Gdyby przyuczyć małpę, też by tak malowała

Jerzy Szerszunowicz dyrektor Centrum im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku rozmawia z Moniką Szewczyk, dyrektorką Galerii Arsenał
Marcin Maciejowski, Pies bohater, 2004 r. olej na płótnie, 55x75 cm
Marcin Maciejowski, Pies bohater, 2004 r. olej na płótnie, 55x75 cm
Udostępnij:
Przyjmuje się, że kultura odróżnia nas od zwierząt, a gdyby przyuczyć małpę, to też by tak namalowała. Wypieramy w ten sposób ze świadomości fakt, że do prostych rozwiązań dochodzi się bardzo wolno - mówi Monika Szewczyk

Czy bohatera naszej dzisiejszej rozmowy można nazwać burakiem?
Monika Szewczyk, dyrektorka Galerii Arsenał, szefowa Podlaskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych: Słucham…?! Czemu jest Pan taki niegrzeczny?

Staram się być rzeczowy. Patrzę na zdjęcie. Widzę faceta o wyglądzie fordansera z wiejskiej dyskoteki. Zaczynam czytać wywiad ze strony krakowskiej Galerii Zderzak (www.zderzak.pl): "Malowałem też taki plakat. "Granice głupoty" - to tytuł artykułu. Akurat miałem jakieś rysunki z granicami Polski. Te postacie, to też z takich strasznych gazetowych historii. Nie pamiętam dokładnie... Jakiś taki gość, który psa miał i on go spuszczał specjalnie na ludzi, żeby ich gryzł. Też był na tym obrazie ktoś na łóżku, to z kolei był kolejarz. Ktoś rzucił kulą śniegową w szybę pociągu. I on dostał i wylądował w szpitalu. Te dwie pozostałe postacie, to też takie historie z "Super Expresu". No, że nie ma granic zrobienia czegoś głupiego." Intelektem też raczej nie poraża…
- Nie wszyscy mają dar pięknego opowiadania o sobie i o swojej pracy. Nie ma to jednak wpływu na jakość tego, co robią. Marcin Maciejowski nie jest może zbyt wymowny…

Na artystę też nie wygląda.
- Czy Pan się czepia, czy tylko mam takie wrażenie?...

Oczywiście, że się czepiam. Nie bez powodu: pierwszy kontakt z człowiekiem odbywa się za pośrednictwem wzroku. Wygląd może nam wiele powiedzieć o osobowości człowieka, decyduje o pierwszym wrażeniu, które w przypadku artysty może rzutować na odbiór jego prac.
- Ale nie mówimy o gwiazdach estrady, których wygląd jest częścią zawodowego wyposażenia, mówimy o artyście wizualnym, który nie musi świetnie wyglądać i nie musi być mistrzem krasomówstwa. Musi natomiast być skupiony na pracy twórczej. Znam wielu absolwentów akademii, którzy po studiach skupili się na "byciu artystą" - na sprawianiu wrażenia, zamiast na pracy.

W przypadku polityka przyłapanie w opuszczonych spodniach czy stanie "wskazującym na spożycie" jest (w Polsce) powodem do złośliwych żartów, czasem (w krajach o "starszych" demokracjach) końcem kariery. Artysta nie jest zobowiązany do niczego?
- Jest zobowiązany do tworzenia, do nowatorstwa, do oryginalności. A to, czy chodzi w spodniach na kant, czy w wytartych dżinsach jest sprawą mało istotną.

A co takiego oryginalnego jest w przemalowywaniu obrazków z telewizora czy artykułów z tabloidu? Gdzie w tym procesie "staje się sztuka"? Może to tylko pacykarstwo o małpiej zręczności, kalkowanie mediów, za którym nic nie stoi?
- W 1918 r. Malewicz namalował "Biały kwadrat na białym tle". 40 lat później Ad Reinhardt powtórzył jego gest, zamalowując wielkie płótna czernią. Większość z nas nie widzi w tym wysiłku, procesu twórczego, koncepcji. Bezradny odbiorca, stojąc wobec takiej pracy mówi zwykle "też bym coś takiego zrobił, każdy mógłby do tego nie trzeba talentu, lat studiów…". Przyjmuje się, że kultura odróżnia nas od zwierząt, a gdyby przyuczyć małpę, to też by tak namalowała. Wypieramy w ten sposób ze świadomości fakt, że do prostych rozwiązań dochodzi się bardzo wolno. Że sztuka współczesna często opiera się na skrócie, rezygnacji z prezentowania szerokiego wachlarza umiejętności - po to, by pełniej wyrazić ideę. Ważne jest, co za tym stoi, finałem jakiego procesu twórczego i intelektualnego jest taka skrajna redukcja formy i techniki malarskiej.

I pojawia się uporczywe pytanie, czy twórca tak daleko posuniętej abstrakcji potrafiłby "machnąć", dajmy na to, jakiś landszafcik czy inną żywą lub martwą naturę.
- Tak, tak… Malarze abstrakcyjni zawsze byli podejrzewani o nieudolność, brak talentu - o to, że za ich pracą kryje się nieumiejętność malowania realistycznego.

Maciejowski jest aż nadto realistyczny. Na dodatek używa formy komiksu - łatwej w odbiorze, a przez to bezpiecznej. Nie narazi się na zarzut hochsztaplerki, bo - jak widać - potrafi namalować psa, konia, człowieka, a do tego opowiada historie z życia wzięte. A przecież wszyscy cenimy ładne, proste obrazki i wpisane w "dymkach" opowieści. Takie malarstwo da się lubić od pierwszego wejrzenia. Gdzie jest pułapka?
- Nie ma pułapki.

W takim razie nie ma też sztuki. Przecież powtarzaliśmy wielokrotnie, że sztuka nie musi i nie chce być ładna, że ma nam wysyłać jakiś istotny komunikat, poruszać, wstrząsać. Tymczasem Maciejowski czochra przyjemnie naszą próżność, robi nam dobrze na poczucie własnej wartości (jako kompetentnych odbiorców sztuki). To jest bardzo podejrzana sprawa.
- Ale przyjemna, prawda? Należy pamiętać, że Maciejowski, podobnie jak omawiany przed tygodniem Wilhelm Sasnal, to twórcy nieistniejącej już, ale pamiętnej formacji Grupa Ładnie. Z założenia tworzyli sztukę ładną, komunikatywną, często ironiczną, ale stroniącą od agresji. Chodziło im też o to, by ograniczyć do minimum ingerencję artystyczną, wybierać proste środki wyrazu. To był rodzaj reakcji na sztukę krytyczną: zaangażowaną społecznie, poruszającą trudne problemy, wskazującą patologie, prowokującą, wymuszającą na widzu zdecydowane reakcje. Grupa Ładnie, ale też cała generacja artystów związanych z Rastrem (www.raster.art.pl) chciała, żeby było ładnie, przyjemnie, bezstresowo. To byli młodzi ludzie, nastawieni prywatnie i artystycznie na smakowanie życia, na czerpanie satysfakcji z codzienności. I dawanie takiej szansy swoim odbiorcom.

Świetnie, brawo, hurra... Pozostaje jednak pytanie: czy poza tym, że jest ładnie i przyjemnie, coś się jeszcze w tym malarstwie da znaleźć?
- Cenię poczucie humoru Maciejowskiego. Cenię jego zgodę na to, że jeżeli sztuka ma być komunikatem społecznym, to trzeba używać języka komunikatorów: zamiast abstrakcji - dosłowność, zamiast piętrowych metafor - kawałek przemalowanej na płótno gazety, zamiast alienacji z tłumu i pouczania ex catedra - współuczestnictwo sztuki w codzienności, w tym w codzienności medialnej. Maciejowski godzi się na to, że żyjemy w świecie, w którym opinie i emocje są zarządzane, wręcz sterowane przez środki masowego przekazu. Wszyscy jesteśmy skazani na to zapośredniczone poznawanie świata i nieodłączną od niego - mniej lub bardziej zamierzoną - manipulację. Maciejowski wie doskonale, że sztuka, która próbowałaby z tym stanem walczyć, z góry skazana jest na alienację, wąską elitarność, ograniczenie liczby odbiorców, czyli na klęskę. Dlatego wybiera prostą formę, świadomie nawiązując do łatwego w odbiorze komiksowego obrazka z tekstem. Dlatego gest artystyczny ogranicza do wyboru pojedynczych kadrów z powodzi komunikatów zalewających nas każdego dnia oraz do wyboru formy zapisu, czyli klasycznej techniki malarskiej na płótnie. Ograniczając się tylko do wyboru, skupia naszą uwagę na tym, co go porusza, w czym dostrzega dowcip, często niezamierzoną groteskę, ironiczne spojrzenie na rzeczywistość. Wybierając i powtarzając, wzmacnia pierwotny komunikat - ujawnia jego prawdziwe znaczenie, wydobywa nowe sensy, niekiedy zamienia w karykaturę, w zaprzeczenie pierwotnej intencji. Innymi słowy manipuluje manipulatorami - mówi (choć taki mało elokwentny) rzeczy mądre, przejmuje kontrolę nad szumem medialnym, a przy tym świetnie bawi nas i siebie. A wszystko to odbywa się w obrębie klasycznej techniki malarskiej. Podsumowując: Maciejowski nie wadząc się z rzeczywistością, korzystając z mechanizmów popkultury, ocala klasyczne malarstwo i zdobywa prawo indywidualnego wypowiedzi, która dotrze do szerokich kręgów odbiorców. Piękne jest to, że wystarczy tak mało, żeby uzyskać tak imponujący efekt.

Łatwość kopiowania, okazuje się koncepcją twórczą, komiks sztuką wysoką, a intelektualista ukrył się za zasłoną luzactwa…
- Jak nazwał Pan Maciejowskiego? Fordanserem z remizy?

Przepraszam.
- Nie warto sądzić po pozorach.

Nie warto, bo takiej ocenie Pani może wyjść na czarownicę, a ja na inkwizytora. A przecież to tylko taka konwencja rozmowy.
- Czasem miewam wątpliwości.

Nieuzasadnione, zaręczam. Dopóki rozmawiamy, dopóki jest miło i przyjemnie, a wokół ładnie jak to na wiosnę, dopóty nie ma powodu przejmować się powierzchownymi ocenami.
- I ja mam Panu wierzyć?

Nie musi Pani. Ale zawsze możemy o tym porozmawiać.

Czytaj e-wydanie »

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

ś
świnia
Historyjka niedomówiona. Niedopowiedziana. Ale ja znam ten świński przekaz.

Chłop niedomaga. Żona niespokojna, wiadomo. Poszedł o kuchni i tak się zapamiętał przy krzyżówce i kawie z papierosem, że gdyby nie pies, doszłoby do tragedii. A tak i mąż cały i pies suty i pani domu zadowolona.
Przejdź na stronę główną Kurier Poranny
Dodaj ogłoszenie