I dadzą mi święty spokój...

    I dadzą mi święty spokój...

    Fot. Bogusław F. Skok

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Z Sokratem Janowiczem rozmawia Urszula Dąbrowska
    Sokrat Janowicz jest uznanym pisarzem białoruskim, mieszkającym w Polsce. W roku 1970 wyrzucony z PZPR i "Niwy”. Przez "wilczy bilet”

    Sokrat Janowicz jest uznanym pisarzem białoruskim, mieszkającym w Polsce. W roku 1970 wyrzucony z PZPR i "Niwy”. Przez "wilczy bilet” przez 30 lat nie miał stałej pracy. W 1981 założył opozycyjne Białoruskie Wydawnictwo Niezależne. W 1989 kandydował jako przedstawiciel mniejszości do Senatu RP. ©Fot. Bogusław F. Skok

    Kurier Poranny: To prawda, co napisał Pan w swoim oświadczeniu lustracyjnym, że był Pan przez 12 lat tajnym, świadomym współpracownikiem SB?

    Sokrat Janowicz, znany białoruski pisarz mieszkający w Krynkach: Tak, byłem, od 1958 do 1970 roku. A potem przez całe życie robiłem wszystko, żeby SB się ode mnie odczepiła.

    Dlaczego nie powiedział Pan o tym po 1989 roku? Przecież tyle Pan zrobił w latach 70. i 80. dla opozycji i Solidarności.

    - Nie przywiązywałem do tego wagi. To był epizod z lat młodości.

    Trwał 12 lat...

    - Wtedy miałem dwadzieścia kilka lat. Miałem pomóc władzy w ochronie białoruskiego ruchu oświatowego, żeby go nie rozwaliły wrogie siły. Poprosili mnie o pomoc, rozmawiali po białorusku.

    Wzięto Pana na narodowe sentymenty? Stąd pseudonim "Kastuś"?

    - Tak, angażowałem się jako obrońca białoruszczyzny, a białoruskim bohaterem narodowym jest Kastuś Kalinouski. Przyjąłem imię bohatera, bo tak widziałem swoją rolę. Naiwnie wierzyłem, że walczę o białoruską sprawę. Zanim się zorientowałem, o co naprawdę chodzi, był rok 1965. Wcześniej całe moje środowisko, rodzina, białoruska wieś, która nagle szczęśliwie znalazła się w mieście, było oburzone: "Jak to, nie chcesz pomóc władzy, która dla Białorusinów jest taka dobra. Zobacz, ilu ludziom dała zarobek, łazienki". Było źle, kiedy nie chciałem zgadzać się na rozmowy z kpt. Mikołajem Fiedorukiem, potem był inny oficer prowadzący Jankowski, oni się zmieniali. Pod koniec lat 60. wykorzystałem aferę z Omiljanowiczem, żeby się wreszcie ode mnie odczepili. Potem ciągle mi dokuczali, żebym wrócił do współpracy.

    Na czym polegała współpraca?

    - Miałem obserwować nowych ludzi, którzy pojawili się w otoczeniu "Niwy". Tłumaczyli mi, że mam uważać na jakichś amerykańskich lub niemieckich agentów, którzy chcą nasz białoruski ruch rozwalić. Miałem ochronić redakcję przed obcą infiltracją. Bo w tamtych czasach władza dla Białorusinów była dobra, nie tylko dawała mieszkania w mieście, ale stworzyła białoruską "Niwę", powołała Białoruskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, w radiu zaczęły się audycje po białorusku, wydawano nam książki. Działo się wtedy w białoruskim ruchu bardzo dużo, przedtem tego nie było. Byłem aktywistą, który ma pomóc władzy w obronie mniejszości białoruskiej przed angloamerykańskimi imperialistami i niemieckimi rewizjonistami. Tak się wtedy mówiło.

    Pisał Pan raporty o "Niwie", brał Pan za to pieniądze?

    - Pieniądze nie. Może czasami dali kilka złotych na wódkę.

    Jak odbywały się spotkania z oficerami SB?

    - Raz w miesiącu ktoś dzwonił i przychodzili do mojego mieszkania na pogawędkę. To były takie pogwarki informacyjne.

    Miał Pan świadomość, że mógł Pan komuś w ten sposób zaszkodzić?

    - O personalia mnie raczej nie wypytywano, może czasami. Pamiętam, pytali mnie raz o repatriantów, żeby się zorientować, co to za ludzie, bo może oni za okupacji niemieckiej służyli w policji białoruskiej. Ale nic nie ustaliłem. Słabym byłem szpiegiem. W połowie lat 60. zasugerowano mi, żebym się zaczął interesować innymi sprawami.

    Jakimi?

    - Jak się zachowuje szef "Niwy", jak się zachowuje szef BTSK, kto jest dziennikarzem białoruskim w radio, co on myśli. Miałem prześwietlać środowisko, być rentgenem. Wtedy się kapnąłem, że trzeba się tego czym prędzej pozbyć. Udało się w 1970 roku. I przez resztę życia uwalniałem się od nich.

    Popadł Pan wtedy w niedolę. Nie chciał Pan wrócić do współpracy?

    - Skądże, nigdy. Namawiali, ale to tylko mnie bardziej zacietrzewiało. Odszedłem, a teraz mam wrócić? To już była sprawa honoru.
    Przyznam, że gdyby Pan nie ukrywał tej karty ze swojej przeszłości, łatwiej byłoby mi to zrozumieć. To musi być bardzo bolesne dla Białorusinów w Polsce, dla Pana środowiska.

    - Przykro mi jest. Jestem już starym człowiekiem, przeżyłem swoje i wiem, że wszystko minie. Nie powiedziałem, bo nie było takiej potrzeby, nikt mnie o to nie pytał. Nawet o tym zapomniałem.

    Po zerwaniu współpracy, w latach 70. i 80. oberwałem mocno. To była moja prywata wojna za Służbą Bezpieczeństwa. Nie wiem, czy ją wygrałem, czy przegrałem. W latach 70. wyrzucano mnie z każdej roboty, pracowałem jako zbijacz skrzyń. Zaliczyłem chyba z 50 zakładów pracy i zawsze po tygodniu, dwóch pojawiał się smutny pan, który mówił: "Pan rozumie, proszę tu więcej nie przychodzić". Rozumiałem, ale miałem chorą żonę, dzieci... Teraz przyszli do mnie ci nowi komsomolcy, pani koledzy, dziennikarze, historycy i chcą rozliczać.

    Co Pan teraz powie tym młodym Białorusinom, dla których jest Pan guru, autorytetem?

    - Że byłem, że w latach 60. współpracowałem, ale starczyło mi odwagi, sił i zawziętości, żeby 38 lat temu sprzeciwić się temu i sprzeciwiać się całe życie.

    Ma Pan poczucie winy?

    - Zależy, jak to rozumieć. Nikogo nie skrzywdziłem, ale że się dałem wrobić, to niedobrze.

    Co teraz?

    - To zależy od tego, czy zrozumieją te moje późniejsze 38 lat zmagań. Jeżeli nie, to trudno.

    A w Pana życiu to coś zmieni?

    - Nic. Nie chcę już nigdzie pracować, nigdzie jeździć. Zresztą komu taki kaleka jak ja jest potrzebny. Czuję się bardzo zmęczony życiem. O nic się już nie staram. Jestem tylko wiceprzewodniczącym stowarzyszenia literackiego. Napisałem list do prof. Jana Czykwina, że nie chcę być jego zastępcą. Trzeba dać miejsce młodym. Jestem zadowolony z tej awantury, bo nareszcie wszyscy dadzą mi święty spokój. Będą powtarzali: esbek, agent i nikt nie zwróci uwagi na te prawie 40 lat mojej walki. Każdy ma swoją rację.

    Dziękuję za rozmowę.

    Czytaj treści premium w Kurierze Porannym Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Poranny.pl poleca

    Podlaskie przesądy i zabobony. W co wierzono i wierzy się w naszym regionie?

    Podlaskie przesądy i zabobony. W co wierzono i wierzy się w naszym regionie?

    Podlaskie miasta i wsie w latach 90. Poznajecie te miejsca i tych ludzi?

    Podlaskie miasta i wsie w latach 90. Poznajecie te miejsca i tych ludzi?

    Ogromny sukces szpitala! Jest w pierwszej dziesiątce najlepszych placówek w Polsce

    Ogromny sukces szpitala! Jest w pierwszej dziesiątce najlepszych placówek w Polsce

    Hotel Traugutta 3. Kolejne cztery gwiazdki rozbłysły w Białymstoku. Niezwykły design nawiązuje do historii

    Hotel Traugutta 3. Kolejne cztery gwiazdki rozbłysły w Białymstoku. Niezwykły design nawiązuje do historii