko dom dla dzieci z ubogich rodzin, które latem mogłyby tu przyjeżdżać i odpoczywać. Spokój tu, cisza, powietrze świeże, wokół las i woda. Może znowu dobrzy ludzie pomogą?

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Poranny.pl poleca

    Wideo