Ewa Chacianowska wróciła z Mediolanu do Supraśla

Aneta Boruch [email protected]
Być artystą nie jest łatwo, wręcz przeciwnie: to bardzo trudne, ale nie chcę już robić niczego innego – mówi Ewa Chacianowska w swojej pracowni w Supraślu
Być artystą nie jest łatwo, wręcz przeciwnie: to bardzo trudne, ale nie chcę już robić niczego innego – mówi Ewa Chacianowska w swojej pracowni w Supraślu Andrzej Zgiet
Po 20 latach spędzonych we Włoszech Ewa Chacianowska, malarka, graficzka i projektantka zdecydowała się związać swoje losy z Supraślem.

Moje życie to sztuka. Nie chcę już tracić życia na coś innego - mówi Ewa Chacianowska, artystka obecna na wystawach w Paryżu, Rzymie, Berlinie, Londynie i Mediolanie. Po ponad 20 latach spędzonych we Włoszech właśnie wróciła do swoich korzeni - na Podlasie.

Moje życie zatoczyło koło, a nawet kilka kół -mówi Ewa Chacianowska, świeżo upieczona mieszkanka Supraśla. - Życie dzieli się na segmenty, a ja teraz jestem, mam nadzieję, w takim spokojnym i szczęśliwym. Mam prawie 50 lat i zaczynam życie od nowa po raz kolejny.

Oliwą extra vergine na pilśni

Ewa Chacianowska urodziła się w Białymstoku i skończyła Liceum Plastyczne w Supraślu. Po maturze od razu zaczęła pracować, projektując tkaniny drukowane w Fastach. - To było najwięcej, co mogłam tam osiągnąć - mówi. Próbowała zdawać do Łodzi na studia na tkaninę użytkową i do Warszawy na malarstwo. Nie udało się. Dała więc sobie spokój i na początku lat 90. wyjechała z mężem do Włoch. Właściwie chcieli jechać do Londynu, ale w tamtych czasach do Włoch łatwiej było się dostać, bo nie trzeba było wizy. Dostali się na grafikę w Istituto Europeo Di Design w Rzymie. Studia trwały dwa lata, Ewa ukończyła je z wyróżnieniem.

Początki artystycznego małżeństwa w Rzymie były bardzo trudne. - Pojechaliśmy tam przede wszystkim, żeby studiować, ale okazało się, że nie da się tak po prostu uczyć. Trzeba też jeszcze pracować, żeby żyć.

Ewa, jak sporo Polek za granicą, zaczynała od sprzątania, pracy w restauracjach czy też w gejowskich klubach w Rzymie. Dopiero po jakimś czasie udało im się zaczepić w agencji reklamowej, z czasem Ewa dostała pracę w banku.

Ale oprócz tych zmagań z codziennością, w ich życiu obecna była nadal sztuka, od czasu do czasu udawało się sprzedać jakiś obraz. Wciąż szli własną artystyczną drogą, poszukiwali w sztuce czegoś nowego i tym zwrócili na siebie uwagę Włochów.

- Zauważono nas jeszcze podczas studiów, bo mieliśmy bardzo dobre przygotowanie po szkole supraskiej - podkreśla Ewa Chacianowska. - Umieliśmy dużo zrobić rękoma, co bardzo się wszystkim podobało. A wtedy było bardzo duże zainteresowanie Polską, zwłaszcza grafiką i plakatem.
W efekcie Chacianowscy dostali propozycję wystawienia swoich prac w prestiżowym Studiu F. Moschini A.A.M.Arte Moderna. - Zaistnieliśmy tam obok znanych artystów rzymskich, sporo sprzedaliśmy i zostaliśmy po tej wystawie dostrzeżeni.

Byli bardzo zaradni. - Gdy nie było nas stać na płótna w tamtych czasach, malowaliśmy na pilśni z oliwą extra vergine. Schły potem te prace nawet dziesięć lat - śmieje się Ewa. Zostały one po latach wystawione między innymi w Galerii Studio czy Starej Prochowni w Warszawie.

Potem przyszło jeszcze parę wystaw we Włoszech, ale nadal żyli w rozkroku miedzy Polską i Włochami. Ciągle wracali do kraju, by robić tu wystawy.

