Gdyby ciocia miała serce...

Janina Werpachowska [email protected] tel. 085 748 95 65
Pytałam, czy nie boli ją serce, że dzieci jej siostry, które przeżyły tyle złego, muszą być w domu dziecka – mówi Barbara Czarniecka, dyrektor białostockiego domu dziecka im. dr Ireny Białówny.
Pytałam, czy nie boli ją serce, że dzieci jej siostry, które przeżyły tyle złego, muszą być w domu dziecka – mówi Barbara Czarniecka, dyrektor białostockiego domu dziecka im. dr Ireny Białówny. Fot. Anatol Chomicz
Udostępnij:
Przynosi prezenty, jakieś słodycze. Czasami bierze jednego z siostrzeńców na święta. Jednego, bo lubi spokój.

Pytałam, czy nie boli ją serce, że dzieci jej siostry, które przeżyły tyle złego, muszą być w domu dziecka - mówi Barbara Czarniecka, dyrektor białostockiego domu dziecka im. dr Ireny Białówny. - Ale ona nawet słyszeć nie chce o tym, żeby wziąć chłopców do siebie. Twierdzi, że to by za bardzo zakłóciło jej spokój, że przywykła do tego, iż jest samotna.

Około osiemdziesięciorga wychowanków. Tylko jeden z nich jest tak zwaną sierotą naturalną - oznacza to, że przynajmniej jedno z rodziców nie żyje. Pozostałe dzieci określa się mianem "sierot społecznych", a w ostatnich czasach pojawiło się nowe pojęcie: eurosieroty. Takie też tu są.

Dom dziecka - wbrew swojej nazwie - nie jest najlepszym miejscem dla dzieci. O tym nie trzeba przekonywać nikogo. Wychowawcy twierdzą, że starają się, jak mogą, aby dzieci czuły się tu jak najlepiej, ale nikt nie ma złudzeń - to nie jest jedna wielka rodzina. Dlatego tak ważne jest, aby jak najszybciej znaleźć dzieciom rodziny zastępcze lub - jeżeli tylko sytuacja prawna na to pozwala - rodzinę adopcyjną.

- Chętnych do adoptowania dziecka nie brakuje. Tym bardziej dziwi mnie to, co obserwuję. Dlaczego tak dużo dzieci tu jest, skoro mają bardzo bliskich krewnych, którzy mogliby się nimi zająć, stworzyć im prawdziwy dom?
Gwoździami do ściany

Trzej bracia z Białegostoku ponad cztery lata mieszkają w domu dziecka. Właściwie już tylko dwaj, bo trzeci, najstarszy, od jakiegoś czasu przebywa w domu opieki społecznej. Ze względu na zbyt wysoki stopień upośledzenia umysłowego nie mógł tu przebywać.

Dzieci trafiły tu ze strasznego domu. Wiecznie pijany i agresywny ojciec, z mrożącymi krew w żyłach pomysłami na dręczenie dzieci i żony.

- Przybijał je gwoździami do ściany - opowiada pani dyrektor. - Na szczęście tylko za ubrania, ale w małych dzieciach budziło to straszne przerażenie. Tak unieruchomione, bił.

- A matka? Nie broniła, nie reagowała?

- Matka jest zupełnie bezradna, niewydolna. Sama zresztą też była maltretowana. W końcu wylądowała w szpitalu psychiatrycznym.

Kiedy chłopcy trafili do domu dziecka, zachowywali się jak opisywani w literaturze i w tabloidach ludzie przez lata wychowywani przez dzikie zwierzęta bądź żyjący w kompletnej izolacji od świata zewnętrznego. Jedyne jedzenie tolerowane przez chłopców to był suchy chleb popijany wodą - niczego innego nie znali. Prawie nie mówili. Płaczem i krzykiem reagowali na widok innych dzieci, łóżka, prysznica, talerzy w stołówce. Bali się szafy, szuflady, zabawek.

Czas spędzony w domu dziecka zrobił swoje. Bracia oswoili się ze światem innym niż ten, który znali z rodzinnego domu.

Od czasu do czasu odwiedza ich ciocia. Rodzona siostra matki. Mieszka w Białymstoku, w domku z ogródkiem. Ma około czterdziestki. Jest osobą samotną, nieźle sytuowaną.

Ciocia przychodzi, przynosi prezenty, jakieś słodycze. Czasami wybiera któregoś z siostrzeńców - bo dla dwójki pewnie nie miałaby czasu - i zabiera go do siebie na święta.

Mama gdzieś w Europie

Kasia i Mateusz mają mamę, której nikt nie może znaleźć. Tata jest obcokrajowcem i też ślad po nim zaginął.

Mama jest podobno gdzieś w Europie. Może w Belgii, może w Anglii. Pracuje. Kasia ma 7 lat, Mateusz - 11. Zaraz minie rok, od kiedy są w domu dziecka. Bardzo tęsknią za mamą; za tatą nie - bo bił. Mama bardzo rzadko kontaktuje się z dziećmi. Przysyła im maile z pozdrowieniami.

To bardzo uzdolnione rodzeństwo. Gdyby tylko można było ustalić miejsce pobytu matki i przeprowadzić postępowanie sądowe pozbawiające ją praw rodzicielskich, Kasia i Mateusz na pewno trafiliby do dobrej rodziny adopcyjnej.

Niestety. Muszą mieszkać w domu dziecka.

- Już zauważam, że Mateusz robi się coraz bardziej zamknięty w sobie. Ma napady agresji, staje się opryskliwy, niegrzeczny - martwi się pani dyrektor. - To bardzo wrażliwy chłopiec. Wciąż pamięta, że ojciec go bił. On potrzebuje dużo serca i ciepła.

Dzisiaj Kasia i Mateusz już wiedzą, że mogą liczyć tylko na obcych ludzi. Ciotka mamy, na którą dzieci mówią "babcia", chociaż taka fajna, sympatyczna, wesoła, zupełnie przestała się nimi interesować, odkąd poszły "na państwowy garnuszek". Dzieci miały nadzieję, że zabierze je na wakacje...

Mają jeszcze prababcię, ale ona jest za stara i zbyt schorowana, żeby zająć się rodzeństwem.

Bo mąż zabronił

Piętnastoletni Kuba rok temu stracił mamę. Zapiła się na śmierć. Chłopiec był już wówczas od trzech lat w domu dziecka, odebrany z patologicznej rodziny.

- To taki ciepły, bardzo szczery, wylewny "misio" - śmieje się Barbara Czarniecka. - Ma w sobie bardzo dużo zaufania do ludzi.

Ojciec Kuby żyje, ale w ogóle nie interesuje się synem. Przebywa we własnym świecie: melin i alkoholu. Nie umiał nawet poinformować domu dziecka o terminie pogrzebu, kiedy zmarła mama Kubusia.

Chłopiec bywa czasami u babci - mamy swojego ojca. Ale ma też bliższą rodzinę, o której chyba nawet nie wie, że istnieje.

Ciocia Wanda nigdy nie kontaktowała się z patologiczną rodziną swojej siostry. Może się wstydziła? Może bała się, że będzie proszona o jakąś pomoc?

Ale nawet teraz, kiedy już "kłopotliwa" rodzina praktycznie nie istnieje, a Kuba jest pod opieką państwa, ciocia Wanda dalej nie daje znaku życia. A gdyby tylko zechciała, mogłaby mu stworzyć raj na ziemi - co w przypadku tego dziecka oznacza po prostu normalny dom. Bo ciocia ma niezłe warunki mieszkaniowe i życiowe. Ma też córkę w wieku Kuby.

A u Krzysia jest odwrotnie. Wujek pewnie by go zabrał, ale jego żona, mama siostry, kategorycznie sprzeciwia się wzięciu pod swój dach szesnastoletniego siostrzeńca. A Krzysiek ciągle ma nadzieję. Wujek go odwiedza, bardzo chłopcu imponuje. Krzyś stara się, żeby wujek był z niego zadowolony. Żeby mu się przypodobać, stara się dobrze uczyć.

- Myślę, że jeszcze kilka miesięcy Krzyś wytrzyma tę sytuację. Ale kiedy zobaczy, że wszystko na nic, że nie ma szans na opuszczenie domu dziecka i zamieszkanie z wujkiem, załamie się - mówi Barbara Czarniecka. - Boję się o niego, bo to może się źle skończyć.

I nie będą miały szczęścia...

Kasia, Mateusz, Krzyś, Kuba, bracia przybijani gwoździami do ściany - to tylko kilka przykładów historii bardzo podobnych, jakich wiele mogłaby opowiedzieć dyrektor domu dziecka. Niestety, nie są to scenariusze filmowe. Te historie napisało samo życie. I dlatego raczej nie będą miały szczęśliwego zakończenia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie