Gang z Białegostoku podpalał ciężarówki i domy w całym kraju

Włodzimierz Jarmolik
Podpalenia okazały się chytrym pomysłem na wyłudzenie pieniędzy.
Podpalenia okazały się chytrym pomysłem na wyłudzenie pieniędzy. Fot. sxc.hu
Pewnego razu Herszowi Zelikowiczowi, właścicielowi firmy spedycyjnej "Autostrada" przydarzył się paskudny wypadek. Jedna z jego ciężarówek, wioząca towar do Lublina stanęła w płomieniach, wszystko się spaliło. Pożar podsunął mu chytry pomysł.

Ponieważ jednak wóz, jak i cały ładunek były akurat dobrze ubezpieczone, towarzystwo asekuracyjne pokryło straty.

Ciężarówka Zelikowicza już ledwo jeździła, tymczasem dostał on za jej wraka całkiem ładną sumkę. Fakt ten sprawił, że właściciel "Autostrady" zaczął kombinować, czy nie można w ten sam sposób zarobić jeszcze więcej pieniędzy.

Wkrótce miał już gotowy cały plan.

Najpierw szofer Zelikowicza, niejaki Rzepka, kupił za grosze stary, przeznaczony już na złom samochód ciężarowy. Nieco zabiegów kosmetycznych sprawiło, że nabytek ów zyskał znośny wygląd, a nawet jeździł. Wtedy Zelikowicz, za odpowiednią łapówkę, zarejestrował ciężarówkę na podstawionego człowieka. Teraz nastąpiło wysokie ubezpieczenie wozu. Szef "Autostrady" dokonał tego w towarzystwie asekuracyjnym w Wilnie, w którym nie był jeszcze znany. Zgodnie z podpisaną polisą, w razie nieszczęśliwego wypadku właściciel ciężarówki miał otrzymać aż 24 tysiące złotych.

Teraz należało zrealizować drugą część planu - znaleźć klienta, który zgodziłby się stracić swój towar w czasie transportu. Wybór Zelikowicza padł na wytwórnię wyrobów gumowych Stanisława Jagielskiego i Mordki Windenbauma.

Aferzysta miał już z nimi do czynienia i wiedział, że wspólnicy nie są zbyt drobiazgowi, jeśli idzie o przestrzeganie prawa. Rzeczywiście: Jagielskiemu i Windenbaumowi od razu spodobał się pomysł wyłudzenia wysokiej asekuracji. Szybko ubezpieczyli na 10 tysięcy złotych transport dętek kierowany do Lubartowa i przygotowali do drogi 20 skrzyń z gumowymi, nic nie wartymi odpadkami.

Na początku sierpnia 1936 roku ciężarówka Zelikowicza z kierowcą Rzepką wyruszyła w drogę. Ten ostatni otrzymał od swojego pryncypała 100 zł i dokładne instrukcje. Po ich właściwym wypełnieniu czekało na niego w Białymstoku jeszcze 400 złotych.

Wszystko poszło jak z płatka. Tuż przed Lubartowem Rzepka oblał silnik samochodu benzyną i podpalił. Wkrótce ogień strawił cały pojazd wraz z lipną zawartością. Policja lubartowska, która przybyła na miejsce zdarzenia, nie dopatrzyła się niczego podejrzanego i stwierdziła w protokole, że był to nieszczęśliwy wypadek.

Wileńskie towarzystwo asekuracyjne musiało, acz niechętnie, wypłacić znaczne pieniądze. Zelikowicz zatarł ręce i zaczął przygotowywać następną aferę.

Znalazł się jednak ktoś, kto odkrył proceder uprawiany przez właściciela "Autostrady". Był to Jan Stankiewicz, urzędnik białostockiej komendy wojewódzkiej Policji Państwowej, któremu podlegały sprawy ubezpieczeniowe.

Ten jednak, zamiast zdekonspirować oszusta, zaproponował mu spółkę. Za 50 procent zysku obiecał ukryć każdy kant. Zelikowicz bez targowania się (nie miał zresztą wyjścia) przystał na propozycję policjanta. Wkrótce spółka Zelikowicz-Stankiewicz przeprowadziła szereg akcji z podpaleniem ciężarówek. Samochody z rejestracją białostocką płonęły pod Zambrowem, Łodzią, a nawet w pobliżu Katowic.

Po roku owocnej działalności w Białymstoku, Stankiewicza nagle przeniesiono do Warszawy. Awansował na szefa kancelarii stołecznej komendy wojewódzkiej. Ale ze swoją działalnością nie zamierzał zrywać. Ściągnął Zelikowicza i zmontowali nowy biznes: podpalenia na zamówienie domów, willi i fabryczek. Wykonawcami zostali dwaj zawodowi kryminaliści - bracia Hersz i Szymon Rotnikowie. Tylko na samej trasie Warszawa-Otwock wzniecili oni kilkadziesiąt pożarów.

W końcu jednak aferzystom powinęła się noga. Latem 1938 roku zostali po kolei wszyscy aresztowani. Śledztwo trwało 10 miesięcy, bo i podejrzanych pożarów było wiele. Dopiero 15 maja 1939 roku Sąd Okręgowy w Warszawie ogłosił wyrok.

Inicjator przestępczej szajki Hersz Zelikowicz dostał trzy lata więzienia, jego wspólnik eks-policjant, Jan Stankiewicz, otrzymał wyrok tylko o połowę niższy. Pośledniejsi pomagierzy także zarobili swoje, od roku do dwóch lat.

Przez jakiś czas, Białystok miał o czym mówić.

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mohoł
CYTAT(Gość @ 21.03.2010, 21:38:21)
Artykuł beznadziejny, nie trzymający się kupy. Autor pisze na poziomie ucznia szkoły średniej. Wstyd !!!

Kolego proponuję Ci, abyś się puknął cztery razy o kant stołu, a dopiero potem wygłaszał swoje odkrywcze poglądy. Wydaje mi się, że jesteś po prostu zwykłym pustakiem i nie masz pojęcia o historii swojego miasta. Spróbuj sam znaleźć materiały do napisania takiego artykułu i wtedy zobaczymy czy będziesz taki hardy
G
Gość
Artykuł beznadziejny, nie trzymający się kupy. Autor pisze na poziomie ucznia szkoły średniej. Wstyd !!!
c
cxvv
Całkowicie bez sensu ,nie macie juz o czym pisać to wspominacie stare historyjki ?
Tego typu artykułu powinny być opisane że to dane archiwalne.
B
Bafomet
Chodzi o to , aby pokazać czytelnikom ,że policja -zwłaszcza ta na wysokich stołkach już przed wojną lubiła robić przekręty . Tak to jej pozostało do dzisiaj.
~nika~
1938 rok ??? o co tu chodzi ??
Dodaj ogłoszenie