Eurowybory. Iść, ale czy głosować

Redakcja
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
8 czerwca 2009 roku zamieściliśmy dwugłos naszych dziennikarzy: "dlaczego zagłosowałem, nie zagłosowałem w wyborach do Parlamentu Europejskiego". Dziś wracamy do tematu.

Maryla Pawlak Żalikowska: Zagłosuję. Żeby mi się scyzoryk w kieszeni nie otwierał

Scyzoryk jest dla mnie elementem ważnym - zawsze uważałam, że powinien się znajdować w torebce kobiety, bo z racji kilku ostrzy, pilniczka, otwieracza do kapsli i korkociągu zapewnia poczucie bezpieczeństwa i niezależności w wielu często występujących sytuacjach życiowych. A niezależność i bezpieczeństwo to jedne z ważniejszych wartości w życiu każdego normalnego człowieka. Przynajmniej moim zdaniem. Każdemu wolno mieć inne. Ja swojego nie narzucam i nikomu na siłę scyzoryka do torebki nie wpycham. Dlatego nie życzę sobie na przykład, żeby w Parlamencie Europejskim reprezentował mnie facet, który protestował przeciwko nakazowi zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodzie, bo mu taki nakaz ogranicza wolność, a teraz uważa, że kobiety należy zapakować do domu, bo tylko tam jest ich miejsce. Łaskawie głosi, że osoba płci żeńskiej powinna mieć zapewnione świetne warunki finansowe. Itp. Itd. A ja sobie nie życzę, żeby mi ktoś mówił kiedy mam leżeć i pachnieć, a kiedy nie. Choć jako pracująca-matka-polka-trójki-dzieci w zawodzie o od zarania nieregulowanym czasie pracy nieraz pachnieniu tylko chciałabym się oddać. Nie życzę sobie, żeby reprezentowali mnie gdziekolwiek - mając do tego etat za 30 tys. zł miesięcznie m.in. z moich podatków - hipokryci, którzy głoszą wspomniane poglądy, ale nie przeszkadza im, gdy ich córki czy synowe pchają się do unijnej władzy. Hipokryci, którzy twierdzą, że robią to po to, aby zarobić na kandydowanie do polskiego sejmu, albo rozwalić UE od środka. Tylko w imię czego, ktoś, kto bierze taaaką kasę za siedzenie w Brukseli, miałby mieć motywację, żeby ją szybko przestać brać?

Szanuję możliwość bycia eurosceptykiem i z dużą ciekawością posłuchałabym argumentów np. za tym, że należy odrzucić miliardy, które możemy dostać jako region w przyszłym rozdaniu funduszy unijnych i własnymi pieniędzmi wypracowanymi w Grajewie, Krynkach, Sejnach, Hajnówce czy Białowieży zbudujemy eldorado na miarę oczekiwań. Jeśli przekona mnie ktoś, że przez 15 lat od 1989 roku do wejście do UE, rozwijaliśmy się dynamiczniej niż przez owe kolejne lat 10, to będę może optować za referendum w Polsce, w którym razem z innymi przekonanymi wypiszę się z UE. Na razie - mimo prostowania bananów, eliminacji rtęciowych termometrów, regulowania rynku żarówek i zaliczania marchewek do owoców - nie życzę sobie, żeby mnie w Brukseli reprezentowali populiści, którzy np. obiecują rolnikom zniesienie kwot mlecznych, gdy taka decyzja już i tak zapadła. Skoro nie znoszę nieprofesjonalnych kelnerów, to dlaczego mam się godzić na nieprofesjonalnych parlamentarzystów, którzy nie znają tematu, języków i nastawieni są tylko na przewiezienie polskiego piekiełka do Brukseli. W europarlamencie naszych 51 posłów będzie stanowić tylko 6,8 wszystkich głosów. Jak zawalczymy o tak istotną dla choćby Podlasia politykę wobec Wschodu, gdy poślemy tam ludzi niezdolnych do budowania sojuszy dla naszego dobra?

Według sondaży 89 proc. Polaków jest zadowolonych z naszego wejścia do Unii, ale na wybory wybiera się tylko z 25 procent uprawnionych do głosowania. Nie dziwię się - też pójdę do urny w gwiazdki jak desperatka świadoma, że nie ma za bardzo kim walczyć o lepsze jutro, bo klasę polityczną mamy generalnie bez większej klasy. Zrywającą się do lotu przed wyborami, a na co dzień - kiwi. Ale mam nadzieję, że swoim głosem dołożę się jednak do wyeliminowania największych oszołomów, których jak słucham, to scyzoryk mi się w kieszeni otwiera. A to jak wiadomo jest niebezpieczne.
Tomasz Maleta: Tym razem pójdę na eurowybory, choć nie wiem, czy zagłosuję

Pięć lat temu napisałem dlaczego nie uczestniczyłem w wyborach do europarlamentu 2009. Miałem do tego prawo, bo głosowanie w Polsce jest prawem wyborczym, a nie obowiązkiem zagrożonym sankcją. Nie znam też pojęcia głosowania za każdą cenę.

Bo też trzeba przyznać, że oferta dla Podlaskiego roku 2009 została skrojona nie na miarę i potrzeby regionu. Późniejsze wyniki to potwierdziły. Podlaskie nie miało de facto swojego przedstawiciela w Brukseli, bo i nie mogło mieć. Było to jasne już w dniu zamknięcia list wyborczych.

Po pięciu latach historia w zasadzie się powtarza, z jedną różnicą. Niezmieniona ordynacja do europarlamentu przez swoją dość skomplikowaną proporcjonalność preferuje ugrupowania partyjne dominujące na krajowym podwórku oraz ich "jedynki". Co oznacza, że już w chwili skrojenia list wyborczych w okręgu, w którym są jak do tej pory tylko dwa mandaty do wzięcia, zawęża się pole wyboru. Zwłaszcza, gdy odzwierciedla on logikę konfliktu politycznego toczącego się od dekady w Polsce. W przypadku Podlaskiego asymetrię tę powiększają dogmatyczne decyzje głównodowodzących wskazujące potencjalnych delfinów. Różnica z rokiem 2009 sprowadza się do tego, że tym razem zdesantowano nas podwójnie. Z jednej strony powtórzył się wariant a'la Kurski, z drugiej - obdarowano nas garniturem znoszonym na rządowych salonach. Niemniej jednak podlaskim.

I to jest jedyny powód - cień regionalizmu - w tej ponownie uprzedmiotowionej elekcji bym stawił się w lokalu wyborczym. Co nie znaczy, że wrzucę głos do urny. Dla mnie jest on wartością i naprawdę chciałbym oddać go w dobre ręce. Z pewnością, a nie wiarą, że jego depozytariusz będzie godnym powiernikiem. W kończącej się eurokampanii nikogo takiego - jak na razie - nie spotkałem.

Promocja kandydatów była znacznie skromniejsza niż przed pięcioma laty. Nie było śpiewania na Rynku Kościuszki, ani puszczania baloników. Nikt też nie pasował się na obrońcę kolejnego, upadającego podlaskiego przedsiębiorstwa. Nikt też nie myślał o prawyborach (w 2009 roku przeszkodziła w nich ulewa). Jedynym zwornikiem okazały się billboardy wyborcze, choć w znacznie mniejszej skali niż przy poprzednim głosowaniu.

Statystycznie rzecz ujmując ponoć w całej masie kandydatów nie ma takiej możliwości, by nie znalazł się choć jeden kompetentny. Czyżby? Klasa polityczna wielokrotnie udowodniła, że jest przykładem tego, co w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zupełnie nam się nie udało. Kończąca się kampania kolejny raz to potwierdziła.

Jak już wspomniałem, jeszcze nie wiem, co zrobię w niedzielę w lokalu wyborczym. Jeśli jednak znajdę się już "za kotarą", to niewykluczone, że z oczami szeroko zamkniętymi. A wtedy być może uda mi się wybrać, tego kompetentnego. To nic, że na chybił trafił. Przynajmniej kac powyborczy będzie mniejszy. W dużo gorszej jednak sytuacji będą ci, którzy zagłosują świadomie. Gdy dopadnie ich ten sam kac nie powinni leczyć go żadnym klinem. Czyż bowiem nie wiedzieli komu zaufali?

Czytaj e-wydanie »

Nieruchomości z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie