Istotą budżetu obywatelskiego jest dyskusja z mieszkańcami

Tomasz Maleta [email protected]
Z  budżetu obywatelskiego należy korzystać mądrze, w sposób zaplanowany i bez pośpiechu - nie ma wątpliwości Katarzyna Sztop-Rutkowska
Z budżetu obywatelskiego należy korzystać mądrze, w sposób zaplanowany i bez pośpiechu - nie ma wątpliwości Katarzyna Sztop-Rutkowska Anatol Chomicz
Udostępnij:
Mieszkańcy wiedzą, jakiego chcą miasta, osiedla - a samorządowcy czy politycy powinni w ten głos się wsłuchać i według tego podejmować decyzje w trakcie zarządzania naszym miastem - mówi dr Katarzyna Sztop-Rutkowska, socjolożka z Uniwersytetu w Białymstoku i Fundacji SocLab.

Od 20 czerwca białostoczanie ponownie mogą głosować na projekty w ramach drugiego już budżetu obywatelskiego. W powszechnej opinii uważa się, chociażby przez pryzmat liczby wniosków czy oddanych głosów, że ubiegłoroczna, premierowa edycja była sukcesem.

Z pewnością dobrze stało się, że budżet obywatelski pojawił się w tamtym roku w Białymstoku. Jest to jedna z metod współdecydowania mieszkańców o tym, jak wygląda ich miejsce zamieszkania. Narzędzie to ma ogromny potencjał, ale trzeba go używać mądrze, w sposób zaplanowany i bez pośpiechu.

No właśnie, głosujemy już nad drugą edycją, choć do tej pory z tej pierwszej nie został zrealizowany żaden zwycięski projekt.

Główną ideą budżetów obywatelskich jest wzmocnienie więzi lokalnych - miejskich czy osiedlowych. Stworzenie przestrzeni do spotkania się np. sąsiadów, pasjonatów sportu czy rodziców małych dzieci na osiedlu po to, by mogli przedyskutować i wspólnie podjąć decyzję, czego im potrzeba w miejscu, w którym mieszkają. Istotą budżetu obywatelskiego jest więc wspólna dyskusja i wspólne podejmowanie decyzji przez mieszkańców, czyli deliberacja.

Na tej idei już podczas premierowego rozdania pojawiły się jednak rysy?

Zarówno w poprzedniej, jak i w obecnej edycji budżetu obywatelskiego zbyt mało zwracano uwagi właśnie na ten początek. Głosowanie na projekty to tak naprawdę przysłowiowa wisienka na torcie. A mam wrażenie, że tym większość z nas najbardziej się emocjonuje. W pierwszej edycji bardzo dużym brakiem była mała współpraca urzędników i mieszkańców, słaby przekaz informacji np. jak oszacować planowaną inwestycję.

W tym roku dyskusji zabrakło, bo na społeczne konsultacje prebudżetowe nie zgodzili się radni.

Raczej powiedziałabym, że zaproponowana przez prezydenta Tadeusza Truskolaskiego uchwała - poprzez swój bardzo napięty harmonogram - nie dała szansy mieszkańcom na to, by mogli wspólnie określić lokalne potrzeby i wynegocjować, jakie projekty będą zgłoszone. Budżet obywatelski jest bardzo dobrym narzędziem do tego, by pobudzić taką aktywność. Nasza demokracja ma na tyle krótki staż, że tak naprawdę musimy wszyscy nauczyć się rozmawiać, debatować i spierać się. Konflikt jest w demokracji czymś naturalnym, ale nie musi prowadzić do destrukcji i wrogości. Zamieszkując jedno osiedle oczywiste jest, że mamy różne potrzeby, ale bez dobrej, konstruktywnej rozmowy możemy tylko rywalizować ze sobą albo wzajemnie się niszczyć. Czas przygotowywania budżetu na osiedlu może być taką szkołą demokracji, na skalę naszych lokalnych potrzeb i sporów. Mogę powtórzyć jeszcze raz, że czas deliberacji, czyli dyskusji i negocjacji wśród mieszkańców jest solą budżetu obywatelskiego.

Skoro jej zabrakło, to współodpowiedzialność mieszkańców za miasto - nawet w tym niewielkim zakresie, jakim jest budżet partycypacyjny - tak na dobrą sprawę staje się chyba iluzoryczna. To urzędnicy niezmiennie ustalają "reguły gry" (m.in. zasady przeprowadzenia budżetu partycypacyjnego, jego tematykę, czy kryteria wyboru składanych w jego ramach propozycji), a białostoczanie tym rygorom muszą się podporządkować.

Nie do końca tutaj zgodzę się: budżet obywatelski musi mieć określone ramy. Pod koniec 2013 roku wspólnie (również z częścią urzędników) wypracowaliśmy zasady dobrego budżetu obywatelskiego w Białymstoku i część z naszych postulatów zostało wprowadzonych do nowej uchwały o budżecie na 2015 rok. Z pewnością prezydent i radni powinni bardziej otworzyć się na głos mieszkańców, w tym również organizacji pozarządowych. Bardzo ważne jest, żeby nie bać się wprowadzać zmian. Zwłaszcza wtedy, gdy coś można zrobić lepiej. Miasto powinno konsultować jak najszerzej zasady budżetu.

Z drugiej strony, może radny czy urzędnik za biurka są w stanie się domyśleć, czego potrzeba na poszczególnych osiedlach? Tym bardziej że wśród pomysłów obywatelskich dominują projekty inwestycyjne, zwłaszcza remonty ulic, chodników, budowa parkingów.

Dobry radny powinien te potrzeby znać, ale nie o to chodzi, by ktoś podejmował decyzje za mieszkańców. Od początku w budżecie obywatelskim, tj. od modelu realizowanego w brazylijskim Porto Alegre, chodzi o inicjowanie i wspieranie dialogu, dyskusji pomiędzy samymi mieszkańcami, a nie mieszkańcami a władzą lokalną.

Dominacja projektów twardych to - moim zdaniem - duże ograniczenie pola wyboru. Jesteśmy już na takim etapie rozwoju lokalnego, że trzeba myśleć o tym, co w istniejących budynkach, np. osiedlowych domach kultury może się dziać, jaką ofertę kulturalną związaną z czasem wolnym interesują się mieszkańcy osiedla czy miasta. Poza tym rozwój lokalny ma swoje podstawy przede wszystkim w tym, co nazywamy kapitałem społecznym mieszkańców, a on w dużej mierze bierze się z intensywnych kontaktów, z budowania zaufania i chęci współdziałania ludzi sobie obcych, spoza kręgu rodzinnego. To jest największa słabość naszych miast. Myślę, że dzięki licznym inwestycjom - zmiany w infrastrukturze nie są już aż tak "palącą" potrzebą. Trzeba równie wiele, a być może i więcej inwestować w ludzi i w relacje miedzy nimi.

Urzędnicy bronili się przed umieszczeniem w puli projektów obywatelskich tych z pogranicza edukacji i kultury, bo wiele z nich - ich zdaniem - nie da się przeprowadzić w oparciu o obowiązujące w kraju prawo przetargowe.

Oprócz trybu przetargowego można wykorzystać np. konkursy ofert dla organizacji pozarządowych, które mogłyby realizować te społeczne działania. Takie konkursy co roku są ogłaszane przez miasto. Dzięki budżetowi obywatelskiemu mogłyby być jeszcze bardziej powiązane z realnymi potrzebami mieszkańców. Pewne działania mogłyby być podejmowane również przez np. miejskie instytucje kulturalne.

Czy w tym roku mieszkańcy mieli na tyle silne wsparcie ze strony urzędników, które dawało nadzieję na napisanie dobrego projektu. Pytam o to, bo do fazy głosowania zakwalifikowały się jedynie 56 pomysły ze 102 zgłoszonych.

O to warto zapytać samych mieszkańców, którzy pisali projekty. Moim zdaniem mobilizacja urzędów w tym roku była znacznie większa niż w pierwszej edycji. Oczywiście może być zawsze lepiej - zwłaszcza jeśli chodzi o czas na przygotowanie projektów: w tym roku było go zdecydowanie za mało. Niepokojące jest również to, że tak dużo projektów w tym roku nie przeszło oceny merytorycznej - było niedoszacowanych pod kątem nakładów na inwestycję czy zlokalizowane na terenie, którego właścicielem nie jest miasto. Trudno ocenić, jaka jest tego przyczyna. Warto byłoby zapytać o to samych projektodawców.

Technicznie tegoroczne głosowanie znacznie się różni od tego sprzed roku: białostoczanie mogą wskazać trzy projekty ogólnomiejskie i trzy osiedlowe. Czy taki podział jest zasadny? Przecież z istoty budżet obywatelski ma wspierać pomysły, które służą ogółowi mieszkańców.

Moim zdaniem podział ten jest słuszny. Pozwala zaspokoić również potrzeby mniejsze, związane bezpośrednio z miejscem zamieszkania. Jeśli przyjąć zasadę, że zgłaszane projekty są efektem publicznych debat, to skala osiedla jest dobra, by przeprowadzić realistycznie taki proces dyskusji. Poza tym dla wielu osób wspólnota miejska w 300 tysięcznym mieście jest dość abstrakcyjna. Większość z nas spędza swój czas właśnie na osiedlu, tutaj bawią się nasze dzieci, czy spotykają się seniorzy. Takie myślenie dwutorowe: osiedle i miasto jako całość dobrze odzwierciedla realne potrzeby mieszkańców.

Może przyszedł czas na reaktywację w Białymstoku rad osiedlowych i rozdzielenie puli budżetu obywatelskiego na poszczególne dzielnice.

Osobiście jestem przekonana, że reaktywacja rad osiedla może być dobrym pomysłem, ale nie na zastąpienie budżetu partycypacyjnego. Takie rady mogą wspierać proces deliberacji na osiedlu czyli dyskusji, ale nie mogą podejmować decyzji za mieszkańców.

W tym roku do głosowania dopuszczono osoby, które przekroczyły 16. rok życia oraz studentów, którzy nie są zameldowani w Białymstoku. Z jednej strony poszerza to bazę obywatelską, ale też może narazić ideę budżetu na wypaczenia. Środowiska sprawnie medialnie, zwłaszcza w internetowym świecie społecznościowym, mogą pokusić się o "zawłaszczenie budżetu." A wtedy dobre i potrzebne projekty, ale z mniejszą siłą oddziaływania, nigdy się nie przebiją. Przykładem jest chociażby głosowanie w ramach budżetu obywatelskiego województwa podlaskiego, gdzie wygrał projekt studenckiej telewizji w Białymstoku.

To niebezpieczeństwo "zawłaszczenia budżetu" może być zmniejszone właśnie poprzez podział na pomysły ogólnomiejskie i osiedlowe - w tych drugich jest szansa na przebicie się mniejszych projektów. Mobilizacja pewnych grup społecznych np. studentów jest moim zdaniem dobrym objawem - o to właśnie chodzi w budżecie partycypacyjnym. Oczywiście jest pewne niebezpieczeństwo, że grupy słabsze społecznie, które mieszkają na bardziej zaniedbanych obszarach miejskich mają mniejsze szanse na zdobycie odpowiedniej liczby głosów. Dlatego np. w Porto Alegre, wzorcowym budżecie partycypacyjnym, stosowano tzw. inwersję priorytetów inwestycyjnych, czyli wspierano bardziej obszary zaniedbane, biedniejsze. Tu pole do popisu mają organizacje pozarządowe czy ruchy miejskie, które powinny wspierać swoją wiedzą i umiejętnościami grupy słabsze społecznie. Z tego względu w tym roku Fundacja SocLab wspiera grupę seniorów na osiedlu Centrum, nie tylko na etapie przygotowania wniosku, ale również promocji i zdobywania głosów mieszkańców. W następnym roku planujemy wspierać opracowywanie projektów i ich promocję wśród mieszkańców osiedli socjalnych w Białymstoku.