Zresztą zetknięcie z włoskim rynkiem sztuki doprowadziło Ewę Chacianowska do dość gorzkich refleksji. - Na chleb trzeba zawsze zarobić, sztuką żyć się nie da - opowiada. - Włochy to cudowny kraj, wielka tradycja, krajobrazy, słońce, niemniej jednak współczesny rynek sztuki jest tam skomercjalizowany. Trudniej się porozumieć, w Polsce jest dużo więcej tej powagi profesjonalnej i dużo więcej można zrealizować. Zdarzyło się, że wręcz narzucano mi, co mam robić. Namaluj to tak i tak, bo to się sprzeda, słyszałam w galerii. A ja tak nie mogę i nie chcę być rzemieślnikiem, przekreśliłoby to całą moją historię artystyczną.

W Rzymie Ewę spotkała też wielka tragedia: jej mąż Mariusz zginął w wypadku samochodowym. - Niemniej jednak każde zdarzenia, dobre czy złe, wpływają na nasze życie - refleksyjnie mówi artystka. - Śmierć Mariusza była momentem, po którym powiedziałam: od teraz żyję tylko sztuką, bo życie jest kruche. Nie wiemy kiedy nastąpi koniec. Trzeba cieszyć się życiem, rozwijać pomysły, które ma się w głowie. Sztuka zawsze była obecna w moim życiu, a po wypadku Mariusza stała się celem i sensem istnienia.

Z Mediolanu do Grand Palais ze Smoleńskiem

Wyjechała do Mediolanu z nadzieją, że tu bardziej uda się jej rozkręcić działalność artystyczną. To miasto mody, sztuki, designu wydawało się jej położone bliżej Europy.

I udało się. Zrobiła tu dużo więcej ekspozycji, nawiązała nowe kontakty, poznała inne europejskie galerie.

- To właśnie Mediolan pozwolił mi na zrobienie wystawy w Grand Palais w Paryżu - opowiada Ewa Chacianowska. - Pokazałam tam instalację, składającą się z 96 przestrzennych głów z drutu, wypunktowanych światłem trzech reflektorów. Tematem była katastrofa polskiego samolotu rządowego pod Smoleńskiem w kwietniu 2010 roku. Ta instalacja była krytyką tego, jak to Polacy zapatrywali się na wypadek smoleński.

Mediolan pozwolił jej odkryć nowe techniki, nowe dziedziny sztuki, formy ekspresji. W tej chwili Ewa Chacianowska robi wiele rzeczy z różnych dziedzin sztuki. Ważne dla niej są zwłaszcza portrety. - Nazywam je ikonami - opowiada. - Fascynują mnie twarze ludzkie, to odzwierciedlenie naszej duchowości, emocji, ze zdjęciem twarzy wchodzi się w interakcję.

Tradycja ikony, wciąż żywa na Białostocczyźnie, stale jest obecna w jej twórczości. - Wyszłam z motywu ikony - tłumaczy artystka. - I teraz ja też maluję ikony: totalnie przerobione, otwarte, uwspółcześnione. Dziś ikonki mamy w komputerze, ikoną jest np. piosenkarka Madonna, papież, Kaczyński czy nawet osoba, która tańczy w telewizji. Zewsząd otaczają nas ikony.

Ewa Chacianowska mówi, że jej sztuka jest emocjonalna, bo musi wyrzucić z siebie przeżycia, a kreatywność musi wyjść do ludzi. - Być artystą nie jest łatwo. Wręcz przeciwnie - jest bardzo trudno, ale nie chcę już tracić życia na coś innego. Moje życie to sztuka.

W Mediolanie, światowej stolicy mody Ewa nawiązała też współpracę z tą branżą. Choć ucieka od komercji, spodobała się jej propozycja włoskiej niszowej marki Marios, by zrobiła prototypy modeli do kolekcji zima 2009. - Współpraca wyszła nam wspaniale i doszliśmy do wniosku, że warto to kontynuować.

Po roku wytkała dla nich sukienki, świetnie przyjęte na włoskim rynku - sprzedały się doskonale. Na ten sezon właśnie powstają koszule z nadrukiem rysunków Ewy, inne koszulki są tkane na następny sezon. To krótkie serie. - Wiadomo, że jest dobra moda i zła moda, ja mam poczucie, że robię modę artystyczną.

Powrót do starych kątów

Ewa Chacianowska otwarcie przyznaje, że nic nie przychodziło jej łatwo, zawsze raczej miała pod górkę. - Ale przecież nikt nam nigdy nie obiecywał, że będzie łatwo - śmieje się. - A wszystko to, co robimy, rozwija nas i kształci.

Bardzo długo myślała, że do Polski już nie wróci. Życie jednak pisze różne scenariusze. Włoskiej przyjaciółce Ewy, Alessi, Polska bardzo się spodobała. Na tyle, że chciała ją bliżej poznać i posmakować, bo pasją Alessi jest gotowanie. Ewa zaczęła więc przywozić ją do rodzinnego kraju, pokazywać Polskę i nasz region. Alessia Białymstokiem była zachwycona. I to ona zwróciła uwagę Ewy na pewne przyziemne aspekty praktyczne. Stwierdziła, że jednak tu żyje się łatwiej, niż we Włoszech, gdzie biurokracja czasami dochodzi do absurdu.

Pięć lat temu zapadła więc wspólna decyzja przyjaciółek: przenosimy się do Polski. Siadły pewnego dnia z kartką papieru i spisały co muszą zrobić. A potem punkt po punkcie te postanowienia realizowały.

Przede wszystkim należało zarobić pieniądze na przeprowadzkę, Alessia zaczęła się uczyć języka polskiego. No i chyba najważniejsze: zaczęło się szukanie miejsca w Polsce, w którym najlepiej zamieszkać. Obie bardzo szybko zdecydowały się na Podlasie i Supraśl, Ewę ciągnęły tu przecież dawne sentymenty.

- Powrót do starych przyjaciół i dobrze znanych kątów jest bardzo przyjemną rzeczą - opowiada Ewa Chacianowska. - Poza tym, już z zawodowego punktu widzenia: znalazłam tu bardzo ciekawe tematy, nawiązałam współpracę z różnymi instytucjami, galeriami, na przykład z Galerią Sleńdzińskich. Wszyscy okazali się bardzo otwarci na moją sztukę i wiele mi pomogli, bym mogła tu zaistnieć.

Polska to bardzo ciekawy kraj

Od sierpnia ubiegłego roku Ewa i Alessia na dobre mieszkają już w Supraślu. Kupiły wspólnie stary, drewniany dom z klimatem, kończą jego remont i urządzanie. I chociaż wciąż jakieś sprawy wzywają je jeszcze do Włoch, to są to już coraz rzadsze wyjazdy. A przyjaciele, których zostawiły obiecują, że teraz oni będą przyjeżdżać do nich na Podlasie.

Ewa z zapałem mówi o kolejnej rewolucji w swoim życiu. - Zmiany dają nam nową energię - podkreśla. - Ja jestem trochę taki Cygan i co jakiś czas muszę coś zmienić.

Po latach nieobecności również na Polskę patrzy inaczej, przez pryzmat tego, jak nas postrzegają w Europie, a jest to widzenie coraz lepsze. Zdaniem Ewy Polska to wciąż młody kraj, bo przecież nasza demokracja liczy zaledwie 25 lat. Dlatego wiele rzeczy u nas buduje się od nowa, wciąż coś odkrywamy.

- Jestem pozytywnie nastawiona patrząc na to, co dzieje się w muzyce i sztuce. Uważam, że Polska to naprawdę kraj z bardzo dużymi perspektywami. Choć oczywiście trzeba mocno pracować, żeby to wszystko doszło do pewnego poziomu - podkreśla.

A tak zupełnie prywatnie Ewa optymistycznie patrzy w przyszłość.

- Mam pomysły, rozmach, energię. Co wcale nie znaczy, że jest łatwo. Ale jestem w najlepszym momencie życia.

Archiwum artystów żydowskich

Efektem wspólnych badań Ewy i Mariusza Chacianowskich, prowadzonych od lat 80. ubiegłego wieku, jest bogaty zbiór informacji o artystach żydowskich, wywodzących się z Białegostoku. Znajdują się w nim fotografie, artykuły, które ukazywały się na świecie, książki, wycinki prasowe, korespondencja do artystów. To jedne z nielicznych badań w tej dziedzinie i jeden z najbogatszych zbiorów, dotyczących artystów pochodzenia żydowskiego Podlasia.

- To archiwum, w którym znalazły się np. bardzo ciekawe fotografie archiwalne, jest bazą do prowadzenia dalszych badań, dlatego jego wartość jest dla kultury regionu nieoceniona - uważa historyk sztuki Joanna Tomalska.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie