Eleos znaczy miłosierdzie

Alicja Zielińska
Zupy dla bezdomnych, świetlice dla dzieci, obozy, kolonie, pomoc charytatywna dla wszystkich potrzebujących. Prawosławny Ośrodek Miłosierdzia Diecezji Białostocko-Gdańskiej "Eleos", który wspiera najuboższych, obchodzi dziesięciolecie istnienia.

To było miejsce dobrej drogi - mówi Ewa Malesińska, która chodziła z siostrą do świetlicy przy ul. św. Mikołaja. - Mieliśmy normalny dom, wspaniałych rodziców, ale trudną sytuację. Tata na rencie, mama nie pracowała, nas czwórka dzieci. Pomoc, którą otrzymaliśmy z ośrodka pozwoliła nam wyjść na ludzi. Mogłam się wykazać, odkryłam w sobie talenty, wiedziałam, że ładnie maluję, ale nie przywiązywałam do tego wagi. Tam wszystko się doceniało. Dzięki temu teraz spełniam się w pracy, wiem na co mnie stać. Pozbyłam się kompleksów. Odnalazłam siebie i sposób na życie - podkreśla.
Teraz Ewa sama pracuje jako wolontariuszka w Stowarzyszeniu "Droga" ojca Konkola. Właśnie jest z dziećmi w Jastarni.

Jak Caritas

Ulica św. Mikołaja 5. Centrum Kultury Prawosławnej. Tu mieści się biuro Ośrodka i jedna z czterech świetlic dla dzieci. Komputery, ładnie urządzone pokoje. "Eleos" jest tu od 1998 roku. Ale zaczynał bardzo skromnie, w dwóch pomieszczeniach w starym budynku parafii św. Mikołaja. Biuro, magazyn, gdzie wydawano paczki z używaną odzieżą, którą przynosili wierni oraz miejsce spotkań. Wszystko było w jednym miejscu - wspomina dyrektor Marek Masalski.
Jak tu trafił? Przez wiele lat był związany z Bractwem Młodzieży Prawosławnej, przez dwie kadencje był przewodniczącym. Już wtedy z kolegami pomagali ubogim rodzinom, organizowali obozy letnie dla dzieci, samotnych i biednych zapraszali na kolacje wigilijne i śniadania wielkanocne. Z roku na rok przychodziło więcej osób.
Po ukończeniu pedagogiki na białostockim uniwersytecie w 1995 roku naturalnym więc stało się kontynuowanie tej pracy. Potrzeby były, to już wiedział. Możliwości do działania stworzyła nowa sytuacja w kraju. I tak zrodził się pomysł utworzenia Prawosławnego Ośrodka Miłosierdzia. Określenie "Eleos" doszło podczas przygotowań do pierwszego koncertu dobroczynnego.
- Zastanawialiśmy się nad bardziej nośną nazwą, bo ta oficjalna była długa. I wtedy ksiądz Misijuk podpowiedział: "Eleos". To znaczy miłosierdzie.
Dwie złączone dłonie symbolizujące serce i hasło "Eleos" to dziś rozpoznawalny znak. A sam ośrodek stał się przez te lata instytucją porównywaną do Caritas w Kościele rzymsko-katolickim, zresztą obie chętnie ze sobą współpracują. Najbardziej znamienną jest ekumeniczna akcja sprzedaży świec pod hasłem "Wigilijne dzieło pomocy dzieciom", organizowana razem od 2000 roku.
- Bo cel jest wspólny - podkreśla Marek Masalski - pomoc dla biednych i potrzebujących. - Ośrodek jest prawosławny, ale nie dzielimy się na "my" i "oni". Nikogo nie pytamy o wyznanie.

Dać jak najwięcej

Marta Chomaniuk jest w "Eleosie" od początku. Wydawała odzież, posiłki w stołówce, nosiła zupę do domu. Jednocześnie studiowała. Też na pedagogice, jak szef. Teraz jest jego zastępcą i koordynuje pracę świetlic.
Do ośrodka dzieci kierują pedagodzy, wychowawcy, katecheci, a czasami jest tak, że dziecko, które uczęszcza do świetlicy przyprowadza kolegę z podwórka.
Świetlice są cztery, w Białymstoku przy ul. Kruczej, Warszawskiej i św. Mikołaja oraz w Supraślu. W sumie opiekę zapewniają około 60 dzieciom. Z rodzin ubogich, rozbitych, z problemami alkoholowymi.
- Odrabiają tu lekcje, dostają posiłki, mają zajęcia komputerowe, naukę języków obcych. W tym roku było trochę więcej pieniędzy, to chodziły także na basen, lodowisko, kręgielnię. Staramy się im jak najwięcej dawać, bo wiadomo że ich rodziców na to nie stać.
Anna Petelska "dowodzi" wolontariuszami. - Do ośrodka trafiła jako uczennica. Chodziłam do III LO. Katecheta na religii zaproponował, żebyśmy przyszli do świetlicy pomóc dzieciom w odrabianiu lekcji. Najpierw przychodziła duża grupa, potem mniejsza, absolwenci rozjechali się na studia. Ania dostała się na pedagogikę w Białymstoku i związała się ze świetlicą na dobre.
- A potem kiedy chciałam już zrezygnować, bo wydawało się mi, że trzeba zamknąć ten etap w życiu, dostałam tu pracę - wspomina ze śmiechem.

Z potrzeby serca

Marek Masalski podkreśla, że działalność ośrodka w dużej mierze opiera się na pracy wolontariuszy. To uczniowie szkół średnich, studenci. Około 60. W świetlicach pomagają dzieciom w odrabianiu lekcji, udzielają bezpłatnych korepetycji z angielskiego, matematyki. Organizują gry, zabawy integracyjne, zawody sportowe, turnieje. Pomagają w przygotowywaniu imprez okolicznościowych (choinka, Dzień Dziecka, ogniska, wycieczki). Z czasem stają się starszymi braćmi i siostrami, którym dzieci powierzają swoje sekrety, radości i zmartwienia.
Wolontariusze pomagają także osobom starszym i niepełnosprawnym. Sprzątają, robią zakupy, podają leki, czytają gazety, a nawet odpisują listy.
Wszyscy chętnie włączają się w różnego rodzaju akcje: Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom, Aukcja Wielkanocna, zbiórki żywności, koncerty charytatywne. Są laureatami wielu nagród i wyróżnień. W 2003 r. i 2004 r. aż cztery wolontariuszki pracujące na rzecz "Eleosu" zdobyły nagrody w konkursie "Ośmiu Wspaniałych". Jedna z nich reprezentowała również województwo podlaskie w ogólnopolskiej edycji tego plebiscytu.
Maria Anchim pochodzi z Zamościa. W Białymstoku mieszka cztery lata. Mąż jest wojskowym. Po rozwiązaniu jednostki musiał szukać pracy w Legionowie. - Zostałam sama z trójką dzieci - opowiada pani Maria. - Było mi bardzo ciężko. Najstarsza Natalia miała dziesięć lat. Byłam podłamana. Dzieci nie mogły się zaklimatyzować. Wtedy bardzo dużą pomoc udzieliła nam świetlica przy ul. Kruczej. Dzieci szybko złapały kontakt z rówieśnikami, a ja miałam okazję wyjść z domu.
Atmosfera w ośrodku wciągnęła ją i sama się włączyła do pomocy starszym osobom. Od 1 czerwca tu pracuje.

Jak rodzina

Ulica Warszawska 47. Ten budynek dostali od miasta w dzierżawę, po pożarze stołówki na Lipowej. Był w opłakanym stanie. - Jak go zobaczyliśmy, to ręce nam opadły, od czego zaczynać - wspomina Marek Masalski. - Ale wspólnymi siłami udało się doprowadzić pomieszczenia do porządku. Dziś to wizytówka ośrodka. Tu mieści się stołówka i punkt pomocy doraźnej. Osoby bezdomne i w trudnej sytuacji materialnej od września do maja dostają ciepłe zupy. Wydawanych jest około 70 posiłków dziennie. A także odzież, obuwie i paczki żywnościowe dla najuboższych rodzin.
Krystyna Czaban, która odpowiada za pracę z bezdomnymi, mówi, że bardzo się żyła ze swoimi podopiecznymi. - Wielu z nich traktuje nas jak swoją rodzinę. A i my troszczymy się o nich, niepokoimy się, kiedy kogoś nie ma przez kilka dni.
Sukces? To że jesteśmy - odpowiada Marek Masalski. - Ktoś powiedział, że u nas dzieci uczą się pić herbatę nie ze słoika, a z filiżanki. Bo często i tak bywa, że dzieci przychodzą wręcz z melin. Albo z ubogich rodzin, które z trudem sobie radzą. Tu się odnajdują, integrują.
Ośrodek wypełnił pewną lukę. Pokazał możliwość działania i pomagania innym.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na poranny.pl Kurier Poranny
Dodaj ogłoszenie