Co do bardziej otwartych zasad głosowana jestem przekonana, że to był ruch w dobrą stronę. Zresztą to był jeden z naszych postulatów. Bardzo nam zależało z jednej strony na włączenie np. studentów, którzy mieszkają w Białymstoku, jak również młodych ludzi, którzy dzięki budżetowi partycypacyjnemu mogą poczuć bakcyla "działania" i stać się dzięki temu bardziej świadomymi obywatelami.

Czy jest szansa na to, by budżet obywatelski był jeszcze bardziej obywatelski. Pytam o to, bo nie sposób odnieść wrażenia, że przez niektórych traktowany jest jako rezerwowa ścieżka zadośćuczynienia za przegrane podejścia do miejskich pieniędzy w innych konkursach lub niemożności ubiegania się o kolejne, także przez jednostki organizacyjne gminy.

Z pewnością projekty zgłaszane do budżetu powinny mieć charakter publiczny tzn. dana inwestycja powinna służyć wszystkim. Moim zdaniem nie powinno być tak, że w taki sposób remontujemy szkołę czy budujemy przy niej boisko, z którego mogą korzystać tylko uczniowie.

Głosowanie na projekty w ramach budżetu obywatelskiego wypada w roku wyborów samorządowych. To rodzi pokusę wykorzystywania idei partycypacyjnej do celów politycznych. Byliśmy tego świadkami w lutym, gdy w radzie miasta trwała nieustająca wymiana zdań w walce o to, kto ma być bardziej obywatelskim. A nawet teraz, tuż przed głosowaniem pojawiały się głosy oburzenia ze strony niektórych radnych na innych radnych za plakaty wzywające do udziału w głosowaniu na budżet obywatelski. Niby z jednej strony są one tylko przejawem kampanii informacyjnej, z drugiej - kalka tego, co działo się w 2011 roku, gdy kandydaci z innymi kampaniami informacjami wystartowali na długo przez oficjalnymi terminami wynikającymi z prawa wyborczego. Takim szczytowym przykładem był afisz radnej (startującej za kilka tygodni do Sejmu) o potrzebie świeżej krwi. Czy nie lepiej byłoby jednak pokusić się o swoisty Pax Bialostocana: w roku elekcji samorządowej nie organizuje się głosowania nad budżetem obywatelskim?

Jestem za tym, by uczyć się dojrzałej demokracji, a więc tego, że np. kandydaci na przyszłych radnych podejmując pewne działania muszą liczyć się z tym, że ich odbiorcami są myślący obywatele, którzy znają się na "zagrywkach wyborczych". Myślę, że jeśli budżet obywatelski czy partycypacyjny będzie skoncentrowany na lokalnych debatach i wspólnym ustalaniu potrzeb, to nawet wybory samorządowe czy parlamentarne nie będą wielką przeszkodą. Mieszkańcy wiedzą, jakiego chcą miasta, osiedla - a samorządowcy czy politycy powinni w ten głos się wsłuchać i według tego podejmować decyzje w trakcie zarządzania naszym miastem.

W roku wyborczym o wiele ważniejsze znaczenie ma chyba jednak to, komu powierzymy nadzór na głównym budżetem miasta. Tym bardziej, że wydatki majątkowe samorządów to gigantyczne pieniądze bez obywatelskiej kontroli innej niż kartka wyborcza raz na cztery lata.

Mam nadzieję, że budżet obywatelski zwróci nam wszystkim uwagę na to, że cały budżet, którym czasowo zarządza prezydent i radni jest naszym budżetem, budżetem mieszkańców. Głosując co cztery lata powołujemy zarządców nad naszymi pieniędzmi, warto tę decyzję podjąć świadomie, tak jakbyśmy mieli wybierać tych, którzy zarządzać mają naszym osobistym portfelem.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie