Hołociarze i piechociarze działali zwykle w nocy

Włodzimierz Jarmolik
Archiwum
W centrum dawnego Białegostoku, ale zwłaszcza na jego przedmieściach, można było spotkać różne, żywe stworzenia, poza ludźmi oczywiście.

Pracowite konie, nie tylko dorożkarskie, krowy karmiące liczne rodziny, kozy z przychówkiem, króliki w klatkach, gołębie na dachach chlewików, psy, koty, a także wszelakie ptactwo wałęsające się niemal na każdym podwórku. Wśród miejscowych złodziei znajdowali się oczywiście tacy, którzy chętnie brali owe zwierzęta pod swoją czułą opiekę, czyli po prostu je kradli.
Oto np. w nocy 30 kwietnia 1930 r. z obórki przy ul. Rabińskiej 6 zniknęła bez zbędnego hałasu krowa, będąca własnością Zelmana Kłosa. Ponieważ policja nieskoro brała się do jej odszukania, poszkodowany Kłos na własną rękę rozpoczął śledztwo. Szybko odnalazł swoją mućkę na ul. Żelaznej, w obejściu niejakiego Marjena Markusa. Niestety, krowa straciła już życie, a złodziejaszek przygotowywał się właśnie do rozebrania jej na części w celu pokątnej sprzedaży. Kilka miesięcy później za swój uczynek otrzymał 3 miesiące więzienia i solidną grzywnę.

Jednak najbardziej profesjonalnie złodzieje zabierali się do opieki nad cudzymi końmi i rozlicznym drobiem. Tymi pierwszymi zajmowali się tzw. hołociarze (hołota - konie), zaś gdakającym i gęgającym drobiem tzw. piechociarze (piechota - drób). Spece od obu rodzajów kradzieży mieli wypróbowane sposoby i niezbędne akcesoria.

Przed wojną hołociarze byli istną zmorą mieszkańców podbiałostockich wsi i miasteczek. Działali zwykle około północy, kiedy właściciele upatrzonego gospodarstwa, udręczeni codzienną robotą, mocno już spali. Po obłaskawieniu podwórzowego psa kawałem mięsa, wyprowadzali ze stajni konia, często wcześniej obwiązując mu kopyta grubymi szmatami. Koń trafiał do specjalnej dziupli, czyli stodoły zaufanego chłopa z odległej wsi, a później na jeszcze bardziej dalekie targowisko końskie.
W pierwszej połowie lat 20. szczególnie ruchliwym koniokradem był Szmul Wajner z Chanajek. Pomagał mu syn Dawid. Ich popisowy numer to wyszukiwanie skłóconych sąsiadów i korzystanie z pomocy jednego przeciwko drugiemu. A cóż sprawiało większą frajdę gospodarzowi, niż utrata przez rywala jego końskiej siły pociągowej? No chyba, że pożar domostwa. Ów duet hołociarzy wpadł w 1924 r. Za zaginione konie w okolicach Gródka i Walił starszy z Wajnerów dostał aż 5 lat ciurmy. Jego stały pomagier Jan Haćko z Walił musiał odcierpieć tyle samo.

W Białymstoku ginęły często konie z jego peryferii, jak: Antoniuk, Marczuk, Słoboda czy Bażantarnia. Tutaj popisywali się miejscowi Cyganie. Potrafili oni nawet odczepić zwierzę od furmanki przyjezdnego włościanina, kiedy ten np. w okolicach Siennego Rynku pozostawił na krótką tylko chwilę swój pojazd bez nadzoru.

Z kolei o białostockich piechociarzach też można wiele opowiedzieć. Przykładem niech będzie wytrawny znawca zagadnienia Menosz Śliwa. Złodziej ten traktował swoją profesję, niezbyt docenianą przez włamywaczy, doliniarzy czy farmazonów, bardzo poważnie i jej się nie wstydził. Wszyscy paserzy drobiowi z Chanajek i okolic wiedzieli, że mogą zamawiać u niego towar niemal bez ryzyka niedostarczenia. Śliwka przygotowywał starannie każdy swój skok. Co jakiś czas robił obchód białostockich podwórek, sprawdzał pogłowie i rozmiary pętającego się drobiu, obserwował zabezpieczenie kurników i składzików. Kiedy zebrał odpowiednią ilość zamówień, brał swojego stałego pomocnika Abrama Segała i obaj ruszali na nocny połów.

Oczywiście nawet najbardziej doświadczeni i przezorni piechociarze wpadali. Czasami przyczyną były kury, które, niesione w worku, rozgdakały się w najmniej odpowiednim momencie. Taki incydent przytrafił się i Moneszowi Śliwce. Wiosną 1925 r. szedł sobie spokojnie ul. Wesołą z tobołkiem zawierającym parę indyków i 4 kury, kiedy natknął się na policjanta. Ten oczywiście właściwie ocenił dźwigane brzemię. Wpadka ta kosztowała Śliwkę 9 miesięcy pobytu w celi więzienia przy Szosie Baranowickiej. Na zainteresowanie złodziei mogły liczyć też fruwające nad miastem gołębie. Były wszędzie. Latem 1939 r. swoje stadko winerków i mewek stracił Lejb Gelberg z ul. Mickiewicza.

Czytaj e-wydanie »

Nieruchomości z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie