Gmina Filipów: Lokalna wojna o staw z rybami

Agata Masalska [email protected]
Z powodu stawu część mojego pola stała się nieużytkiem, ponieważ jest zalana wodą - skarżył się kilka tygodni temu Stanisław Złotorzyński.
Z powodu stawu część mojego pola stała się nieużytkiem, ponieważ jest zalana wodą - skarżył się kilka tygodni temu Stanisław Złotorzyński. Agata Masalska
Komornik chce zlicytować ziemię rolnika, który wypuścił ze stawu sąsiada ryby. I nie zapłacił za nie. - Staw był nielegalny, to i ryby mało warte - uważa Stanisław Złotorzyński. I chce się odwoływać do Strasburga.

Zapowiada, że nie da sąsiadowi ani grosza. - Nie zrobiłem tej szkody - przekonuje. - Grobla zniszczyła się sama, pod naporem wody. Poza tym, Stasiek wyliczył swoje straty z sufitu. Wyszło tak, jakby w tym bagnie pływała złota rybka, a nie jakieś płotki.

Stanisław Złotorzyński dodaje, że będzie szukał sprawiedliwości, gdzie tylko się da i tak długo, aż ją znajdzie. Wystosował już pismo z prośbą o wznowienie procesu do suwalskiego sądu i szykuje skargę do Strasburga.

Dług rośnie 5 złotych dziennie

Niewielka wieś na Suwalszczyźnie, w gminie Filipów. Stanisław Złotorzyński mieszka w murowanym domu po prawej stronie krętej, asfaltowej drogi. Stanisław M. - po lewej. Też w murowanym domu. Obaj mają po kilkadziesiąt hektarów ziemi. Niezbyt urodzajnej.
- Niedawno przekazałem gospodarstwo córce - opowiada Złotorzyński. - Stary jestem, napracowałem się przez życie. Teraz potrzebuję spokoju.

A tego nie ma. Od ponad sześciu lat toczy spór z sąsiadem. O stawy i o ryby. Stracił już kilkadziesiąt tysięcy złotych, a to nie koniec. Będzie musiał zapłacić jeszcze odsetki karne od kwoty, którą ma przekazać sąsiadowi. Komornik wyliczył, że to pięć złotych dziennie.
- Zabraknie majątku, aby wszystko uregulować - obawia się.

Zaczęło się w końcu 2006 roku, dwa dni przed wigilią. Wówczas Stanisław M. wykopał staw na polu graniczącym z ziemią Złotorzyńskiego. Ten mówi, że przez pierwsze miesiące dół w ziemi nikomu nie szkodził.

- Wiosną wszystko się zmieniło. Woda z tego zbiornika zaczęła zalewać moje pole - opowiada. - A na to już pozwolić nie mogłem. Postanowiłem więc udrożnić rów melioracyjny, który znajdował się w pobliżu usypanej przez sąsiada grobli.

Rozmówca nie przeczy, że te prace mogły osłabić nieco budowlę. Przekonuje jednak, że to nie on rozkopał nasyp.

- Grobla pod naporem wody sama się zniszczyła - zapewnia.

A wtedy ryby wylały się ze stawu na łąkę. Hodowca trochę zebrał, ale nie wszystkie. Część rowem melioracyjnym dopłynęła do jeziora, resztę trzeba było zebrać i wyrzucić. Hodowca zażądał od sąsiada odszkodowania. A, że rolnicy nie mogli się w tej kwestii porozumieć, sprawa trafiła do suwalskiego sądu.

- Podobno w tym stawie było 250 sztuk różnego rodzaju narybka - karpia, sandacza, czy lina - irytuje się Złotorzyński. - Ciekawe, kto go widział.

Ale Stanisław M. przedstawił świadków, którzy mieli to widzieć. I dodatkowo - rachunek na zakup narybka, doliczył koszt paszy, naprawy grobli, ponieważ Złotorzyński miał ją niszczyć kilkakrotnie oraz wartość potencjalnych, utraconych dochodów. I to przez trzy lata z rzędu. Wyszło więc, że hodowca stracił około 20 tysięcy złotych. Ale od sprawcy domagał się kwoty niższej z uwagi, jak tłumaczył, na dobrosąsiedzkie stosunki.

- Pozory stwarzał - denerwuje się Stanisław Złotorzyński. - Tak naprawdę, to koszulę by ze mnie zdarł.

Później poszło jak z płatka. Jeden sąd uznał, że Złotorzyński groblę rozkopał i wymierzył mu karę grzywny. Drugi, cywilny, orzekł, że rolnik musi zapłacić hodowcy odszkodowanie. Wyszło prawie 15 tysięcy złotych. Oba orzeczenia są już dawno prawomocne.

Komornik chce zabrać ziemię córki

Złotorzyński sądów oceniać nie chce, ale z wyrokami się nie zgadza. Postanowił więc udowodnić, że sprawy zostały rozpoznane delikatnie mówiąc nie tak, jak powinny. Zaczął pisać do różnych instytucji skargi. Wysłał ich co najmniej kilkanaście - do policji, wójta i starosty.

- Wiedziałem, że coś tutaj nie pasuje. Nasze pola znajdują się bowiem na terenie obszaru chronionego Rospuda - opowiada. - Zastanawiałem się, jak to możliwe, że urzędnicy wyrazili zgodę na wykopanie stawów w takim miejscu.

Poza tym, uświadomił sobie, że nikt go nie pytał, czy chce mieć te zbiorniki po sąsiedzku. A powinien. Zaczął wertować dokumenty i ustalił, że sąsiad zabiega o zgodę na budowę kolejnych stawów. Chciał wykopać na swoim polu aż pięć zbiorników, głębokich na dwa, a nawet 2,5 metra. Ich powierzchnie miały zajmować blisko trzy hektary.

- Tymi stawami, to by całą wieś zatopił. Poza tym, zniszczyłby dolinę Rospudy, dla której zjeżdżają się do nas letnicy z całego kraju. A z tej rzeki żyją przecież setki rodzin - oburza się Złotorzyński. Postanowił zablokować inwestycję. Zaskarżył wydane przez gminę pozwolenie do sądu administracyjnego, a ten je uchylił. Dopatrzył się bowiem, że w dokumentach brakuje analizy, czy i w jaki sposób stawy będą wpływały na to, co znajduje się na terenach przyrodniczo chronionych.

Złotorzyński napisał jeszcze skargę do inspektora nadzoru budowlanego, ale została ona odrzucona. Urzędnicy uznali, że Stanisław M. nie wykopał stawu, tylko odmulił i odkrzaczył istniejące zbiorniki wodne. A w takiej sytuacji nie może być karany. Stanowisko to podzielił białostocki sąd administracyjny.

- Tak to jest, gdy urzędnicy nie odróżniają zbiornika od stawu - irytuje się Złotorzyński.

Niezależnie od tego, czy ma rację, czy nie, pomiędzy sąsiadami rozgorzała wojna. I to na całego. Stanisław M. wystąpił do komornika, by wyegzekwował odszkodowanie za ryby. Na dodatek wniósł, by poborca zlicytował ziemię przekazaną córce Złotorzyńskiego. To rozsierdziło rolnika.

- Chce puścić z torbami nie tylko mnie, ale też moje dzieci. A na to pozwolić nie mogę - burzy się. I dodaje, że sąsiadowi bardziej zależy na ziemi niż pieniądzach.

- To na moim polu są melioracyjne rowy - przypomina. - Bez nich woda do stawów nie dojdzie. A po co komu suchy, wykopany w ziemi dół?

Woda do góry nie idzie

W końcu minionego roku Stanisław Złotorzyński zainteresował sprawą Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej. Ten uznał, że hodowca ryb nie posiada pozwolenia wodnoprawnego, dokumentu wymaganego przy budowie stawów. Kilka dni temu zawiadomił o tym suwalską policję. Ta będzie ustalała, czy Stanisław M. popełnił wykroczenie.

Tymczasem Stanisław Złotorzyński wystąpił do sądu z wnioskiem o wznowienie postępowania cywilnego.

- Jeżeli staw był nielegalny, to i ryby też - przekonuje. - A w takiej sytuacji nie ma podstaw do tego, bym płacił jakieś odszkodowanie.

O tym, czy sprawa będzie raz jeszcze rozpatrywana, czy nie - sąd jeszcze nie zdecydował. Tymczasem rolnik zapowiada, że jeśli w Suwałkach nic nie wskóra, to będzie szukał sprawiedliwości w Strasburgu.

A co na to Stanisław M.?

- Sąsiad działa złośliwie - twierdzi. - Pole znajduje się ponad stawami. Jak woda mogła je zalać, przecież nie idzie do góry?

Pytany, czy nie ma dość tej walki odpowiada: - Nie ja tę wojnę rozpętałem. Teraz nie mam wyjścia. Muszę odzyskać przynajmniej część straconych, choćby na adwokatów pieniędzy.
Także Stanisław Złotorzyński nie widzi szansy na zgodę.

- On mnie fałszywie oskarża, a ja miałbym z nim łowić ryby? - pyta. - Najpierw musimy dojść prawdy.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie