Inwestycje samorządów zagrożone przez ministra

Aneta Boruch
Jeśli minister finansów postawi na swoim, Białystok stanie przed trudnym wyborem
Jeśli minister finansów postawi na swoim, Białystok stanie przed trudnym wyborem Wikipedia
Jacek Rostowski chce, by deficyt samorządów w 2012 roku nie przekraczał 4 proc. ich dochodów. W kolejnych latach ten limit miałby dalej maleć. Samorządowcy twierdzą, że ograniczenie możliwości zadłużania się zmusi ich do rezygnacji nie tylko z nowych inwestycji.

Zmartwił się Pan planami ministra finansów, który chce ograniczyć samorządom możliwość zadłużania się?
Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku:
- Te plany zarazem mnie zmartwiły, jak i zaskoczyły, bo przecież już teraz są ustawowe normy ostrożnościowe, które mówią, że zadłużenie samorządu nie może przekroczyć 60 proc. dochodów. Stąd zaskoczenie, że chce się wprowadzić dodatkowe obostrzenia i że dotkną one wszystkich, nie tylko tych, których budżety rzeczywiście nie są w najlepszym stanie, ale nawet tych, którzy odkładali swoje inwestycje na kolejne lata, nie biorąc kredytów. Czyli "ukarani" zostaną także ci, którzy nie zadłużali się wcześniej. My akurat jesteśmy pośrodku - nasz poziom zadłużenia na koniec 2010 roku wynosił około 33 proc., czyli generalnie nie był wysoki. Mieliśmy drugie najmniejsze zadłużenie w kraju wśród dużych miast, tuż po Katowicach. Możliwości mamy więc dosyć duże, ale przy wprowadzeniu tych ograniczeń, nie moglibyśmy z nich skorzystać.

Jakie będą dla Białegostoku skutki wejścia w życie tych planów?

- Mimo wszystko mam nadzieję, że te plany w takim zakresie nie wejdą w życie. Dlatego, że w najgorszym wypadku mogłoby to grozić niemożnością wywiązania się z już zawartych umów na realizację wielu inwestycji. W efekcie ich wykonawcy mogliby wystąpić do miasta o odszkodowania. W najlepszym wypadku konieczna byłaby jedynie zmiana harmonogramów tych inwestycji i rozciągnięcie ich realizacji w czasie. Przy inwestycjach własnych, finansowanych w stu procentach z budżetu miasta nie byłoby to większym problemem. Ale przy unijnych wymagałoby to zgody instytucji zarządzającej, a nie wiadomo czy ta by jej udzieliła. Słowem, byłaby to kolejna niewiadoma.

Jakie inwestycje musiałyby zostać wstrzymane?

- Na pewno wstrzymane byłyby prawie wszystkie finansowane w stu procentach z własnego budżetu - np. te związane z termomodernizacjami, boiska sportowe, drogi osiedlowe. Ich realizacja byłaby raczej niemożliwa.

Natomiast za wszelką cenę należałoby realizować inwestycje z dofinansowaniem unijnym. Ich wstrzymanie groziłoby wieloma konsekwencjami. Z jednej strony utratą dotacji, z drugiej - niewywiązaniem się z harmonogramów i w rezultacie pozbawieniem nas tej dźwigni finansowej. Oczywiście, staralibyśmy się dokończyć wszystkie rozpoczęte projekty. Trzeba jednak brać pod uwagę, że gdyby to rozporządzenie weszło w życie, to moglibyśmy zadłużyć się w następnym roku na poziomie 60 milionów złotych, a na wkład własny do projektów unijnych potrzebujemy około 140 mln złotych. Powstaje więc pytanie skąd wziąć resztę.

Odpowiedzi jednoznacznej nie ma. Prawdopodobnie trzeba byłoby oszczędzać na wydatkach bieżących np. dofinansowaniu działalności organizacji pozarządowych, tych związanych ze sportem. Czyli tych, dzięki którym miasto w tej chwili żyje i jest bardzo dobrze postrzegane przez mieszkańców.

Będzie Pan protestował przeciwko temu posunięciu razem z innymi samorządami i próbował przekonać ministra do zmiany planów?

- Unia Metropolii Polskich, do której należy Białystok, przedstawiła w tej sprawie bardzo jasne i zdecydowanie stanowisko. Myślę, że należałoby jeszcze rozmawiać o tym z premierem i ministrem finansów na poziomie organizacji skupiających samorządy. Jedno takie spotkanie już się odbyło.
I nie w tym rzecz, że my, samorządowcy, negatywnie oceniamy politykę związaną z reformą finansów publicznych - ale kładziemy nacisk na to, by ewentualnemu wprowadzeniu takiego rozwiązania towarzyszyło odpowiednie vacatio legis, abyśmy mieli czas na przygotowanie się do takich zmian. Bo to absolutnie nieporozumienie, żebyśmy nie mieli środków na wkład własny do ważnych inwestycji. Natomiast jestem przeciwny jakimś marszom czy innego rodzaju pokazowym wystąpieniom. Uważam, że zamiast demonstracyjnie protestować, trzeba solidnie pracować, przekonywać do swoich racji. Przyniesie to lepszy skutek.
Minister finansów chce ograniczyć samorządom możliwość zadłużania się. Czy to posunięcie jest potrzebne i rzeczywiście ma sens?

Zbigniew Sulewski, ekspert Centrum Adama Smitha: Proponowane przez ministra finansów ograniczenia to fatalny pomysł. I tym bardziej bulwersujący, że dodatkowe rygory oszczędnościowe chce narzucić urzędnik, który sam odpowiada za blisko 300-miliardowy wzrost zadłużenia państwa w ciągu zaledwie trzech lat. Nieracjonalność pomysłu ministra finansów bierze się głównie z tego, że zadłużenie polskich gmin to zaledwie sześć procent długu całego sektora finansów publicznych, natomiast jego wprowadzenie znacząco ograniczy możliwości samorządów w zakresie współfinansowania prowadzonych ze środków unijnych inwestycji.

Prawdziwe pole do popisu, jeśli chodzi o zmniejszanie długu publicznego, ma właśnie minister finansów, bo to on odpowiada za budżet państwa, w którym tkwią największe możliwości zracjonalizowania wydatków, ale także wzrostu dochodów.

Jak samorządy mogą się przed tym bronić?

- Samorządowcy mają duże szanse, żeby zablokować ten szkodliwy pomysł. Póki co, nie jest to propozycja rządowa, tylko pomysł ministra finansów. Może więc się okazać balonem próbnym, który w formie oficjalnej propozycji rządowej znacznie straci na ostrości lub w ogóle zostanie wycofany. Poza tym w środowisku samorządowym są reprezentowane różne opcje polityczne, w tym partie tworzące koalicję rządową, co może wpłynąć na wyperswadowanie ministrowi tego pomysłu przez koalicyjnych kolegów. Tym bardziej, że już w zeszłym roku minister zaostrzył warunki zadłużania się gmin, a dalsze i to tak drastyczne rygory spowodują tylko zahamowanie ich rozwoju i zmniejszenie zamówień dla przedsiębiorstw, a nie wpłyną w istotny sposób na zmniejszenie długu publicznego.

W środowisku samorządowców już pojawił się pomysł, żeby uchwalać budżety gmin przed ewentualnym wejściem w życie pomysłu ministra finansów, co miałoby oznaczać, że nie dotyczyłby on przyszłorocznych budżetów. Rząd musiałby też liczyć się z zaskarżeniem nowych przepisów do Trybunału Konstytucyjnego, a uchylający wyrok oznaczałby dla koalicji straty polityczne i żadnych korzyści. No a przede wszystkim: zbliżają się wybory. Dlatego tym razem są spore szanse na uniknięcie kolejnego szkodliwego rozwiązania forsowanego przez ministra finansów.

Jeśli minister wdroży swoje plany to jakie inwestycje Białystok powinien realizować?

- Gdyby zamysł ministra Rostowskiego stał się prawem, to wójtowie, burmistrzowie i prezydenci za wszelką cenę będą starali się dokończyć współfinansowane przez Unię inwestycje. Natomiast wszystkie inne dziedziny finansowane z samorządowych budżetów stałyby się ofiarą ministra finansów.
Propozycja ministra finansów Jacka Rostowskiego jest odpowiedzią na światowy kryzys gospodarczy, który obejmuje też Europę, w tym nasz kraj. Odpowiedzialne rządy szukają możliwości złagodzenia skutków tego kryzysu, uniknięcia zapaści finansów publicznych. Zaniechanie takich działań może doprowadzić do sytuacji porównywalnej z kryzysem greckim, irlandzkim czy ostatnio portugalskim. To w konsekwencji kosztuje obywateli dużo więcej niż prewencyjne działania oszczędnościowe.

Oszczędzać musimy, niestety, wszyscy. W tym samorządy. Jednak zmniejszenie ilości środków w miejskich kasach może uniemożliwić pełne wykorzystanie funduszy unijnych. Waga problemu jest duża. Skala oszczędności proponowanych przez ministra finansów nie jest jeszcze przesądzona. Na spotkaniu z przedstawicielami samorządów premier Donald Tusk zapowiedział analizę problemu. Ostateczne rozstrzygnięcie będzie miało miejsce prawdopodobnie w Białymstoku w czerwcu.

Gdyby miasto musiało ograniczyć swoje plany inwestycyjne, to najprawdopodobniej zmniejszyłoby nakłady na inwestycje realizowane w 100 proc. ze środków własnych. To logiczne i uzasadnione ekonomicznie. Inwestycje te musiałyby poczekać. Dotknęłoby to takich inwestycji jak termomodernizacje, boiska, remonty ulic bez dofinansowania z UE. Sądzę jednocześnie, że jest to dobry moment do analizy kosztów urzędu miasta, jednostek i zakładów budżetowych oraz spółek miejskich. Warto również powrócić do dyskusji nad ewentualna prywatyzacją mienia komunalnego.
Chyba żaden samorządowiec z największych polskich miast (gdzie najczęściej rządzą albo członkowie PO, albo osoby związane z tą partią) nie spodziewał się, że "łapę" na ich budżetach będzie chciał położyć rząd PO, a dokładniej szef resortu finansów Jacek Rostowski. Partia, która zawsze tak mocno akcentowała (przynajmniej werbalnie) niezależność samorządów od władz centralnych oraz podkreślała, jak ważny dla całego państwa jest ich rozwój, dziś już nie chce o tym pamiętać. Liczy się tylko to, by za wszelką cenę doprowadzić do sytuacji, w której dług samorządów nie będzie lawinowo zwiększał zadłużenia państwa. A to oznacza, że przede wszystkim największe miasta będą musiały nie tylko rezygnować z nowych inwestycji, ale też niejako z dnia na dzień ograniczać te, które już rozpoczęły.

Dla rządu tworzonego przez PO nie jest ważne to, że wyhamowanie samorządowych inwestycji może w konsekwencji doprowadzić do spowolnienia całej gospodarki (bo to właśnie te inwestycje ją napędzają). Nie ma też znaczenia to, że samorządowcy postawieni zostaną przed swoistym wyborem między dżumą a cholerą. Bo w takiej sytuacji nie ma dobrych rozwiązań. Wszak z jednej strony mamy inwestycje w sferę socjalną (oświata, pomoc społeczna, budowa mieszkań komunalnych bądź socjalnych), w której nie sposób ciąć wydatki. A z drugiej są zaś inwestycje, do których w mniejszym lub większym stopniu dokłada się Unia Europejska i na które muszą się znaleźć środki własne samorządów.

Gdyby więc w Białymstoku trzeba było dokonywać takich cięć, to naprawdę trudno jest znaleźć to, z czego moglibyśmy zrezygnować. Tym bardziej, że np. budowa spalarni odpadów komunalnych - zdaniem radnych PiS zbędna w tej formie i w tym miejscu - jest umieszczona w komunalnej spółce "Lech", a nie w miejskim budżecie, więc nie można jej z niego wykreślić. Nie zrezygnujemy natomiast jako miasto np. z budowy Parku Naukowo-Technologicznego, z przebudowy Trasy Generalskiej czy przedłużenia ul. Piastowskiej, bo są to właśnie inwestycje ze wsparciem unijnym. Oczywiście można szukać cięć przy okazji przebudowy innych dróg czy skrzyżowań, ale będą to oszczędności rzędu kilku lub kilkunastu milionów złotych przy wydatkach oszacowanych w tegorocznym budżecie na poziomie ponad 1,6 mld zł.

W moim przekonaniu tych dramatycznych wyborów można byłoby uniknąć, gdyby posłuchano powtarzanych od kilku już lat przeze mnie i radnych PiS apeli do prezydenta miasta i jego urzędników, by znacznie ostrożniej zadłużali miasto.

Czytaj e-wydanie »

Biedronka wycofuje jaja z chowu klatkowego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.