Film "Siaroża". Jeszcze za wcześnie, by postawić pomnik pomordowanym i Buremu. Wspólny

Jerzy Doroszkiewicz
Sergiusz Niczyporuk (z prawej) był bohaterem radiowego reportażu Jarosława Iwaniuka (z lewej). Dokument  „Siaroża” w reżyserii Jerzego Kaliny zostanie wyświetlony 26 stycznia o godz. 18. w białostockim kinie Forum przy ul. Legionowej 5
Sergiusz Niczyporuk (z prawej) był bohaterem radiowego reportażu Jarosława Iwaniuka (z lewej). Dokument „Siaroża” w reżyserii Jerzego Kaliny zostanie wyświetlony 26 stycznia o godz. 18. w białostockim kinie Forum przy ul. Legionowej 5 Jerzy Kalina
Kiedy Jarosław Iwaniuk nagrywał radiowy reportaż o Sergiuszu Niczyporuku z kamerą towarzyszył mu Jerzy Kalina. Dokument „Siaroża” opowiada o losach Białorusinów na Białostocczyźnie i ich relacjach z sąsiadami.

Kurier Poranny: Jak doszło do spotkania z bohaterem reportażu Sergiuszem Niczyporukiem?

Jarosław Iwaniuk: Wiedziałem od dawna, że Sergiusz Niczyporuk to człowiek zajmujący się budowaniem drewnianych domów, założyciel gospodarstwa agroturystycznego i skansenu w Puszczy Białowieskiej „Sioło Budy”. Wiedziałem też, że stara się tam kultywować tradycje białoruskie. Poczynając od kulinarnych, a kończąc na obrzędowości. Wiedziałem też, że jego rodzina ucierpiała pod koniec stycznia 1946 roku podczas pacyfikacji wsi Zaleszany przez oddział kpt. Romualda Rajsa ps. „Bury”.

W 2014 roku w Hajnówce odbył się pokaz filmu Jerzego Kaliny z 1999 roku „Jako i my odpuszczamy”. Film opowiada o tym jak rodziny „wozaków” zabitych przez ten sam oddział polskiego podziemia szukają prawdy o tym, co tak naprawdę stało się z ich bliskimi. Po projekcji filmu odbyła się dyskusja, w której wziął także udział Sergiusz Niczyporuk. Odpowiadając na zarzuty, że film zakłamuje prawdę historyczną, powiedział mniej więcej tak: „Ci co zginęli walcząc o wolną Polskę na pewno godni są uszanowania. Jednak to nie ma nic wspólnego z tym, co robił Bury. Jeżeli on nawet wcześniej dokonał stu heroicznych czynów, to zabijając niewinne kobiety i dzieci stał się mordercą”.

Ta wypowiedź zrobiła na mnie duże wrażenie, bo nawet teraz trzeba mieć odwagę, żeby mówić o tym otwarcie. Przy czym Sergiusz Niczyporuk zwrócił uwagę na bardzo ważną rzecz. Innymi słowy określił to prokurator Instytutu Pamięci Narodowej Dariusz Olszewski, który stwierdził, że działań Burego nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa polskiego.

To znana postać w światku białoruskiej mniejszości w Polsce?

To zależy od tego jak Pan zdefiniuje ten „światek”. Sergiusz Niczyporuk na pewno nie jest działaczem mniejszości białoruskiej. Ale z drugiej strony zna wiele osób z tego środowiska. Z niektórymi zapewne się przyjaźni. Co nie dziwi, bo od lat jest osobą aktywną, prowadzi własny biznes. Znany jest też jako dobry cieśla i budowniczy. Teraz doradza przy tradycyjnym drewnianym budownictwie. Ludzie cenią go za to.

Czy to, że posługuje się językiem białoruskim, dla wielu tutejszym, określa go jako Białorusina, czy prawosławnego mieszkańca Podlaskiego?

Jest wiele czynników, które określają nas jako Białorusinów czy prawosławnych. Chociaż z prawosławiem jest znacznie prościej. Ochrzczono cię w cerkwi, jesteś wierzący, uczestniczysz w nabożeństwach - jesteś prawosławny.

Język, którym się posługujemy, to tylko jeden z czynników, dzięki którym łatwiej jest się nam określić narodowo. Nie możemy zapominać o kulturze i tradycji, z którymi czujemy się związani.

Znam osoby określające się jako Białorusini, które nie posługują się językiem białoruskim. Z drugiej strony, jest spora grupa młodych ludzi, których dziadkowie a nawet rodzice posługują się językiem białoruskim, a oni - ci młodzi - nie znają już tego języka i uważają się za Polaków.

Jeszcze inna sytuacja jest na Sokólszczyźnie. Tam w wielu miejscach język białoruskich zachował się do dzisiaj w formie niemal nieskazitelnej. Jest bardziej zbliżony do języka literackiego niż dialektu, którym posługują się mieszkańcy okolic Bielska Podlaskiego czy Hajnówki. Jednak mieszkańcy Sokólszczyzny, w większości katolicy, określają ten język „prostym” i uważają się za Polaków. Rok temu wyszła ciekawa książeczka „Po prostu… od A do Z”. Mam wrażenie, że jej autorka nie do końca zdawała sobie nawet sprawę z tego, że słowa które umieściła w tej książeczce, to słowa czysto białoruskie. Np.: hanawicy (spodnie), talerka (talerz), rubaszka (koszula) czy waryć pałudzień (gotować obiad).

Funkcjonuje, co prawda taki pogląd, że narodowość to kwestia wyboru. W latach 90. minionego wieku pokazano jednak absurdalność takiego traktowania narodowości. Otóż wychodząc z założenia, że narodowość to kwestia wyboru grupa osób stwierdziła, że są Eskimosami. Założyli stowarzyszenie i zwrócili się o przyznanie im dotacji z budżetu państwa. Możliwe, że to właśnie dlatego w polskim ustawodawstwie dotyczącym mniejszości określono, że mniejszością narodową jest grupa obywateli, której „przodkowie zamieszkiwali obecne terytorium Rzeczypospolitej Polskiej od co najmniej 100 lat”. To też ucina - przynajmniej na najbliższe kilkadziesiąt lat - spekulacje na temat tego, czy można uznać za mniejszość narodową coraz liczniejsze grupy uchodźców czy imigrantów ekonomicznych. Otóż, nie można, bo nie zamieszkują terytorium RP od co najmniej stu lat.

Profesor Simona Kossak, z którą miałem okazję pracować przez kilka lat, przygotowując w Radiu Białystok jej gawędy „Dlaczego w trawie piszczy?”, w czasie spisu powszechnego mówiła o tożsamości narodowej, że „jak ktoś urodził się żubrem, to niech nie udaje jelenia”.

Oczywiście, na pograniczu sytuacja jest bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Mieszkając obok siebie Polacy i Białorusini czy prawosławni i katolicy „wymieszali się”. I rzeczywiście, jeżeli ktoś pochodzi z rodziny mieszanej, to narodowość może być kwestią wyboru.

Inną kwestią są „prawosławni Polacy”, których istnienie można było podważać jeszcze - powiedzmy - dziesięć lat temu, a dziś nie można już tego kwestionować. Wiele osób za takich siebie uważa i „kopanie się z koniem” nie ma sensu.

W filmie Sergiusz Niczyporuk rzeczywiście posługuje się dialektem języka białoruskiego, który wyniósł z rodzinnego domu, a który rzeczywiście często nazywany jest „tutejszym”. Ale doskonale zna on także literacki język białoruski.

Czy mord dokonany przez oddział Burego na prawosławnych mieszkańcach Zaleszan stał się pokoleniową tajemnicą wszystkich Białorusinów tych rejonów?

Mam nadzieję, że nie zabrzmi to zbyt górnolotnie. Moim zdaniem mord w Zaleszanach, rozprawa z „furmanami”, spalenie innych wsi białoruskich (Zanie, Szpaki, Końcowizna, Wólka Wygonowska) - te wydarzenia w dużej mierze w okresie powojennym określiły świadomość historyczną wspólnoty narodowej Białorusinów w Polsce. Chociaż trzeba przyznać, że do połowy lat dziewięćdziesiątych nie mówiło się o tym publicznie. I nawet wśród najbliższych pamięć o tych wydarzeniach była przekazywana raczej na zasadzie, że byli to jacyś żołnierze, jacyś leśni, jacyś bandyci, czy np. „kożuszniki”, czyli ci, którzy rekwirowali kożuchy u mieszkańców wsi. Niewielu nawet w prywatnych rozmowach nazywało sprawców z imienia i nazwiska. Chociaż, zapewne wielu wiedziało, kto był odpowiedzialny za spalenie wsi.

Od 7. roku życia wychowywałem się w Bielsku Podlaskim. Ojciec opowiadał mi o swoim znajomym, który mimo, że był prawosławny choinkę ubierał na katolickie święta Bożego Narodzenia. Ojciec zapytał go kiedyś dlaczego tak robi, mimo, że Wigilię przygotowują dopiero 6 stycznia. Okazało się, że znajomy pochodził właśnie z tych okolic, w których działał oddział Romualda Rajsa. Jego rodzina mieszkała w mieszanej katolicko-prawosławnej wsi. „Od tego czasu - opowiadał znajomy - zawsze ubieraliśmy choinkę na katolickie Boże Narodzenie, żeby się nie wyróżniać. Nikt w domu nie odzywał się też po swojomu”. Jego rodzina fizycznie, co prawda nie ucierpiała, ale jej przeżycia były na tyle traumatyczne, że nawet w latach 90. choinkę ubierali 24 grudnia, a Wigilię przygotowywali 6 stycznia.

Dziś nadal mówienie o tych tragicznych wydarzeniach w naszej historii jest ważne. I nie chodzi tu o wzbudzanie czy wzmaganie nienawiści między prawosławnymi i katolikami, czy między Białorusinami a Polakami. Po prostu, ofiarom należy się pamięć. I dlatego wiedzę o tym, co się stało w Zaleszanach trzeba przekazywać kolejnym pokoleniom aby zachować pamięć o tych wydarzeniach i ich ofiarach.

Żeby nie było tak jak z „bieżeństwem”, którego 100-lecie upamiętnialiśmy przez cały ubiegły rok. Okazało się, że dziś mało kto wie, co i dlaczego wydarzyło się na Białostocczyźnie sto lat temu, gdy w czasie I wojny światowej zbliżał się do nas front. Takiej sytuacji w przypadku pacyfikacji wsi białoruskich na przełomie stycznia i lutego 1946 roku należałoby uniknąć.

W filmie pada wypowiedź zwykłej mieszkanki Zaleszan, że niszczyli naszych prawosławnych ludzi, nie nas, czy Białorusinów…

Strach, uzasadniony czy wyimaginowany, istnieje. Chociaż na pewno nie u wszystkich.

Tu znowu wracamy to poczucia tożsamości narodowej. Mieszkańcy wsi częściej identyfikują się z wyznaniem niż z narodowością. Ale ksiądz prawosławny podczas kazania w cerkwi p.w. św. Katarzyny przy domu zakonnym w Zaleszanach mówił już wprost o „niewinnych męczennikach, którzy zginęli, bo byli synami i córkami ziemi białoruskiej, bo mówili w miejscowej białoruskiej gwarze”.

Nie należy zapominać, że prawosławie na Białostocczyźnie utożsamiane było zwykle z białoruskością. Dlatego też - jak mówi w reportażu Dariusz Olszewski - można powiedzieć, że Bury dokonał mordu z przyczyn narodowych na osobach narodowości białoruskiej.

Starsi mieszkańcy umieją podejść do wspomnień z humorem, ale jednocześnie mówią wprost, że nie chcą wspominać, bo władza wsadzi ich do więzienia. Kiedy powstawał ten reportaż? Czy rzeczywiście, mimo 70 lat od zbrodni, ludzie nadal żyją tam w strachu?

Strach uzasadniony, czy wyimaginowany, istnieje. Chociaż na pewno nie u wszystkich. Jeden z mieszkańców wsi Zaleszany Piotr Młodzianowski, który w 1946 roku był kilkuletnim dzieckiem, nie bał się opowiadać o swoich wspomnieniach z tego tragicznego dnia w programie „Świadkowie historii”. Nam również udało się nagrać z nim rozmowę. Bez obaw opowiadał też o tym nasz bohater, czy to w reportażu i filmie, czy to podczas dyskusji w Hajnówce po projekcji filmu „Jako i my odpuszczamy”.

Ale były sytuacje, których do końca sam nie mogłem zrozumieć. Niektórzy z mieszkańców wsi rzeczywiście nie chcieli z nami rozmawiać, odwracali się widząc kamerę czy mikrofon. Podczas jednego z wyjazdów do Zaleszan, mieszkańcy pokazali nam naklejki gloryfikujące Burego. Zostały one rozklejone w kilku miejscach, w tym na drzwiach świetlicy i na znakach terenu zabudowanego, przez młodych ludzi w ubraniach paramilitarnych. Naklejki nam pokazano, ale nikt nie chciał przed kamerą o tym opowiedzieć…

Prof. Eugeniusz Mironowicz z Uniwersytetu w Białymstoku przyznaje, że w powiecie bielskim 84 proc. towarzyszy było Białorusinami, w powiecie białostockim 70 proc. - to może ten pomysł Burego na odpowiedzialność zbiorową nie był zatem pozbawiony swego rodzaju sensu.

Czyli co - odpowiedzialność zbiorowa to rzecz warta pochwały, akceptacji czy przynajmniej usprawiedliwienia? Nie zgadzam się z takim podejściem. Warto też dodać, o czym także mówi prof. E. Mironowicz, że - po pierwsze - owe 84 i 70 procent to było zaledwie 0,3 proc. ludności białoruskiej na tym terenie, a po drugie - Białorusini, czy to w partii, czy w Urzędzie Bezpieczeństwa nie zajmowali kierowniczych stanowisk. Te nadal zostawały w rękach Polaków.

W 1989 roku jako członek Białoruskiego Zrzeszenia Studentów miałem okazję spotkać się w Lublinie ze znanym polskim opozycjonistą Zbigniewem Bujakiem. Trwały akurat przygotowania do pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych. Na Białostocczyźnie część środowiska białoruskiego próbowała porozumieć się z „Solidarnością” w sprawie wystawienia z jej listy swojego kandydata. Zgoda Warszawy była, ale na poziomie lokalnym nie można było dojść do porozumienia. Zbigniew Bujak podczas spotkania zapytał mnie: Dlaczego w tym Białymstoku nie możecie się dogadać? Wie pan - mówię - Polacy uważają, że każdy Białorusin to SB-ek. Na co Bujak po chwili odpowiedział: No, zobacz, a w Warszawie co jeden to Polak.

Skoro na Białostocczyźnie mieszkali Białorusini, to rzeczą zrozumiałą było to, że część z nich skusiła się na komunistyczne apanaże, tak jak w Warszawie skusiła się na to część Polaków.

Jednak absolutnie nieuprawnione są zarzuty dotyczące współpracy mieszkańców Zaleszan z UB czy wręcz z sowieckim NKWD. To absurd. Prawdopodobnie ofiary nawet nie wiedziały, że takie struktury istniały. Bury zeznając przez komunistycznym sądem miał mówić, że ludność wrogo odnosiła się do jego oddziału. Niedawno zakończyła się wojna. Była zima. Mieszkańcom wsi samym brakowało jedzenia, a „leśni” przychodzili właśnie po to, żeby zarekwirować jedzenie, ubranie, konie, wozy. Sądzę, że ludzie równie wrogo odnosiliby się do każdego oddziału, który przyszedłby odebrać im środki do życia. Bez względu na to czy był to oddział polski, białoruski czy jakikolwiek inny.

Poza tym nie można przecież mówić o tym, że z komunistycznymi władzami współpracowały małe czy nienarodzone dzieci. Prawda…?

Komuniści po wojnie szczególnie nienawidzili i zwalczali chrześcijaństwo - skąd brało się zauroczenie komunizmem na tych głęboko zdawałoby się religijnych terenach?

To temat bardzo szeroki i wykraczający poza ramy wywiadu prasowego. Należałoby tu zapewne wspomnieć i o sytuacji Białorusinów w okresie II Rzeczypospolitej, która była dość trudna, i o popularności wśród prawosławnych przez II wojną światową różnych sekt religijnych typu sekty proroka Eliasza z Grzybowszczyzny, i o wielu innych czynnikach.

Nie sięgając jednak głęboko do historii można stwierdzić, że władze komunistyczne stwarzały przed białoruską ludnością wiejską perspektywę awansu społecznego. Jak mówi prof. Eugeniusz Mironowicz, zapraszały ich do swoich szeregów. Młody człowiek mógł zostać milicjantem, a ten kto potrafił czytać i pisać - nawet urzędnikiem. Poprzednie władze takich ofert Białorusinom nie składały. Jednak byli też i tacy, o czym w reportażu radiowym opowiada Sergiusz Niczyporuk, którzy nie zważając na wszystko bronili swojej ziemi przez włączeniem jej do kołchozu.

Pan Niczyporuk zdaje się być wyjątkową postacią - rzucił partyjną legitymację, a pod koniec lat 70. zdecydował się wstąpić do seminarium duchownego - to chyba ewenement w skali całej społeczności polskiego prawosławia?

Tak, Sergiusz Niczyporuk jest osobą szczególną. Miał odwagę rzucić legitymację partyjną w tym czasie, gdy nikt nie sądził, że powstanie np. ruch „Solidarności” i rozpadnie się Związek Sowiecki.

Sądzę jednak, że takie dylematy rozgrywały się w wielu prawosławnych duszach i sercach . Pan Sergiusz mówi otwarcie o tym, że był ideowym komunistą, że wierzył w komunizm i w to, że może on zmienić świat. Ale byli na pewno i tacy, którzy nawet wtedy, gdy zrozumieli, że cały ten komunizm jest bez sensu, nie byli w stanie, nie mieli odwagi - tak jak bohater filmu - rzucić legitymacji partyjnej. Czy kierowali się strachem, konformizmem czy jeszcze czymś innym? Na pewno był to splot różnych czynników.

Jednym z najciekawszych elementów panoramy tych rejonów jest informacja o spaleniu przez ludzi domu wójta - członka PZPR i o założeniu koła Solidarności w 1981 roku w Dubiczach Cerkiewnych - typowo prawosławnej miejscowości. Dlaczego o tym się nie mówi?

To prawda, bardzo trudno jest znaleźć informacje na ten temat. Nie ma żadnego poważnego opracowania, dotyczącego np. udziału prawosławnych czy Białorusinów w pracach „Solidarności”. Swoją drogą, to byłaby bardzo ciekawa praca. Początkowo bowiem prawosławni na przykład w dużych zakładach w Białymstoku wstępowali do związku. Trudno powiedzieć czy wszyscy kierowali się tylko tym, że skoro członkami związku byli ich katoliccy koledzy, to i oni nie chcieli się niczym wyróżniać. Związek „Solidarność” miał jednak charakter zdecydowanie narodowy i był mocno wspierany przez Kościół Katolicki. Dlatego z czasem prawosławni zaczęli występować ze struktur. Warto byłoby w takiej pracy prześledzić ten proces: co rzeczywiście było jego przyczyną, jak ruch był traktowany przez zwykłych prawosławnych, a jak przez hierarchię Cerkwi, jak odnosili się katolicy do udziału prawosławnych w pracach związku?

Z sympatią do Białorusinów odnosił się przewodniczący regionu Stanisław Marczuk, który - jak mówił nam dyrektor Archiwum Państwowego w Białymstoku Marek Kietliński - w czasie stanu wojennego ukrywał się na terenie jednej z prawosławnych parafii. Jednak przez cały czas istnienia związku w jego władzach nie było nikogo ze środowiska prawosławnego czy Białoruskiego. Wyjątkiem była Raisa Sokołowska z Siemiatycz, która w lokalnych strukturach „Solidarności” zajmowała wysoką pozycję.

W Dubiczach Cerkiewnych sytuacja była zupełnie inna. Tam powstało koło „Solidarności” Rolników Indywidualnych, w którym byli sami prawosławni. Na podstawie tego jak powstawał związek w Dubiczach można doskonale zobaczyć, że był to ruch oddolny. Ludzie mieli dość zamordyzmu naczelnika gminy, którym był wówczas Mikołaj Czykwin. Taką iskrą zapalną było wymoknięcie ziemniaków na dużym terenie. Straty oceniała specjalnie powołana komisja, która przyznała ludziom odszkodowania. Ale nie wszyscy te odszkodowania mieli dostać. Dlatego też powstał bunt. Zorganizowano protest przed siedzibą urzędu gminy i ostatecznie doprowadzono do usunięcia naczelnika ze stanowiska.

W czasie stanu wojennego nikt z koła „Solidarności” RI w Dubiczach Cerkiewnych nie był internowany, ale niektóre osoby wzywane były na przesłuchania do Hajnówki.

W rozmowach wciąż powraca opowieść o krzyżykach, którymi miano znakować mieszkania i domy prawosławnych. Czy dziś można stwierdzić, kto to robił i jaka była skala tego procederu?

Nie tylko o krzyżach na drzwiach, ale też o składach broni, którą rzekomo „Solidarność” przygotowywała do rozprawy z prawosławnymi. Miały też być wykopane doły…

To oczywiście pytanie do historyków. I o ile wiem, nie ma twardych dowodów na to, kto za tym wówczas stał. Jednak znaczna część historyków, w tym białoruskich, uważa, że były to prowokacyjne działania Służby Bezpieczeństwa. Prosta zasada -„dziel i rządź”. Jak podzielisz ludzi, jak nastawisz ich wrogo wobec siebie, zastraszysz - to znacznie łatwiej będzie nimi rządzić. Z takiego założenia wychodzili zapewne komuniści.

Jest to temat, który czeka jeszcze na dogłębne badania historyczne. Jak mówił nam podczas pracy nad reportażem i filmem Marek Kietliński, byłoby dobrze gdyby takimi badaniami zajęli się młodzi historycy, urodzeni już po stanie wojennym, którzy nie są obciążeni zaszłościami, którzy tych wydarzeń nie pamiętają z autopsji.

Czy prawosławni wybaczyli mordy Burego, umieją dziś żyć obok katolików bez urazy?

Myślę, że konkluzja bohatera filmu „Siaroża” jest doskonałą odpowiedzią na to pytanie. Sergiusz Niczyporuk uważa, że „czas już zapomnieć o krzywdach i odwołać się do rozumu. Bo jeżeli nadal będziemy się dzielić na jednych i drugich to tak jakbyśmy znowu siali ziarno zła”. Kilka lat temu był taki pomysł, żeby postawić wspólny pomnik - ofiarom i mordercom. Bo ci drudzy też na swój sposób byli nieszczęśliwi. Sądzę jednak, że jeszcze do tego nie dorośliśmy. Może kolejne pokolenia…

Takiego pełnego porozumienia na pewno nie ułatwiają akcje upamiętniające Burego jako bohatera. Mam tu np. na myśli akcję ONR-u, który w Bielsku Podlaskim i Hajnówce wywiesił płótna gloryfikujące Burego czy coroczne rajdy szlakiem oddziału Burego. Szkoda, że młodych ludzi nie interesuje prawda historyczna. Bo trudno mi uwierzyć, że oni wiedzą, co zrobił Bury i właśnie dlatego uznają go za bohatera…

Siaroża

Sergiusz Niczyporuk z rodziną dziś prowadzi pensjonat agroturystyczny we wsi Budy w Puszczy Białowieskiej. Urodził się w Zaleszanach, wsi spacyfikowanej w 1946 r. przez oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego dowodzony przez kpt. Romualda Rajsa ps. „Bury”. Zginęło wtedy 17 mieszkańców, w tym duża część rodziny Sergiusza Niczyporuka. W młodości uległ propagandzie „władzy ludowej” - stał się ideowym komunistą. W poło wie lat 70. uświadomił sobie, że komunizm to „kłamstwa i obłuda”, wyrzucił legitymację partyjną i… rozpoczął naukę w Prawosławnym Seminarium Duchownym w Warszawie. W 1981 r. został przewodniczącym koła Solidarności Rolników Indywidualnych w Dubiczach Cerkiewnych, jedynej gminie zamieszkałej przez prawosławnych, w której powstał ten związek. Został prywatnym przedsiębiorcą, ponad trzydzieści lat buduje drewniane domy, karczmy, budynki gospodarcze, cerkwie. Pomógł też zbudować Dom Zakonny Św. Katarzyny w Zaleszanach, w którym jego córka - prawosławna mniszka siostra Elżbieta, modli się za spokój dusz mieszkańców wsi zamordowanych w 1946 roku.

Romuald Rajs,

ps. Bury mając 13 lat wstąpił do Szkoły Podoficerskiej Piechoty dla Małoletnich. W kampanii wrześniowej walczył w stopniu kaprala. W konspiracji od 1939 roku. W 1944 r. brał udział w operacji „Ostra Brama”, czyli wyzwalaniu Wilna z rąk Niemców przez Armię Krajową. W październiku 1944 zgłosił się do Ludowego Wojska Polskiego, skąd na rozkaz “Łupaszki” zdezerterował z 29 żołnierzami. Po rozwiązaniu V Wileńskiej Brygady AK został szefem Pogotowia Akcji Specjalnej NZW. Na przełomie stycznia i lutego 1946 roku kazał zamordować 30 białoruskich furmanów, jego oddział palił wioski i mordował ludność cywilną (w sumie 79 ofiar). Na pokazowym procesie w białostockim kinie „Ton” został skazany w dniu 1 października 1949 na karę śmierci. Podczas procesu nie przyznawał się do mordu na furmanach, zrzucał winę na swego zastępcę. Wyrok wykonano 30 grudnia 1949 w Białymstoku. Zrehabilitowany w 1995. Sąd uzasadnił, że „walczył o niepodległy byt państwa polskiego. W 2005 roku Instytut Pamięci Narodowej uznał, że zabójstwa furmanów i pacyfikacje wsi nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż noszą znamiona ludobójstwa.

Jarosław Iwaniuk

urodzony w Bielsku Podlaskim w 1969 roku. Ukończył LO z białoruskim językiem nauczania im Bronisława Taraszkiewicza w Bielsku Podlaskim oraz historię na Uniwersytecie Warszawskim. Jest dziennikarzem. Pracował w Białoruskiej Redakcji Polskiego Radia dla Zagranicy oraz w Polskim Radiu Białystok, był dyrektorem programowym Białoruskiego Radia Racja.

Wideo

Komentarze 10

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

droga katolicka też nie usłana różami tylko dużą ilością krwi

G
Gość

Mordowali dla tego , że nie  znali ,,ojcze nasz" w języku polskim.Ale wracam również do innych zdarzeń tematyki powojennej przemilczanej przez prasę i IPN.A mianowicie wieś Pulsze, gmina Wyszki w jesieni 1946 roku  na 30-osobowy konwój rosyjski  z Niemiec  około 150 sztuk  krów  rasy czarno=białej napadli z bronią w ręku miejscowi męszczyżni zrzeszeni w podziemnym AK,wymordowali konwój a bydło przywłaszczyli  rozmieszczając w swoich zagrodach.Doszło to do dowództwab rosyjskiej armii.Wojsko dokonało rewizji pomieszczeń , bydło zabrano.A podstawione czołgi ostrzelali wieś, pozostał nie  spalony jeden dom i kawałek  płotu.Tali sam przypadek był w Augustowie, armia rosyjska zabrała wszystkich  męszczyzn tam gdzie znaleziono przywłaszczone niemieckie krowy.A nasz IPN wyolbrzymia sprawę. Wycofująca się z pod Berlina  w 1946 roku Armia Czerwona  żadnych rystrykcji do ludności cywilnej nie czyniała.A na Podlasiu strzelano im w plecy i takie były efekty.

z
zal
W dniu 05.02.2016 o 12:20, Joanna K. napisał:

Achmed,  nie mówiła Panu mamusia, że te rodziny białoruskie to byli najczęściej donosiciele do NKWD, że że byli członkami Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi współpracującej z Niemcami a potem z NKWD zawsze przeciwko Polsce i Polakom? Że w czasie wojny zdradę kwituje się kulą w łeb? Nie mówiła mamusia, że "dzięki" tej współpracy na Sybir na nieludzką ziemię wywiezionych zosgało z terenów Rzeczypospolitej blisko 1,5 miliona Polaków w większości zamordowanych tam lub zmarłych z wycieńczenia w łagrach? To "zasługa" min.donosicieli, których tak żałujesz ...Bury miał rację i wykonywał rozkaz. Więc nie pyskuj.

Dzieci też wspólpracowły.
Takich .i jak trzeba leczyć. Morderca jest zawsze mordercą.
Pewnie by się chciało z sąsiadami sprawy siekierką załatić.

s
soltys
Wy rdzenni polacy to tak nielubicie nas ptawoslawnych.a ja siegnalem do dawnych czasow i wychodzi ze mieszko 1 chrzest mogl przyjac wiare prawoslawna.o wtedy by sie dzialo.skoro tu polska katolicka to po co polacy uciekaja za granice
J
Joanna K.

Achmed,  nie mówiła Panu mamusia, że te rodziny białoruskie to byli najczęściej donosiciele do NKWD, że że byli członkami Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi współpracującej z Niemcami a potem z NKWD zawsze przeciwko Polsce i Polakom? Że w czasie wojny zdradę kwituje się kulą w łeb? Nie mówiła mamusia, że "dzięki" tej współpracy na Sybir na nieludzką ziemię wywiezionych zosgało z terenów Rzeczypospolitej blisko 1,5 miliona Polaków w większości zamordowanych tam lub zmarłych z wycieńczenia w łagrach? To "zasługa" min.donosicieli, których tak żałujesz ...Bury miał rację i wykonywał rozkaz. Więc nie pyskuj.

c
chrzescijanin nie achmed

miotla chrzcony achmed,jaka miotlla taki achmed.od lupaszki wara najlepiej do krainy szcesliwosci tuz za miedza.wiem ze  nie nawidzisz  polakow zaklamancu

e
elmo
Prokurator stwierdził bo zapadł wyrok w sprawie.Historycy mają różne zdanie na temat tej samej osoby więc ludzie też.
A
Ahmed
To byli mordercy i bandyci którzy mordowali całe rodziny, żyją jeszcze ludzie którzy pamiętają co ta Band robiła Bury, łupaszko i inni niech fil nakręca o nich i niech ludzie się dowiedzą co to za skurwesyny byli ,mieszkam na Podlasiu w sąsiedniej wiosce wymordowali całe rodziny, i domy spalili dla prawosławnych a teraz bohaterowie hahahahaha
r
racionale

szkoda, że płatny dostęp do artykułu

w
wańka.

Bury   tą kobaskę  by skonfiskował

Dodaj ogłoszenie